niedziela, 27 września 2015

Rozdział 12


Mijają kolejne trzy miesiące. Zadomowiłam się u cioci i wujka, mimo, iż na początku nie było mi łatwo. Myślałam o Justinie, o przyszłości i o moim dziecku. To on był dla mnie najważniejszy i to jego musiałam chronić.
Zaprzyjaźniłam się z Alexem, chociaż nie byłam przekonana czy to dobry pomysł. Bałam się, że pewnego dnia może stać mu się krzywda z mojego powodu. To ostatnie, do czego mogłabym dopuścić. Jednak spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Zabierał mnie na spacery, zakupy, do wesołego miasteczka. Kupowaliśmy ogromną, różową watę cukrową i zjadaliśmy ją wspólne na diabelskim młynie. Polubiłam go. Tak naprawdę był jedyną osobą, którą tutaj miałam, oprócz cioci i wujka. Dziwiłam się, że tak bardzo się o mnie troszczy, opiekuje. Wiele razy podkreślał, że jestem świetną kumpelą i lubi spędzać ze mną swój czas. Czułam ciepło na sercu po jego słowach. Mimo tego bałaganu w moim życiu, potrafiłam zaufać komuś innemu niż Justinowi. Nigdy nie sądziłam, że będzie mnie na to stać. Alex udowodnił mi, że jest świetnym chłopakiem i był mi bliski. Dzięki niemu było mi łatwiej.


Mój brzuszek strasznie urósł i wyglądał jak piłka. Co tydzień robiłam zdjęcia, aby zachować je na pamiątkę. Potem oglądałam je i porównywałam, jak szybko rośnie. Ten widok za każdym razem bardzo mnie rozczulał.
W piątym miesiącu poczułam pierwsze ruchy Rogalika. Byłam zaskoczona i lekko przestraszona. To było dziwne uczucie, jakby coś kopało mnie po żebrach, ale dzięki temu wiedziałam, że z małym wszystko w porządku. Teraz, kiedy jestem w siódmym miesiącu daje mi nieźle popalić. Wierci się, rozpycha i jest mu tam coraz ciaśniej.
Często myślałam nad imieniem, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy, nic nie pasowało. Żałowałam, że Justin nie może tutaj być i wybierać imienia razem ze mną. Mimo upływu czasu, bardzo mi go brakowało.


Był początek października. Pogoda się zmieniła, padało więcej, zrobiło się chłodniej i tęskniłam za słońcem.
Rozpoczął się też rok szkolny i po dyskusji z mamą doszłyśmy do wniosku, że zrobię sobie rok przerwy od szkoły. Tak będzie po prostu wygodniej. Za dwa miesiące urodzę dziecko, muszę skupić na nim uwagę, zaopiekować się nim. Nie będę myśleć o szkole i wszystko zawalę. Kiedy urodzę, mama obiecała, że do mnie przyleci. Pomoże mi przy małym, a we wrześniu za rok wrócę do nauki. To było dobre rozwiązanie, chyba najlepsze w obecnej sytuacji. 


Idę obok Alexa, otulam się ciaśniej kurtką i przytulam do jego ramienia. Chowam się pod parasolem, ale dzisiejsza pogoda pozostawia wiele do życzenia. To on uparł się, że powinnam pójść na spacer i dotlenić Rogalika.
- Hej, zawiesiłaś się - pstryka mnie w nos i wracam na ziemię - Jesteś myślami zupełnie gdzie indziej. Co jest?
- Nic, po prostu się zamyśliłam - przewracam oczami i posyłam mu lekki uśmiech - Tobie też się to zdarza, no co?

- To prawda, ale Ty jak już odlecisz to nie ma zmiłuj. Martwię się o Ciebie, wiesz? Jesteś przygaszona.
- Może to przez pogodę? W Los Angeles zawsze świeci słońce, a w Londynie jest ponuro i wciąż pada deszcz.
- Taki klimat, mała. Musisz przywyknąć - mruga okiem i kiwa głową w bok - To ten sklep, wchodzimy?
- Mhm - mój humor nieco się poprawia, kiedy Alex otwiera przede mną drzwi od sklepu dziecięcego. Jest piękny!
- Gdyby ktoś powiedział mi, że będę w sklepie dziecięcym i wybierał ubranka, to bym go wyśmiał. Poważnie.

- Zawsze musi być ten pierwszy raz, nie wujku? - chichoczę, a Alex wzdycha ciężko - Okej, muszę się skupić, mam listę - wyjmuję karteczkę z torebki i przesuwam po niej wzrokiem - Więc, potrzeba nam jeszcze cztery pary śpioszków, cztery kaftaniki, oliwkę, trzy welurowe pieluszki, dwie czapeczki kocyk i koniecznie rękawiczki, żeby mały się nie podrapał - podnoszę głowę i patrzę na Alexa - No, co tak na mnie patrzysz? Jestem brudna?
- Boże! Czy Ty naprawdę to wszystko powiedziałaś? - prycha rozbawiony i przeczesuje włosy - Zgubiłem się już przy kaftanikach - uśmiecha się szeroko, a ja chichoczę jak głupia - Możesz wolniej? Mój mózg nie ogarnia.
- Ogarnij się mój drogi. Musisz mi pomóc i brać w tym czynny udział - zarządzam i ciągnę go za rękaw kurtki.


Wracamy do domu z ogromną papierową torbą rzeczy dla małego. Powoli kupuję wszystko, bo potem nikt tego za mnie nie zrobi. Póki czuję się na siłach, robię zakupy na całego. Ciocia z wujkiem chcieli kupić łóżeczko i wózek, jako prezent, ale wstrzymałam ich. To lepiej zostawić na sam koniec, przecież zostało jeszcze dwa miesiące.
- Mam ochotę na jagodowego szejka, a Ty? - pytam Alexa, kiedy właśnie mijamy znajomą kawiarenkę.
- Wiesz, że jesteś od niego uzależniona? 
- przewraca oczami, ale posłusznie wchodzi do kawiarni. Zaciskam usta, uśmiecham się do siebie, ale jest naprawdę troskliwy. Obserwuję go uważnie i myślę, dokąd zaprowadzi nas nasza przyjaźń. Wiem, że nie mogłabym obdarzyć go uczuciem, w moim sercu wciąż jest Justin. Codziennie o nim myślę, tęsknię potwornie i nie mogę o nim zapomnieć. Wiele razy starałam się wyrzucić go z głowy, ale to na nic. Wracał jak bumerang i nie chciał dać mi spokoju. Kocham go, mimo wszystko, po prostu go kocham. Czy tego chcę, czy nie, jest ogromną częścią mojego życia - Znowu zawias, mała? - Alex wyrywa mnie z moich myśli i odbieram od niego kubeczek - Coś Cię dręczy, Kate? Ostatnio wciąż jesteś zamyślona. Co się dzieje? Możesz mi powiedzieć.
- Wiem, jesteś moim przyjacielem i ufam Ci. Po prostu ostatnio za dużo myślę, a to nie jest dla mnie dobre.
- Zdecydowanie. Przez to jesteś daleko stąd, smucisz się i wpadasz w dołek. Wciąż go kochasz, prawda?
- Tak, bardzo. Tęsknię za nim i na samą myśl o nim moje serce się zaciska. Tak dawno go nie widziałam.

- Właściwie nigdy mi o nim nie opowiedziałaś. Kim tak naprawdę jest ten Twój Justin? To jakaś tajemnica?
- Sama nie wiem. Może po prostu boję się mówić o tym na głos? - wzruszam ramionami i skupiam uwagę na kubeczku - Nie chcę, abyś przeze mnie wpadł w kłopoty. Nie wybaczyłabym sobie tego do końca życia. 
- Jestem tutaj z własnej woli, doskonale o tym wiesz. Na początku mnie ostrzegałaś, nie posłuchałem. Nic, co mogłoby się stać, nie będzie Twoją winą. Nigdy nawet tak nie myśl, wiesz? Jestem dorosły, pamiętaj o tym.
- Nie powinieneś się ze mną zadawać, Alex. To naprawdę niebezpieczne i kiedyś może stać się coś złego.
- Wciąż to powtarzasz, Katie - uśmiecham się, bo wciąż tak do mnie mówi - Powiesz mi w końcu coś więcej?
- W porządku, ale zachowaj to dla siebie i nigdy nikomu o tym nie mów, dobrze? - patrzę mu w oczy, Alex przesuwa palcami po ustach na znak milczenia aż po grób - Justin jest liderem gangu, ale nie myśl, że to taki zwykły, uliczny gang ze zgrają dzieciaków, które nie mają co robić. 
To poważna sprawa - obserwuję jego reakcję, ale wciąż wpatruje się we mnie uważnie - Giną przez nich ludzie i zabijają ich bez wahania. Uciekłam, ponieważ przywódca gangu chciał się mnie pozbyć. Dzieci są zakazane, a ja zaszłam w ciążę. To skomplikowane, chore i nie zrozumiałe. Dlatego boję się, że pewnego dnia może Ci się coś stać. I uwierz, to będzie wyłącznie moja wina. 
- Daj spokój. Powiedziałaś mi, tak? A ja wciąż tutaj jestem - czochra moje włosy i obejmuje ramieniem - Wiesz, zastanawiałem się nad tym, ale nie chciałem pytać wcześniej. Twój tatuaż na karku. Co on tak właściwie oznacza?
- Sama "18"-tka oznacza logo ich gangu. Mają ją wytatuowaną wszędzie, gdzie tylko się da. Również na twarzy, co osobiście mnie przeraża. Wyglądają okropnie! Mój tatuaż, czyli "18'B" nie oznacza przynależności do gangu, a do jego członka. "B" oznacza pierwszą literę pseudonimu Justina, czyli Brave. Oznaczył, że należę do niego.
- Wiesz, że to chyba najbardziej pojebana rzecz, o jakiej usłyszałem? - marszczy brwi i krzywi się dziwnie.
- Więc jest nas dwójka. Proszę, zachowaj to dla siebie, dobrze? Mógłbyś sprowadzić na siebie kłopoty. 

- Nie martw się, nie pisnę ani słowa. Mimo wszystko cieszę się, że mi o tym powiedziałaś. Więcej rozumiem.
- Ja też się, bo czuję się przez to odrobinę lżej, chociaż strach nie opuszcza mnie ani na chwilę. On mnie szuka.

- A niech sobie szuka, tutaj na pewno Cię nie znajdzie. Jesteś tysiące kilometrów od Los Angeles, nie ma opcji.
- Nie znasz go, on może wszystko. Uwierz mi. Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, to bardzo sprytny chłopak.
- Możliwe, ale minęło już sporo czasu, Kate. Naprawdę myślisz, że nadal Cię szuka i jeszcze nie dał sobie spokoju?

- No jasne! Nie mam wątpliwości. Nie wie, w którą stronę ruszyć. Tylko dlatego jeszcze go tutaj nie ma. 
- I dobrze, że nie wie. Jesteś tutaj bezpieczna i nigdy Cię nie znajdzie. Nie martw się, obronię Cię przed nim.
-
Mój osobisty ochroniarz, co? Aww, jesteś taki uroczy - uśmiecham się szeroko i tarmoszę jego policzek.
- A Ty śliczna - mruga zadziornie, pochyla się i całuje mnie w czoło. Zamykam oczy i mam nadzieję, że Alex nie darzy mnie żadnym, większym uczuciem. To byłaby kompletna katastrofa!

Wchodzę do domu, odkładam torbę z zakupami na komodę i zdejmuję kurtkę. Jestem padnięta po tym maratonie!
- Kate, zjesz coś? - ciocia wychodzi z kuchni i wyciera dłonie w ściereczkę - Nie było Cię dobre pół dni, dziecko.
- Wiem, ale nie jestem głodna. Alex zabrał mnie na obiad do greckiej knajpki. Koszmarnie się objadłam.
- Widzę, że wasza przyjaźń idzie szybko do przodu - oho! Znam to spojrzenie - Bardzo się cieszę, Kochanie.

- Ciociu, z mojej strony to tylko i wyłącznie przyjaźń, nic więcej - uśmiecham się smutno i wchodzę do kuchni.
- Naprawdę nie chcesz nawet spróbować? Może z tego narodzi się coś więcej, hmm? Może przyszedł na to czas?
- N-nie - jąkam się i czuję dziwny uścisk w sercu - Ja wciąż kocham Justina - schylam głowę i gapię się w swoje stopy. Nie wiem, czy będę potrafiła pokochać jakiekolwiek innego chłopaka - Nie chcę robić Alexowi nadziei.
- Rozumiem. Mam nadzieję, że mu o tym otwarcie powiedziałaś? Szkoda by było, gdyby chłopak cierpiał, prawda?
- Oczywiście! Nie mam zamiaru doprowadzić do takiej sytuacji, za bardzo go lubię i jest moim przyjacielem.
- Wasza przyjaźń to prawdziwy skarb, o który warto dbać - tak i zdecydowanie mam zamiar to robić.


Wieczorem leżę w łóżku i spoglądam na mój brzuch. Jest coraz większy i trochę mi już ciężko. Dokucza mi ból kręgosłupa, a z pewnością będzie jeszcze gorzej. Jednak uśmiecham się, przykładam do niego dłoń i głaszczę go z uczuciem. Mam nadzieję, że dobrze mu tam w środku. Myślę sobie, jak to będzie jak już się urodzi. Jak będzie wyglądał i do kogo będzie podobny. Wiem jedno, na pewno będzie tak samo uroczy jak jego tata. Szkoda, że to wszystko tak bardzo się pochrzaniło i nie możemy wspólnie się z tego cieszyć. Skoro pogodziłam się z tym, że będę mamą chciałabym, aby mnie wspierał. Samej może być mi naprawdę ciężko. Staram się tym jednak zbytnio nie zadręczać. Biorę z szafki laptopa i włączam go. Moim jedynym zajęciem jest pochłanianie jak największej ilości informacji na temat dzieci. Ogarnęłam już sporo materiału, ale tak naprawdę wszystko zacznie się, kiedy mały się urodzi. Mam nadzieję, że podołam. Na pewno zrobię wszystko, aby tak było. Dla mojego syneczka.

Następnego dnia Alex zabiera mnie do galerii. Chodzimy po sklepach, ale nie mam pojęcia, po co tutaj jesteśmy. Nie zadaję pytań, bo chłopak jest dzisiaj skupiony i prawie nic nie mów. To dziwne. Przecież to gaduła!
- Wszystko w porządku? - pytam wreszcie i przerywam tę cholerną ciszę - Jesteś milczący, to nie w Twoim stylu.
- Och, serio? - prycha rozbawiony i unosi brew - Masz na coś ochotę? Nie wiem, kawa, lody, ciasto, szejk?
- Poważnie? I Ty mnie o to pytasz? Dobre sobie, Alex. Przecież wciąż powtarzasz, że jak będę tyle jeść, to przytyje!
- Hej, wcale nie! 
Nigdy nie powiedziałem, że przytyjesz, tak? Sama to sobie dopowiedziałaś, wiesz o tym?
- Wiem, wiem! - wystawiam język i uśmiecham się szeroko - Więc? Masz jakiś problem? Możesz mi powiedzieć.
- Nie, po prostu... mam coś dla Ciebie - och! Głupio mi i trochę się boję - nie ukrywam, jestem zaskoczona.
- Boisz się, ale czego? Przecież znasz mnie od ponad czterech miesięcy. Nie masz powodu do baw, naprawdę!

- No tak. Chodź, usiądziemy tutaj - chwyta mnie za rękę i siadamy przy fontannie. Wyjmuje czerwony, mały woreczek i wpatruje się w niego - Chciałem, żebyś miała ze sobą coś, co zawsze będzie Ci o mnie przypominać - coś ściska mnie w żołądku na jego słowa. Powiedział to tak, jakbyśmy pewnego dnia mieli się nie zobaczyć. Dlaczego czuję się z tym tak nieswojo? - Mam nadzieję, ze Ci się spodoba - uśmiecha się, otwiera woreczek i bierze mój nadgarstek. Zakłada coś na niego i kiedy spoglądam w dół, widzę białą bransoletkę z koralikami. Jest tylko jeden czarny - To bransoletka przyjaźni. Mam podobną - och! Podsuwa do góry rękaw bluzy i faktycznie ukazuje mi się jego bransoletka. Różnią się tylko odwróconymi kolorami. Jego jest czarna, a jeden koralik jest biały.
- O boże, są prześliczne, Alex - zaciskam usta i powstrzymuję łzy - To taki piękny gest, naprawdę. Dziękuję, jesteś wspaniałym przyjacielem - przytulam się do niego, opieram brodę na jego ramieniu i zamykam oczy. Alex wiele dla mnie znaczy, pomaga mi, wspiera i troszczy się o mnie. Nie chciałabym, aby ktokolwiek to zepsuł - Na pewno wszystko dobrze? Jesteś dzisiaj smutny i przygnębiony - odchylam się i patrzę w jego ciemne oczy.
- Tak, Kate. Nie martw się. Po prostu cieszę się, że mam tak zajebistą przyjaciółkę. Obiecaj, że zawsze tak będzie.
- Obiecuję. Pinky promise? - wystawiam najmniejszy palec, Alex idzie w moje ślady i składamy sobie obietnicę.


Do domu wracam kilka minut po osiemnastej. Biorę długą, ciepłą kąpiel z mnóstwem wody i pachnącego płynu do kąpieli. W ciągu dnia, kiedy jestem z Alexem, nie mam czasu, aby myśleć o Justinie. Niestety wieczorami wraca do mnie ze zdwojoną siłą. Myślę sobie, co teraz robi, czy wojna w dzielnicy już się skończyła? Na pewno, przecież minęło sporo czasu. Mam nadzieję, że jest bezpieczny i wszystko u niego w porządku. 



Brave POV:
Brave! - podniecony głos Dry wyrywa mnie z zamyślenia - Mam wieści! I uwierz, są to zajebiście dobre wieści - porusza brwiami, siada obok i wręcz mi kartkę papieru - Czytaj i raduj się, stary! Nareszcie coś się ruszyło.
- Najwyższa pora, nie uważasz? Ileż można kurwa czekać - burczę pod nosem i skupiam uwagę na kartce. Marszczę brwi i czytam te kilka zdań, które są na niej napisane - Jasna cholera, przecież to zupełnie inny kierunek, który obraliśmy. Poważnie jest w pieprzonym Londynie?! Nie wierzę - kręcę głową, rzucam kartkę na stolik i przecieram twarz rękami. Szukałem jej dzień i noc, główkowałem, gdzie mogła się ukryć, ale przez myśl nie przeszedł mi Londyn!Cwana bestia! - Nie tego się spodziewałem. Nic dziwnego, że nie mogłem jej odnaleźć.
- Wiem, nie byliśmy nawet blisko niej. Nie sądziłem, że poleciała aż do Europy. Przecież to kawał drogi!

- Pieprzyć to, Dry! Wiadomo coś więcej? Londyn jest przecież ogromny, a ja nie mam tutaj żadnych konkretów.
- Niestety nie wiem nic więcej, dostałem jedynie telefon od naszych ludzi z Londynu, że ktoś widział podobną do niej dziewczynę. W końcu rozesłałeś jej zdjęcia do każdego naszego oddziału, ale nie mają pewności, że to ona.
- Więc kurwa niech mają tą pewność, jasne?! Nie chcę się domyślać, czy to ona, czy nie ona! To ma być pewne!

- Spokojnie. Będą chodzić po mieście i się rozglądać. Jeśli tylko ją zobaczą natychmiast będziesz o tym wiedział.
Wzdycham ciężko i nic już nie mówię. Czy tego chcę, czy nie, tęsknię za tą wariatką i rozpieprza mnie od środka. Minęło cztery, koszmarne dla mnie miesiące. Nie wyrzuciłem jej z głowy, wręcz przeciwnie, kocham ją jeszcze bardziej. Wciąż nie wierzę, że mogła ode mnie uciec. Jednak znajdę ją, choćbym miał polecieć do pieprzonej Europy! Zabiorę ją i przetrzepię jej solidnie skórę! Zamknę ją tutaj i nigdy już mnie nie zostawi. Co ona sobie w ogóle wyobraża?! Jakim prawem to zrobiła?! Mała smarkula, nie będzie mnie robić w chuja, na pewno nie! To ja tutaj rządzę i to ja mam ostatnie słowo. Jestem bardzo ciekawy, dlaczego zdecydowała się na ucieczkę. Co ją do tego skłoniło? Czuję, że jej matka maczała w tym palce. Od zawsze chciała nas rozdzielić i w końcu jej się to udało.




Kate POV:
Przenoszę się do salonu, do cioci i wujka. Piję herbatę, wujek skupia uwagę na filmie, ciocia szydełkuje, ja siedzę na dywanie i przeglądam strony. Wchodzę na moje konto, aby zobaczyć ile jeszcze zostało mi pieniędzy. Jednak jestem spokojna, bo mama dała mi sporą sumkę. Jest naprawdę kochana i wiem, że odwaliła kawał dobrej roboty. Zorganizowała cały wyjazd, wszystko dokładnie przemyślała. Jestem jej za to wdzięczna, bo mnie ocaliła.
Wchodzę na pocztę, ale ku mojemu zaskoczeniu widzę nowego maila. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby w adresie nadawcy nie widniała znajoma „18”. O, boże! Nie powinnam, ale już otwieram ją i czytam:


   Witaj, Kochanie.
Piszę do Ciebie mejla, bo jest większe prawdopodobieństwo, że go przeczytasz niż moje sms’y , które olewasz. Jestem bardzo rozczarowany Twoim zachowaniem. Powtarzałaś, że mnie kochasz, a tak nagle się ode mnie odcięłaś. Nie tęsknisz za mną, Kate? Bo ja bardzo. Codziennie myślę o Tobie i rozpierdala moje serce na kawałki. Jestem twardym człowiekiem, ale to, co zrobiłaś bardzo mnie zraniło. Chciałem, żebyś o tym wiedziała.

Naprawdę myślałaś, że możesz przede mną uciec, Kruszyno? Naprawdę?! Szukałem Cię dzień i noc, przez ostatnie cztery miesiące, ale jakbyś zapadła się pod ziemię. Co dziwne, wciąż nie znalazłem Twojej matki. Zaimponowałyście mi, nie doceniłem was. Ale nie martw się, może niebawem się spotkamy? Całkiem przypadkiem ktoś podesłał m ciekawe informacje. Naprawdę daleko ode mnie uciekłaś, Kate. Nigdy nie spodziewałbym się, że AŻ tak daleko. Nie mogę doczekać się, aż będziesz w moich ramionach...


Zaciskam usta, aby nie wybuchnąć płaczem. Ciocia siedzi obok i nie chcę siać paniki. Jednak zwijam dłonie w pięści, mój oddech szaleje, a serce tłucze się w piersi. Czyżby wiedział, gdzie jestem?! Boże, tylko nie to!






*****************************************************
Hello :)
Jak widzicie, przeskoczyłam trochę w czasie, ale nie chcę was zbytnio zanudzić, kiedy Justina nie będzie zbyt długo w opowiadaniu.
Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba :]

Do piątku!
Buziam.
Kasia




sobota, 26 września 2015

Rozdział 11

Brave POV:
Wpatruję się w ekran monitora, nerwowo podryguję nogą i płonę ze złości. Ta sytuacja to jakiś kiepski żart.
- Hej - do środka wchodzi Dry i widzę po jego minie, że nie jest dobrze - Byłem w jej domu, ale żywej duszy.

- Niech to kurwa wszystko szlag! - zrywam się na równe nogi, chwytam szklankę i rzucam nią o ścianę.
- Znajdziemy ją, Brave. Dobrze wiesz, że to tylko kwestia czasu - Sky przewraca oczami i prycha pod nosem.

- Serio? Już dawno powinniśmy to zrobić, a jej nie ma od trzech tygodni! Gdzie ona kurwa jest, huh?!
- Gdybym to wiedział, natychmiast przywlókłbym ją tutaj za włosy!
 - podnosi głos i zwija dłonie w pięści.
- Hamuj się. To wciąż moja dziewczyna, nie zapominaj o tym. Jasne? - mrużę oczy, a Sky ma mnie w dupie.
- Szkoda, że ona o tym zapomniała! Spierdoliła, jak tylko nadarzyła się okazja. A niby tak bardzo Cię kocha.
- Błagam Cię, Sky! Nie wyprowadzaj mnie dodatkowo z równowagi, okej? Już ledwo nad sobą panuję.
- Wcale nie chcę tego robić. Zastanawiam się tylko, dlaczego to zrobiła. Musiała mieć cholernie dobry powód.

- Możesz być pewny, że to będzie pierwsze pytanie, które jej zadam jak już ją odzyskam - szarpię za włosy i myślę, gdzie mogła się schować. Przecież nie zapadła się pod ziemię! - Co jej strzeliło do głowy? Przecież nigdy nie zrobiłem jej nic złego, traktowałem ją najlepiej jak tylko umiałem. A ona tak po prostu uciekła. Niewiarygodne!
- Wydaje mi się, że to jej matka maczała w tym palce - marszczę brwi i patrzę na Glovera, który do tej pory nie powiedział ani słowa - Sam wiele razy mówiłeś, że to ona chce was rozdzielić, tak? Doskonale ją ukryła.
- Tak, to ma sens. Na dodatek ona również zniknęła, a w domu nikt się nie pojawił. Może są gdzieś razem?
- Możliwe. Wiesz, kiedy się ucieka, przeważnie chowa się u rodziny, nie? Kate wspominała coś na ten temat?
- Nie, niestety nigdy nic nie mówiła i nie wiem o jakiekolwiek rodzinie. Znam tylko jej matkę, bo tylko ją ma.
- Pierdolenie. Matka ma siostrę, brata, kuzynkę. Nigdy nie jest się całkiem samemu, nawet ja mam brata!
- To nic nie zmienia, Sky. Nie wiem, czy Kate ma inną rodzinę i gdzie. Więc jestem w czarnej dupie, kurwa!




Kate POV:
W niedzielę budzi mnie deszcz stukający o parapet. Marszczę czoło, ale chyba powinnam się do tego przyzwyczaić. To przecież nie słoneczne i wiecznie ciepłe Los Angeles. Przeciągam się leniwie i natychmiast w moją głowę przedostaje się myśl o Justinie. Tęsknię za nim. Ściska mnie w żołądku i potrzebuję jego silnych ramion. Nie rozumiem tego, powinnam być na niego wściekła, bo nie ochronił mnie przed Gloverem. Naprawdę byłby zdolny patrzeć na moją śmierć? Tak po prostu? Boże, czy on w ogóle mnie kocha? Powtarzał mi to codziennie, zapewniał, że nie pozwoli, aby stała mi się krzywda. Co by zrobił, gdyby Glover przyłożył mi pistolet do głowy? Stanąłby po jego strony, czy po mojej? Niestety nie mogłam tam zostać, aby przekonać się o tym na własnej skórze.
Jestem zła i pod wpływem impulsu zmieniam karty w telefonie. Włączam go i czekam. Nie powinnam tego robić, bo doskonale wiem, że to mnie dobije, ale chrzanić to. Jestem ciekawa i ciekawość ponownie wygrywa.
Telefon się włącza, wchodzę w skrzynkę i czuję skurcz w brzuchu. Czuję, że te wiadomości nie będą zbyt miłe.


  • Dlaczego to zrobiłaś, Kotku?! Dlaczego ode mnie uciekłaś? Co zrobiłem? Gdzie popełniłem błąd?!
  • Tak bardzo mi Ciebie brakuje, nawet nie masz pojęcia! Leżę w łóżku, myślę o Tobie i tęsknię. Moje serce rozpieprzone jest na kawałki i nie wierzę, że mnie zostawiłaś! Szukam Cię wszędzie. Wiesz, że nie pozwolę Ci odejść, prawda? Znajdę Cię, przysięgam! 


Z ciekawości sprawdzam datę tych smsów. Są pisane zaraz po moim wyjeździe. Niestety na dole jest już gorzej.

  • Minęło trzy tygodnie, a Ciebie nie ma. Umarłem już tysiąc razy z niepokoju i myślałem nawet, że zabrał Cię ktoś z Bloods. Jednak Twoja matka również zniknęła i wiem, że maczała w tym palce. Obiecałem Ci, że nie zrobię jej krzywdy. Teraz nie jestem tego taki pewny. Dorwę i Ciebie i ją.
  • Wyłączyłaś telefon, czyżbyś nie chciała czytać moich wiadomości? Błąd! Zapłacisz mi za to, rozumiesz?! Jak tylko będę miał Cię w swoich ramionach... kurwa, Kotku! Nie chcesz tego wiedzieć.
  • Wróć do mnie. Nie chcę tak żyć, brakuje mi Ciebie!
  • Nienawidzę Cię za to, co zrobiłaś! Dobrze to sobie przemyślałaś, prawda? Uciekłaś, tak po prostu! Możesz mieć pewność, że będę Cię szukał dotąd, aż Cię znajdę. Znowu do mnie wrócisz, ale wtedy nie będzie miło. Możesz być tego pewna, Kochanie.


Czuję łzy na policzkach. W jednych sms-ach mi grozi, w drugich tęskni. Są tak zmienne, pełne żalu, gniewu, emocji. Wiem, że cierpi. Nie spodziewał się tego po mnie, ale nie zrobiłabym tego gdyby nie mój maleńki syneczek. To wszystko z myślą o nim, nie było innego wyjścia. Pragnęłam, aby Justin to zaakceptował, ale to nie było możliwe. I chociaż tęsknię za nim z całego serca, postąpiłam słusznie. Każda matka by tak zrobiła.
Ocieram policzki, odkładam telefon i związuję włosy w koka. Ku mojemu zaskoczeniu, rozbrzmiewa dobrze znana mi melodia i widzę zdjęcie Justina na wyświetlaczu. Gapię się na nie jak zahipnotyzowana, tak dawno go nie widziałam! 
Pragnę usłyszeć jego głos i to sprawia, że odbieram połączenie. Przysuwam telefon do ucha, czuję serce w gardle, a w słuchawce panuje cisza. Słyszę jedynie jego cichy, przyśpieszony oddech.
- Kate? - szepcze cicho, przykładam dłoń do ust i zduszam szloch - Kochanie, jesteś tam? - jego głos to balsam na moje biedne, roztrzaskane i stęsknione serce. Dlaczego nasza sytuacja nie może być prostsza? Dlaczego nie może po prostu ze mną być?! Ten pieprzony gang zniszczył mi życie! - Proszę, powiedz coś. Chcę Cię usłyszeć.
- T-tak bardzo za Tobą t-tęsknię - łamie mi się głos i jąkam się przez płacz. Mam ochotę wykrzyczeć, gdzie jestem.

- Boże, maleńka! Ja też, nie masz pojęcia, jak bardzo! Gdzie Ty jesteś?! Odchodzę od zmysłów! Uciekłaś ode mnie?! Dlaczego? Przecież tak kurewsko mocno Cię kocham! Jesteś dla mnie najważniejsza! Wróć do mnie! 
- N-nie mogę wrócić, Justin. Przepraszam - zaciskam usta i bardzo staram się wziąć w garść. Wdech, wydech.
- Co Ty mówisz, Kate? Musisz wrócić! - krzyczy, a jego głos przepełnia złość - Nie możesz mnie zostawić, rozumiesz? Przecież należysz do mnie, zawsze będziesz! Co się wydarzyło, huh? Matka Cię do tego zmusiła, tak?
- Nie, ona nie ma z tym nic wspólnego. To ja podjęłam taką decyzję i musisz ją zaakceptować.
- Pieprzysz! Nie wierzę, że zrobiłaś to sama. Kochasz mnie, do cholery! A może zmieniłaś zdanie, hmm?
- Kocham, Justin. I 
bardzo chciałabym, abyś przytulił mnie i zapewnił, że wszystko będzie w porządku.
- Będzie, Kochanie. Przysięgam, że tak będzie! Musisz tylko jak najszybciej do mnie wrócić, dobrze?
- Jestem bardzo daleko od Los Angeles, dzielą nas tysiące kilometrów. Musiałam to zrobić, chcę żyć, wiesz?
- O czym Ty mówisz, Kate? Jestem zdezorientowany, chwila! Chcesz żyć? Czy ktoś chciał zrobić Ci krzywdę?

- Niestety tak. Pociągnąłby za spust i nawet nie drgnęłaby mu powieka, a Ty nic nie mógłbyś zrobić.
- Oczywiście, że bym mógł! Nikt Cię nie skrzywdzi, obiecałem Ci to. Pamiętasz? Ochronię Cię, dziecino.

- Pamiętam, jak mogłabym zapomnieć? To piękne słowa - szkoda, że w tym przypadku niewiele znaczą.
- Więc o co chodzi? Nie chcesz do mnie wrócić? - pyta smutno, a moje biedne serce kurczy się boleśnie. 

- Bardzo chcę. Pragnę być w Twoich ramionach, bezpieczna. Ale tak bardzo jak chcę wrócić, niestety nie mogę. Muszę tutaj zostać. Odebrałam, bo chciałam tylko usłyszeć Twój głos. Cieszę się, że to zrobiłam, Justin.
- Nie, Kate! Musisz powiedzieć mi, gdzie jesteś. Przyjadę po Ciebie i zaopiekuję się Tobą. Wiesz, że potrafię.
- Oczywiście, że wiem. Mimo wszystko nie mogę powiedzieć Ci, gdzie jestem. Kocham Cię, pamiętaj o tym, Misiu. 

- Znajdę Cię, słyszysz?! - krzyczy niemiłosiernie i doskonale wiem, że jest wściekły - Choćbym miał Cię szukać dzień i noc! Znajdę Cię i wrócisz tutaj! Nigdy więcej mnie już nie zostawisz, nie pozwolę Ci na to!! - to ostanie, co słyszę. 
Wciskam czerwoną słuchawkę, wyłączam telefon i zamieniam karty. Chowam głowę w poduszkę i rozklejam się. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, ale czuję się przez to lepiej. Potrzebowałam usłyszeć jego głos, przecież moje serce wyrywa się do niego. Zawładnął moim życiem, ma nad nim całkowitą kontrolę. Dociera do mnie przerażająca myśl, że pewnego dnia nie wytrzymam już bez niego i powiem mu gdzie jestem. A to będzie mój własny koniec.

Wieczorem szykuję się na imprezę. Ubieram na tyłek białe jeansy i szary top z falbanką przy rękawkach. Jest dość obcisły i wpatruję się w swój mały brzuszek. Przykładam do niego dłoń, głaszczę czule i uśmiecham się. W środku jest mój maleńki, słodki chłopczyk i pierwszy raz myślę, jak bardzo nie mogę doczekać się, aż wezmę go w ramiona. Zostało jeszcze długie pięć miesięcy i muszę uzbroić się w cierpliwość. Niech rośnie sobie zdrowo.
- Kate? - ciocia zagląda do pokoju i wystawia kciuk ku górze - Pięknie wyglądasz. Alex po Ciebie przyszedł.
- Naprawdę? - jestem zdziwiona, bo nie umawialiśmy się na to! - Już schodzę - muskam usta kokosowym błyszczykiem, biorę kurtkę i drepczę na dół. Kiedy tylko widzę Alexa, przystaję w miejscu. Wow! Prezentuje się po prostu bosko! W czarnych, dopasowanych spodniach, czarnej koszuli z kołnierzykiem i skórzanej kurtce - Czy Ty przypadkiem nie pomyliłeś mojego domu z wybiegiem dla modeli? - unoszę brew, a Alex parska śmiechem.
- Tak się składa, że nie. Mam rozumieć, że to był komplement, tak? - porusza brwiami i dumnie wypina pierś.
- Tak, to był komplement - chichoczę, zakładam na nogi botki i żegnam się z ciocią. Posyłam siedzącemu przed telewizorem wujowi buziaka i wychodzimy z domu - Nie spodziewałam się, że po mnie przyjdziesz. To Twoja impreza, na pewno wszyscy już tam na Ciebie czekają, a solenizant się spóźnia. Nie ładnie, mój drogi.
- Na własną imprezkę wręcz trzeba się spóźnić, mała! - mruga okiem, obejmuje mnie ramieniem czym jestem ciut zaskoczona - Wiesz, postanowiłem po Ciebie przyjść, bo nie chciałem, abyś czuła się niezręcznie. Czy coś.

- Aww, to miłe z Twojej strony. Dziękuję. Jesteś naprawdę super kolegą. Fajnie, że Cię poznałam.

Do klubu idziemy pieszo. Dzieli nas od niego zaledwie dziesięć minut i nim mam szansę zadać Alexowi więcej pytań, jesteśmy na miejscu. Przez całą drogę rozmawialiśmy, Alex mnie rozśmieszał i dzięki temu mogłam się rozluźnić i wyrzucić z głowy Justina oraz naszą rozmowę. Ciągłe myślenie o nim nie wpłynie na mnie dobrze.
- Wszystko w porządku? - Alex przysiada obok i opiera łokcie na stole - Jesteś spięta, co się dzieje, Kate?
- Nic, naprawdę. Po prostu... - zacinam się i wzdycham ciężko - Sama nie wiem, nie mogę się wyłączyć. 

- Jeśli chcesz pogadać, wal śmiało. Wiem, że znamy się od wczoraj, ale może przez to będzie Ci łatwiej?
- Och, Alex. Uwierz mi, nie chcesz tego słuchać. Moje życie jest cholernie skomplikowane i pogmatwane.
- Zabrzmiało poważne - mruga rozbawiony i przytula mnie do siebie - Zawsze istnieje dobre rozwiązanie.
- Niestety nie w moim przypadku. To trudne, kiedy musisz wybierać między ukochanym, ucieczką i śmiercią. 

- Wow, chyba nie tego się spodziewałem - marszczy brwi i mocniej dociska mnie do swojego boku. W tej chwili nie przeszkadza mi nawet to, że znamy się od wczoraj. Tak dobrze poczuć silne ramiona - Nie martw się, jesteś daleko od Los Angeles, tutaj zaczniesz nowe życie. Ze swoim dzieckiem - podnoszę głowę i patrzę na niego. Podaje mi szklankę z sokiem, bierze swojego drinka i stukamy się szkłem - Za nowe życie! - krzyczy wesoło, a ja chichoczę.

Następnego dnia budzę się dopiero po jedenastej. Impreza była świetna i wróciłam o trzeciej nad ranem!
- Jak tam, Kochanie? - ciocia posyła mi szeroki uśmiech, kiedy schodzę na dół i przeciągam się leniwie - Jak udała się wczoraj impreza? Nie wiedziałam, że zadajesz się z Alexem. Wiesz, że Alex to syn mojej znajomej? - co?!
- Naprawdę? No proszę, zaskoczyłaś mnie. Skoro tak, może powiesz mi o nim coś więcej? Polubiłam go.
- To bardzo dobrze, ponieważ to świetny chłopak. Studiuje informatykę, jest grzeczny, ułożony i pomocny. Ma dobrych rodziców, Skarbie. Jeśli się z nim zaprzyjaźnisz, będzie wspaniałym i oddanym przyjacielem.
- Wierzę. Nie jestem jednak pewna, czy powinniśmy się zaprzyjaźnić. To nie jest dla niego bezpieczne.
- Och! Myślisz, że oni tutaj są? - zaciska usta i patrzy na mnie zaskoczona. Mama o wszystkim jej powiedziała.

- Myślę, że tak. Justin wiele razy mówił mi, że jest ich mnóstwo i to na całym świecie. Dlaczego nie w Londynie?
- Musisz być ostrożna, Kate. 
Miej oczy dookoła głowy, dobrze? Kupię Ci gaz pieprzony, na wszelki wypadek.
Przytakuję głową i przytulam się do niej. Kupno gazu to dobry pomysł, muszę mieć się czym obronić.

Popołudniu Alex zabiera mnie na lody. Pogoda średnio dopisuje i jest dość pochmurno. Jednak wcale nie mam zamiaru psuć sobie tym humoru. Wcinam pyszne czekoladowe lody i rozmawiamy. Dowiaduję się, że Alex mieszka w Londynie od urodzenia, niedawno rozstał się z dziewczyną, która go zdradzała. Mimo tp postanowił iść dalej i zacząć od nowa. Ciocia miała rację, jest naprawdę sympatyczny, wesoło i taki normalny. Tak bardzo różni się od Justina, który być może codziennie pozbawia kogoś życia. Alex po prostu nawija jak nakręcony, śmieje się i jest cholernie uroczy. Naprawdę go lubię, chociaż znam go drugi dzień. Dzięki niemu zapominam o wszystkim.

Wieczorem rozmawiam z mamą na skype. Włączam kamerkę i pokazuję jej brzuszek, który powiększył się od mojego wyjazdu z Los Angeles. Płacze, ale jednocześnie uśmiecha się szeroko. Jest wzruszona i ociera łzy.

- Wyglądasz prześlicznie, córeczko. Ciąża naprawdę Ci służy. Uśmiechasz się, tak dawno tego nie robiłaś.
- Tak, to prawda. Trochę odżyłam psychicznie, chociaż często myślami jestem zupełnie gdzie indziej.

- Musisz wyrzucić go ze swojej głowy, nie zadręczaj się tym. Wiesz, że tak będzie dla Ciebie najlepiej.
- Wiem, mamo. Ale to nie jest takie proste. Kocham go, tęsknię za nim i potrzebuję go w swoim życiu.
- Nie mów tak! - mama złości się i kręci głową - Doskonale wiesz, jak wyglądało Twoje życie. Naprawdę chcesz z powrotem do tego wrócić? Do tej dziury? Być zamkniętą w tym przeklętym miejscu i ponownie poniewierana?
- Oczywiście, że nie! To ostatnie, czego bym chciała. Żałuję jedynie, że Justin musi brać w tym udział.
- Potrzebujesz po prostu więcej czasu, Kate. Minęło dopiero trzy tygodnie, tak? To naprawdę bardzo mało.
- Rozmawiałam z nim, mamo - mówię cicho i widzę szok na jej twarzy - Wiem, że nie powinnam była tego robić, ale tak bardzo chciałam usłyszeć jego głos. Był taki smutny i chciał, żebym do niego wróciła. A potem się wkurzył.
- Powiedziałaś mu, gdzie jesteś? - pyta ledwo słyszalnie i patrzy w kamerę spanikowana - Kate, odpowiadaj.
- Nie, nie mogłam. Przecież to by wszystko zniszczyło, tak? Całe Twoje starania poszłyby się pieprzyć. 

- Boję się, że pewnego dnia się złamiesz i naprawdę mu to wyjawisz, Skarbie - mówi smutno, ale mam dokładnie takie same obawy jak ona - Nie rób tego. To sprowadzi śmierć na Ciebie i na Twojego syna. Wiesz o tym, prawda?
- Wiem - wzdycham ciężko, przecieram twarz rękami, ale muszę wytrwać - Dziecko jest najważniejsze.
- Dokładnie. Zrobiłam, co mogłam. Reszta zależy już tylko od Ciebie. Jedno Twoje słowo i może być tragicznie.
- Nie mów tak, proszę. Nie jest mi łatwo, ale mam świadomość, co mnie czeka, kiedy się wygadam. 

- Otóż to. On nie może wiedzieć, gdzie jesteś i dopóki tak jest, możesz spać spokojnie i bezpiecznie. 
- To wszystko jest popieprzone, mamo. Jestem wściekła na niego, chociaż rozpieprza moje serce z tęsknoty! Nie mogę znaleźć sobie miejsca, wciąż o nim myślę. Jak mam zapomnieć, skoro noszę jego dziecko? To nierealne!
- Byłaś pod jego wpływem przez ponad osiem miesięcy. Obawiam się, że tak łatwo o nim nie zapomnisz.
- Boję się, że ja nigdy o nim nie zapomnę. Nie ważne, czy minie rok, czy dwa, czy pięć. Kocham go, mamo. I może zabrzmi to dla Ciebie głupio, żałośnie i dziecinnie... czuję, że to miłość mojego życia. Rozumiesz mnie?
- Tak, Skarbie. Rozumiem. Jesteś jeszcze bardzo młoda, był Twoim pierwszym chłopakiem. Kompletnie zawrócił Ci w głowie, omamił i przejął kontrolę nad Twoim życiem. Na nic nie miałaś wpływu, musiałaś go słuchać. 
- To wszystko mnie wykończy - wzdycham ciężko, opieram łokcie na stole i chowam twarz w dłoniach. 
- Bądź dzielna, córeczko. Jestem z Tobą, zawsze będę. Jestem pewna, że z czasem będzie tylko lepiej.

Leżę w wannie, woda otula moje ciało, a w łazience roznosi się zapach płynu do kąpieli. Trzymam w dłoniach telefon. Włączam go, ponownie zmieniłam kartę i czuję, że pozostanie tam na dłużej. Moje serce tłucze się w piersi, kiedy wyświetlacz daje znać, że telefon jest gotowy do pracy. Ponownie zaglądam w skrzynkę odbiorczą i widzę mnóstwo nowych wiadomości. Nie powinnam ich czytać, źle robię, ale jak się dobić, to po całości. 



Kocham Cię!! Rozumiesz to, dziewczyno?! Kocham Cię, kurwa!!

Nie do końca jestem pewna tego, co robię, ale pod wpływem emocji odpisuję:


Jesteś biciem mojego serca...

Wyłączam telefon, odkładam go na szafkę, opieram głowę o brzeg wanny i zamykam oczy.






*****************************************************
Woohoo!!
Nie sądziłam, że będziecie aż tak chętne na weekend z opowiadaniem, a tu proszę! Jestem zaskoczona, ale mam ogromnego banana na buzi. Myślałam, że to ff jakoś mniej przypadło wam do gustu, a tu tyle komentarzy pod poprzednim rozdziałem. W sumie tak "luźno" zaproponowałam ten weekend, bo sądziłam, że raczej nie będziecie zainteresowane, a tu szok! :)
Cieszę się i dziękuję was za to, że jesteście ze mną tak długo!

Kasia.







piątek, 25 września 2015

Rozdział 10

Lot mija spokojnie i większą jego część przesypiam. Rozluźniam spięte ciało, nie myślę o niczym i odpoczywam. Justin zapewne już wie, że nie ma mnie w domu i obawiam się jego reakcji. To pewne, że wpadł w szał i zapewne mnie szuka. Nie spędziliśmy bez siebie nawet jednego dnia, przez ostatnie osiem miesięcy i znając jego, płonie ze złości. Liczę na to, że mama nie pokaże się w dzielnicy i nie spotka Justina. Boję się, że mógłby zrobić jej krzywdę, a tego nie wybaczyłabym ani sobie, ani jemu. To nie jest jej wina, ona mnie tylko ratuje przed śmiercią.

Odprawa niestety się przeciąga, jestem potwornie zmęczona i chociaż wynudziłam się w samolocie, przez ciążę jestem osowiała i śpiąca. Kiedy wreszcie przychodzi moja kolej, uwijają się szybko i mogę przejść dalej. Odbieram swój bagaż i szukam wujostwa. Rozglądam się na wszystkie strony i słyszę, jak ktoś woła moje imię. Odwracam się i niedaleko widzę ciocię i wujka. Uśmiecham się, podchodzę do nich i wpadam w ramiona siostry mojej mamy. Tulę się mocno i wreszcie czuję się bezpieczna. Tutaj nic mi nie grozi, a to cholernie dobre uczucie.

Do ich domu docieramy po godzinie. To spokojna ulica, z parkiem, małymi sklepikami i kościołem. Ładnie!
- Chodź, Kochanie. Pokażę Ci Twój pokój - ciocia chwyta mnie za rękę, wchodzimy po schodach i docieramy na koniec korytarza. Ich domek nie jest duży, jednak bardzo uroczy i przytulny. Czuć tutaj domową atmosferę - Proszę - otwiera przede mną drzwi, niepewnie przekraczam próg i rozglądam się - To pokój Anne - och, moja kochana kuzynka z którą mam świetny kontakt - Odkąd rok temu wyjechała na studia do Australii pokój stoi pusty. 

- Ma świetny gust - uśmiecham się, ale naprawę mi się podoba. Wreszcie namiastka "normalności" - Ciociu - odwracam się w jej stronę i schylam głowę - Chciałam Ci bardzo podziękować, że przyjęłaś mnie do siebie.
- Jesteśmy rodziną, Kate - przytula mnie do siebie, głaszcze po plecach i uspokaja - Zawsze możecie na nas liczyć, zapamiętaj to. 
Cieszymy się z wujkiem, że do nas przyleciałaś, pusto tutaj bez Anne. Ten dom się trochę ożywi.

Biorę długą odprężającą kąpiel i zjadam ciepły obiad. Jestem zmęczona po jedenastogodzinnym locie i muszę się przespać. Przed tym włączam telefon, bo chcę zadzwonić do mamy. Atakuje mnie mnóstwo wiadomości, oraz niedobranych połączeń. Moje serce zaciska się z żalu, bo doskonale wiem, od kogo te wiadomości. Minęło sporo godzin, Justin już wie, że zniknęłam. Co teraz czuje? Na pewno jest potwornie wściekły. I chociaż nie powinnam tego robić, ciekawość wygrywa. Wchodzę w skrzynkę odbiorczą i czytam kilka sms-ów:


  • Gdzie jesteś, Kate? Byłem po Ciebie, ale nie zastałem nikogo w domu. O co chodzi, Kochanie? 
  • Cholera, dlaczego masz wyłączony telefon, Skarbie?
  • Kurwa! Wciąż czekam, ale Ciebie nie ma! Martwię się, czy coś się stało?! 
  • Minęło cztery godziny! Nie wiem, co zrobiłaś, ale jeśli uciekłaś, znajdę Cię, Kate! 
  • Byłem w Twoim domu, nie ma Twoich rzeczy, ani rzeczy Twojej matki! Zaplanowałaś to?!
  • Uciekłaś ode mnie, tak? Zostawiłaś mnie, tak po prostu?! Boże, dlaczego?!  Co zrobiłem nie tak?
  • Nie możesz tego zrobić, rozumiesz?! Znajdę Cię, możesz być pewna! Chociażby na końcu świata!


Chowam głowę w poduszkę i wybucham płaczem. Jest wściekły, a ja zraniłam go tym, co zrobiłam. Nie mogłam inaczej! Chciałam dać mu szansę, dlatego zapytałam dwa razy o „naszą przyszłość”. Dostałam jasną odpowiedź, że tej przyszłości nawet by nie było. Miałam zostać i czekać na śmierć?! Musiałam się ratować.

Mija dobre kilkanaście minut, zanim całkowicie się uspokajam. Ocieram mokre policzki i dzwonię do mamy.
Zapewniam ją milion razy, że mam się dobrze, jestem cała, zdrowa, a lot minął bezproblemowo. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ledwo dotarłam na miejsce, a tak bardzo za nią tęsknię! Tak samo mocno, jak za Justinem.

Przesypiam cały dzień. Wieczorem wybieram się na spacer do pobliskiego parku. Mój telefon wciąż wibruje, ale są to wiadomości od Justina i nieodebrane połączenia. Dobija się bez przerwy i nie daje za wygraną. Nie pozostaje mi nic innego, jak zmiana numeru. Doskonale wiem, że Justin nie przestanie i nie da mi spokoju. Bardzo chcę odebrać od niego telefon, ale cóż miałabym mu powiedzieć? Zażąda wyjaśnień, a ja nie zdradzę mu, gdzie jestem.
Piszę również wiadomość do mojej przyjaciółki. Ostatnio nie było mnie w szkole i nie odebrałam świadectwa. Mama obiecała, że zrobi to za mnie w poniedziałek. Jednak Alice musi wiedzieć, że być może nigdy się już nie zobaczymy. Nie powiedziałam jej, że Justin jest w gangu. Takie informacje lepiej zatrzymać dla siebie. Polubiła go, zawsze patrzyła na niego maślanym wzorkiem i powtarzała, jak bardzo zazdrości mi takiego chłopaka. A Justin potrafił zrobić niesamowite wrażenie. Gdyby Alice znała prawdę, natychmiast zmieniłaby zdanie.




****
Nim się obejrzałam, minęło trzy tygodnie mojego pobytu w Londynie. Zadomowiłam się tutaj, zwiedziłam kilka fajnych miejsc i starałam się poznać okolicę. Ciocia spacerowała ze mną, jednak po tygodniu wróciła do pracy i musiałam radzić sobie sama. Nie sprawiało mi to problemów i uwielbiałam odkrywać nowe, ciekawe miejsca.
Ciocia zorganizowała mi również lekarza. Sonia Rodriguez była koleżanką cioci. Po czterdziestce, wiecznie uśmiechnięta i pozytywnie nastawiona. Lubiłam ją, bo bardzo mnie wspierała i podnosiła na duchu. Traktowałam ją jak dobrą kumpelę, a wizyty u niej to była wręcz przyjemność. Nie jeden raz od śmiechu aż bolał mnie brzuch.

Właśnie czekam na swoją kolej w przychodni. Rozglądam się i przypatruję dwóm kobietom, które również mają dzisiaj wizytę. Mają spore brzuszki i wyglądają na końcówkę ciąży. Mój w porównaniu do nich to maleństwo.
- Kate - moje rozmyślenia przerywa Sonia, która wita mnie uśmiechem. Podnoszę tyłek z krzesełka i wchodzę za nią do gabinetu - Więc! Dzisiaj wielki dzień, co? - porusza brwiami, a mój brzuch zaciska się przyjemnie - Wskakuj na łóżko. Sprawdzimy, co słuchać u naszego Rogalika - chichoczę na tę nazwę, ale sama go tak nazwała. Spodobało mi się, bo na początku moje dziecko naprawdę wyglądem przypominało rogala - Jak się czujesz?
- Ogólnie całkiem nieźle. Jestem tylko nadmiernie płaczliwa i moje nastroje zmieniają się dosłownie co minutę.
- Normalka - mruga okiem i włącza sprzęt. Układam się na łóżku, podwijam koszulkę i czekam na Sonię. Siada na krzesełku, wyciska żel na mój brzuszek i przesuwa po nim końcówką - Okej, zrobimy pomiary - klika kilka razy i mierzy Rogalika - Ma jedenaście centymetrów, ładnie urósł od ostatniego razu, ale nie ma się co dziwić. Za tydzień zaczniesz czwarty miesiąc. To, co? Sprawdzamy płeć? - wbijam zęby w wargę, uśmiecham się i energicznie przytakuję głową. Jestem zestresowana, ale tak długo na to czekałam! Oczywiście nie ma to dla mnie większego znaczenia, ponieważ zdrowie dziecka jest dla mnie najważniejsze, mimo to chcę wiedzieć, czy to chłopiec, czy dziewczynka - Ja już wiem - patrzy na mnie i posyła mi cwany uśmieszek. Wiem, że robi to specjalnie! - To chłopiec, Kate - o mój boże. Przykładam dłoń do ust i czuję ciepłe łzy na policzkach. Rogalik to chłopiec! Wzruszenie ściska mnie za serce - Spójrz na monitor - ogarniam się, przekręcam głowę i wpatruję się w maleńkie ciałko. Wierci się, chociaż nie czuję tego jeszcze tak dokładnie. To coś jak dziwne mrowienie lub gilgotanie - No dobrze, p
osłuchamy jeszcze bicia serduszka - przesuwa końcówką po moim małym brzuszku i jak na zawołanie pokój wypełnia dudniący dźwięk. Wsłuchuję się w niego i zamykam oczy. Mój maleńki syneczek, to jego serduszko! - Pięknie bije, zdrowy chłopiec - tak bardzo żałuję, że Justin nie może tego posłuchać. To najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam. Jestem pewna, że zakochałby się od pierwszego wejrzenia. W końcu jest jego ojcem - To wszystko. Możesz się wytrzeć - Sonia podaje mi ręczniki i szybko doprowadzam się do porządku.

W drodze do domu zahaczam o moją ulubioną kawiarenkę, którą odkryłam całkiem przypadkiem. Siadam pod oknem, zamawiam gorącą czekoladę i wyjmuję zdjęcie mojego dziecka. Uśmiecham się, przesuwam po nim opuszką palca i czuję w sercu ogromne ciepło. Tak dobrze znać płeć i mieć tą świadomość, że mam w swoim brzuchu maleńkiego chłopczyka. Nic innego się dla mnie nie liczy, tylko on. Żeby był zdrowy, bezpieczny.
Bardzo żałuję, że nie ma obok mnie Justina. Pragnę, aby przytulił mnie do siebie, pocieszył, dał odrobinę wsparcia, którego tak bardzo potrzebuję. Mógłby położyć dłoń na moim brzuszku i pogłaskać go. Nasze dziecko czułoby miłość, którą go darzymy. Niestety to tylko moje głupie marzenia, które nigdy się nie spełnią. Dociera do mnie rzeczywistość. Jego tutaj nie ma i nigdy nie będzie. Muszę zaopiekować się moim dzieckiem, obdarzyć go podwójną miłością i dać radę. Boże, a jak będę złą matką? Przecież dziecko to ogromna odpowiedzialność, a ja będę sama. 

- Hej - moje rozmyślenia przerywa męski głos. Podnoszę głowę i widzę przed sobą młodego  chłopaka - Wszystko w porządku? - marszczy brwi i uważnie się we mnie wpatruje - Płakałaś? - och, kiedy się rozkleiłam?
- To nic takiego - chrząkam, ocieram policzki i posyłam mu uśmiech - Jest dobrze, dziękuję za troskę.
- Mogę się przysiąść? - przytakuję głową i siada naprzeciwko mnie - Jestem Alexander, ale mój mi Alex.
- Miło Cię poznać, Alex. Jestem Kate - wystawiam dłoń, ściska ją pewnie i posyła mi oszałamiający uśmiech.
- Ciebie również - mruga zadziornie, przywołuje kelnerkę i zamawia to samo, co ja - Więc? Jesteś stąd?
- Nie, mieszkam w Los Angeles. Przyjechałam do cioci i wujka na jakiś czas. Mam wakacje i korzystam.

- Fajnie. To Twoje? - kiwa głową na zdjęcie z usg, och! Zapomniałam je schować! Niepewnie przytakuję głową i zaciskam usta - Cóż, chyba powinienem pogratulować, prawda? A może jednak nie? Przez to jesteś taka smutna?
- Nie, po prostu... to bardzo skomplikowana sprawa - przełykam ślinę, ale nie wiem, co mam mu powiedzieć.
- Spokojnie, nie musisz mi się tłumaczyć, Kate. Życie różnie się układa, nie? Jesteś jeszcze bardzo młoda, racja?
- Właściwie tak, w marcu skończyłam osiemnaście lat. A Ty? Też nie wyglądasz mi na starego zgredka.
- Zabawna - mruga okiem i śmieje się uroczo - Jutro mam dwudzieste urodziny. Może wpadniesz na imprezę?
- Och, dziękuję za zaproszenie, ale to chyba nie jest dobry pomysł. Przecież poznaliśmy się pięć minut temu!
- I co z tego? Wyglądasz na fajną dziewczynę, powinnaś się zabawić. Szkoda życia na siedzenie w domu.
- Coś w tym jest - wpatruję się w niego, ale może Alex faktycznie ma rację? Muszę poznać nowych ludzi.


Spędzam z Alexem prawie całe popołudnie. Okazuje się być naprawdę sympatycznym chłopakiem. Zabawny, wyluzowany, ze świetnym poczuciem humoru. Zabrał mnie na długi spacer, pokazał fajne miejsca w Londynie i lodziarnię z pysznymi lodami. Oczywiście przez cały czas męczył mnie i zgodziłam się przyjść na jego urodzinową imprezę. Zapewnił, że będzie tylko grono jego najbliższych znajomych i nie muszę się krępować. Nie bardzo miałam na to ochotę, przecież jestem w ciąży! Kiedy mu o tym powiedziałam, roześmiał się na głos, a ja patrzyłam na niego jak na wariata. Alex przypadł mi do gustu i cholera, polubiłam go! Stwierdził, że ciąża to nie choroba i chyba nie mam zakazu, aby wpaść do klubu, napić się soczku i pogadać z innymi ludźmi? Miał rację.

Alex odprowadza mnie pod same drzwi. Jak się okazuje, mieszka zaledwie ulicę dalej, co dziwnie mnie cieszy.
Chcę się z kimś zaprzyjaźnić, nie mam zamiaru być sama do końca życia. Oczywiście nie myślę o związku, kocham Justina. To się nigdy nie zmieni, ponieważ moje serce należy tylko do niego. Mimo tego, że jest daleko stąd.

- Cześć, Kochanie! - ciocia wita mnie w progu i przytula do siebie - Gdzie Ty byłaś? Martwiłam się o Ciebie!
- Niepotrzebnie, ciociu. Mówiłam Ci, że idę do lekarza, tak? Potem wybrałam się na spacer i tak mi zeszło.
- Co z dzieckiem? Co powiedziała Sonia? Och! Czy to przypadkiem nie dzisiaj miałaś poznać płeć maluszka?
- Tak, dzisiaj. Dziecko jest zdrowe, rozwija się prawidłowo i cóż... będzie chłopiec. Mój maleńki syneczek.
- Och, naprawdę? - ciocia przykłada dłonie do ust i widzę łzy w jej oczach - Boże, tak bardzo się cieszę.
- Czy ja dobrze usłyszałem? - do kuchni wchodzi wujek i cmoka mnie w policzek - W rodzinie pojawi się facet?
- Tak, wujku - uśmiecham się, wyjmuję zdjęcie z usg i pokazuję im. Nie możemy się na nie wręcz napatrzeć.

Chwilę później biorę prysznic, przebieram się w bokserki, koszulkę i wskakuję do łóżka. Dzisiejszy dzień był super. Dowiedziałam się, że mój dzidziuś to chłopczyk i poznałam fajnego chłopaka. Dzięki Alexowi zapomniałam o wszystkim, co mnie dręczy. Jednak teraz, kiedy emocje opadły, w moją głowę uderza twarz Justina. Skręca mnie w środku, ale bardzo za nim tęsknię. Te trzy tygodnie były dla mnie potwornie ciężkie. Dzwonił, pisał i nie dawał mi spokoju. Zmieniłam numer, ale wciąż mała karta leży w szufladzie. Mam ochotę zadzwonić do niego, usłyszeć jego głos i powiedzieć mu, że będzie miał syna. Czy byłby z niego dumny? Maleńki chłopczyk w jego silnych, wytatuowanych ramionach. Wiem, że pokochałabym ten widok, ale to się nigdy nie stanie. Justin nie chce mieć dziecka, przecież nie czuł takiej „potrzeby”. Jednak na wszystko było już za późno, bo nasz syneczek już jest w drodze. Rośnie w moim brzuchu i cieszę się, że jest zdrowy. Szkoda, że jego tatuś nie ma o nim pojęcia.

Postanawiam zadzwonić do mamy, na szczęście w Los Angeles jest dziewiąta rano, więc raczej już nie śpi. Wykręcam jej numer i czekam, aż odbierze. Bardzo za nią tęsknię i chciałabym, aby była tutaj ze mną.
- Córeczko! - słyszę jej zatroskany głos i powstrzymuję napływające do oczu łzy - Jak się czujesz, Skarbie?
- Dobrze, mamo. Ciocia i wujek bardzo się o mnie troszczą. Są naprawdę kochani, wiesz? Tacy opiekuńczy.
- Wiem, w końcu to moja siostra. Wiesz, jak bardzo Cię uwielbia. Byłaś dzisiaj u lekarza? Co z dzidziusiem?
- Tak, Sonia zrobiła mi usg i posłuchałam bicia serduszka. To było wspaniałe, mamo! Będziesz miała wnuka.
- O, boże! To chłopiec? Naprawdę?! - łamie się jej głos, śmieje się, a ja razem z nią - To cudowna wiadomość.
- To prawda. Nie miało to dla mnie znaczenia, grunt to jego zdrowie, ale teraz patrzę na to zupełnie inaczej.
- Widzisz? Wszystko zaczyna się układać, Kate. Minęło trzy tygodnie, a Ty wreszcie odżyłaś i nabrałaś sił. 

- Mamo, ja wciąż za nim tęsknię, wiesz? To nie tak, że o nim zapomniałam, bo nigdy tego nie zrobię.
- Wiem, ale jego brak dobrze na Ciebie wpływa - och, poważnie? Mam inne zdanie na ten temat, ale wolę zatrzymać je dla siebie - To było jedyne wyjście, Kochanie. Zrobiłam to dla Ciebie, dla dziecka. Nie mogłam dopuścić do tego, aby Ci ludzie Cię skrzywdzili. 
Nie mieli do tego żadnego prawa! To banda okrutnych ludzi.
- My to wiemy, ale oni mają inne do tego podejście. Należę do Justina. Tatuaż na moim karku to potwierdza.
Bzdura! Do nikogo nie należysz, nie jesteś niczyją własnością. Tak wiele razy Ci to tłumaczyłam, tak? To on sam sobie to ubzdurał, Kochanie. Nie należysz do jego świata, nie mają prawa Cię zabić tylko dlatego, bo jesteś w ciąży. To głupie i żałosne! - złości się, ale rozumiem jej gniew. Ma do niego prawo - Ten przeklęty tatuaż usuniesz po porodzie, nie przejmuj się tym - och, nie pomyślałam o tym! - Masz mi to za złe? Za wysłanie Cię do Londynu?
- Zwariowałaś?! Jak mogłaś tak pomyśleć? Przecież doskonale wiem, jaki los by mnie tam czekał, mamo.
- Tylko to mogłam zrobić, Kate. 
Przez osiem miesięcy byłam bezradna i musiałam patrzeć, jak ten człowiek przejmuje kontrolę nad Twoim życiem. Nie miałam na to żadnego wpływu, a przecież jestem Twoją matką. Justin to dla mnie smarkacz, a mimo to nie zaradziłam temu wszystkiemu. Nie masz pojęcia, jaka to porażka dla matki.
- Proszę, nie mów tak - zamykam oczy i nie wytrzymuję. Pozwalam łzom wypłynąć, bo jej słowa miażdżą moje serce - Nic nie mogłaś zrobić, tak samo jak ja.
 Jesteś bezpieczna? Czy Justin próbował się z Tobą skontaktować?
- Nie, ale jestem pewna, że ktoś obserwuje nasz dom w dzielnicy. Czeka, aż się tam pojawię, dlatego nie mam zamiaru wracać. W mieście czuję się bezpiecznie. Jest dobrze, córeczko, nie martw się o mnie. 
- Zawsze będę się o Ciebie martwić, mamo. Uważaj na siebie cały czas, tak? Boję się, że mógłby Cię skrzywdzić.
- Nie boję się go, dobrze to wiesz. Jeśli jednak faktycznie to zrobi, widocznie tak musiało być. Mam czyste sumienie, bo jesteś daleko stąd, a on nie wie gdzie. Zrobiłam wszystko, co mogłam i mogę spać spokojnie. 
- Boże, mamo! Kocham Cię najmocniej na świecie! - wybucham płaczem i nie hamuję się - T-tak bardzo tęsknię.
- Wiem, Kate, wiem. Ja Ciebie też kocham, nigdy o tym nie zapominaj. J
esteś dla mnie najważniejsza.





**********************************************************
Ktoś chętny na weekend z 18th? :)









piątek, 18 września 2015

Rozdział 9

Uchylam powieki i ziewam przeciągle. Przekręcam głowę i dostrzegam Justina, który śpi obok mnie. Uśmiecham się na ten widok, bo wygląda tak beztrosko. Ostrożnie przekręcam się na bok i wpatruję się w jego śliczną twarz. Uwielbiam go, czy tego chcę, czy nie. Spędziłam z nim osiem, długich miesięcy. Były między nami ciężkie chwile, ale też takie, które ściskają mnie za serce. Wiem, że Justin jest dobrym człowiekiem, po prostu robi złe rzeczy i muszę się z tym pogodzić. Boli mnie to, bo chciałabym, aby nasze życie wyglądało zupełnie inaczej. Żebyśmy mogli w spokoju wychować nasze dziecko, bez strachu, zagrożenia. Może gdyby prowadził inne życie, ucieszyłby się na wieść o dziecku? Niestety jest jak jest i nic tego nie zmieni. To nie ta bajka. Justin nigdy nie porzuci gangu.
- Cześć, Kotku - och, jego zaspany głos wyrywa mnie z moich myślisz - Wiesz, że cały czas gapisz się na mnie?
- Cóż, jesteś bardzo przystojny, więc jak mogłabym się nie gapić, hmm? - uśmiecham się i cmokam go w nos.

- Och, czyżby? - mruży oczy, przesuwa się i przytula mnie do siebie - A Ty jesteś śliczna i moja. Tylko moja.
- Twoja - wsuwam palce w jego włosy i patrzę w jego piękne, brązowe oczy - Bardzo Cię kocham, wiesz?
- Wiem, Kotku. A ja kocham Ciebie - mruga okiem i odsuwa moje włosy na bok - Moja mała dziewczynka.

O dziesiątej mogę opuścić szpital. Oczywiście nie wracam do domu, Justin parkuje w gangu, ale jestem zbyt zmęczona, aby bać się w tym momencie. Chyba jest mi wszystko jedno, marzę tylko o odpoczynku.
- Pomogę Ci - Justin otwiera dla mnie drzwi swojego samochodu, wysiadam i ściskam jego dłoń - Dasz radę?
- Jasne - chrząkam i posyłam mu lekki uśmiech. Powoli idziemy do drzwi i kiedy wchodzimy do środka, widzę wszystkich. Na czele z Gloverem i Sky. Na szczęście jest też Dry, co podnosi mnie na duchu. Bardzo go lubię.
- Hej - Dry podchodzi do nas, przytula mnie i głaszcze po plecach - Wyglądasz na osłabioną. Jak się masz?
- Jakoś - wzruszam ramionami, ale jestem wdzięczna za jego troskę - Jestem po prostu zmęczona, przeżyję.
- Napędziłaś nam stracha - och! Glover wyrasta przede mną, schyla głowę i patrzy mi w oczy - Co się stało?
- Przepraszam, sama nie wiem, dlaczego tak nagle zasłabłam. Poczułam się fatalnie i nie miałam nad sobą kontroli.
- Nie musisz przepraszać, Kate. Ważne, że wszystko jest w porządku - wow! Czy on naprawdę to powiedział?
- Okej, musisz odpoczywać. Idziemy do łóżka - Justin pochyla się, bierze mnie na ręce i wchodzi na górę. Zadziwia mnie jego troska, chociaż nie powinnam być zaskoczona, od zawsze był dla mnie dobry i troszczył się. Mimo tego, czym się zajmuje nie wyrządził mi krzywdy - No, jesteśmy! Potrzebujesz czegoś? - układa mnie na łóżku, zsuwa moje buty i okrywa puchatym kocem. Jak dobrze! - Może zrobić Ci coś do jedzenia, hmm? Nic nie jadłaś.
- Może później, dobrze? Na razie poleżę sobie, zostaniesz ze mną? - wyginam usta i robię oczy kota ze Shreka.
- W porządku, ale tylko chwilę - układa się obok i przytula do siebie - Mam dzisiaj sporo na głowie, przepraszam.
- Nic nie szkodzi, rozumiem to. Przecież jestem duża, poradzę sobie. Nie musisz się mną przejmować, Justin.

- Hej, nie mów tak! - odchyla głowę i marszczy brwi - Oczywiście, że się Tobą przejmuję, jesteś moją dziewczyną, tak? - przytakuję i cmokam go w usta - Załatwię sprawy i wrócę do Ciebie. Zostaniesz z Dry, zaopiekuje się Tobą i będzie mnie informował na bieżąco. Zjedz coś i odpocznij. Gdyby coś się działo, masz dać mi znać, jasne?
- Jasne - zamykam oczy, wtulam się w niego i odprężam. Nie wierzę, że naprawdę zamierzam od niego uciec. 


Justin wychodzi kilka minut po jedenastej. Zostaję sama i wreszcie mogę zadzwonić do mamy. Muszę być ostrożna.
- Kate, córeczko! Wszystko w porządku? - jej głos przepełnia panika - Wyszłaś ze szpitala? Jak się czujesz?
- Spokojnie, mamo! - chichoczę, ale wyrzuca z siebie pytania jak z karabinu - Tak, wyszłam ze szpitala, właśnie odpoczywam. Wszystko jest dobrze, mam się całkiem dobrze, tylko jestem ciut osłabiona. A Ty jak się masz?
- O mnie się nie martw, dziecko. Dzwoniłam wczoraj do cioci Mary - och, tak szybko? - Długo rozmawiałyśmy, ale miałyśmy sobie sporo do powiedzenia. Wspominałam jej, że natychmiast musisz wyjechać z Los Angeles, bo jesteś w niebezpieczeństwie. To moja siostra, zawsze mogę na nią liczyć i od razu powiedziała, żebyś przyleciała.
- Naprawdę chcesz to zrobić? Wywieźć mnie aż do Londynu? Wiesz, jak to potwornie daleko od Los Angeles?
- Oczywiście! Jednak nie mamy innego wyjścia, Kochanie. Zrobię wszystko, żebyś Ty i dziecko byli bezpieczni. Nie dopuszczę, aby ktokolwiek Cię skrzywdził. Nie pojmuję jednego... skoro on tak bardzo Cię kocha, jak może dopuścić do tego, aby jego szef pociągnął za spust, huh? Gdzie do cholery jest ta jego miłość, Kate?
- Nie wiem, co mam Ci powiedzieć, mamo - schylam głowę, opieram czoło na kolanie, ale to jest beznadziejna sytuacja - To Glover ma tutaj ostatnie zdanie, sama nie wiem, jak zachowałby się Justin. Kocha mnie, ale nie jestem pewna, czy stanąłby w mojej obronie. Gang to całe jego życie, siedzi w tym od bardzo dawna.
- Dlatego nie będziemy czekać, żeby przekonać się o tym, kogo wybierze. Mam spore oszczędności, powinny wystarczyć Ci na jakiś czas. Ciocia z wujkiem zadeklarowali pomoc, będzie Ci u nich dobrze - boże! Mam ochotę wybuchnąć płaczem - Musisz tylko pojawić się u mnie jutro najpóźniej o piętnastej. Kupiłam Ci bilet - jasna cholera, już?! - Wiem, że jesteś zaskoczona, ale chyba nie ma na co czekać, prawda? Musimy działać szybko, póki jeszcze czas. Samolot masz o siedemnastej trzydzieści. Zawiozę Cię na lotnisko, dasz radę jutro u mnie być?

- Tak, myślę, że dam radę. Justin nie zabrania mi się z Tobą spotykać więc powinno pójść całkiem sprawnie.
- Spakuję Ci najpotrzebniejsze rzeczy, mała walizka i nic więcej. Na miejscu dokupisz sobie resztę, dobrze?
- Jasne, dziękuję. Mamo... naprawdę myślisz, że to ma szansę się udać? Nie chcę Cię opuszczać, wiesz?

- Wiem, Skarbie. Ja również bardzo tego nie chcę, ale tak trzeba. Nie pozwolę na to, aby Ci ludzie zrobili Ci krzywdę. Gdybym to coś dało, już dawno poszłabym na policję i powiedziałabym, że trzymają Cię tam siłą.
- Jezu, mamo! Nie rób tego, nigdy! Obie wiemy, że nie skończyłoby się to dobrze. Policja tutaj nie zagląda. 
- Dziwisz się? Przecież to przeklęte miejsce, ale nie obawiaj się. Ten koszmar już niedługo się skończy.
- Kocham Cię, mamusiu - zaciskam usta, a łza spływa po moim policzku - Będę za Tobą bardzo tęsknić.

- Wiem, córeczko. Ja również, ale pewnego dnia wszystko wróci do normy i znowu będziemy razem.

Leżę w łóżku i myślę o wszystkim. Justina nie ma dobre pół dnia i tęsknię zanim. Powoli zaczyna docierać do mnie, że chcę od niego uciec, a raczej od Glovera i tego, co chce mi zrobić. Chciałabym powiedzieć Justinowi o dziecku, zobaczyć jego reakcję. Co by zrobił? Może zabrałby mnie stąd, ochronił? Przekręcam się na bok i zaczynam panikować. Naprawdę to wszystko może się udać? Przecież on nigdy nie pozwoli mi odejść. Wpadnie w szał. kiedy zobaczy, że mnie nie ma. Boże! Kocham go, wcale nie chcę być z dala od niego, przecież to mnie wykończy! Tak bardzo będę za nim tęsknić! Jednak wiem, że nie mam innego wyjścia. Muszę wyjechać, albo zabić swoje własne dziecko. Pozostaje mi tylko pierwsza opcja, jak mogłabym skrzywdzić niewinną istotę, która nawet się jeszcze nie urodziła? To nie jego wina, że tak się stało, więc nie mogę ukarać tej maleńkiej kruszyny. Będę mamą, mam w swoim brzuchu małego człowieka, który zawładnie całym moim życiem. Wszystko się zmieni, bo to on będzie dla mnie najważniejszy. Musi być bezpieczny, zdrowy. To miejsce zniszczyłoby i jego i mnie. Ciekawe, czy będzie podobny do Justina? Uśmiecham się na tę myśl, chociaż do tego jeszcze daleka droga.

Justin wraca dopiero o dziewiętnastej. Nie jadłam nic od wyjścia ze szpitala, jednak mam średni apetyt. Jestem potwornie zestresowana i jedynie, o czym myślę to zbliżający się wyjazd. Boję się, tak cholernie się boję!
- Kate? - słyszę jego głos i uchylam powieki - Co się dzieje? Marnie wyglądasz - odkrywa koc i stawia mnie na nogi. Cholera, jestem słaba i ledwo mogę ustać - Co się z tobą dzieje? Jesteś blada jak ściana! Jest Ci słabo?
- Trochę - schylam głowę, oddycham głębiej i ponownie chciałabym się położyć - To nic takiego, Justin.

- Jadłaś dzisiaj cokolwiek? Czy Dry do Ciebie zaglądał? - pyta surowo, a mój brzuch zaciska się z nerwów.
- Tak, zaglądał kilka razy. Coś tam przekąsiłam, naprawdę nie musisz się martwić. I nie złość się, proszę.
- Idziemy - 
chwyta mnie pod ramię, ale nawet nie mam możliwości założyć butów. O co mu chodzi do cholery?! Chodzimy na dół i widzę cały skład. Rozmawiają cicho i oni również wyglądają poważnie. Coś się świeci - Dry! - Justin podnosi głos, kiedy tylko zatrzymujemy się obok kanapy - Wymień wszystko, do zjadła dzisiaj Kate.
- Właściwie - chrząka i drapie się w kark. Błagam! Nie mów prawdy! - To nic nie zjadła, nie chciała - dzięki, stary!

- Nic?! - krzyczy, aż się wzdrygam - Co to ma kurwa znaczyć, huh? - chwyta moje ramiona i przyciąga do siebie - Powiedziałem, że masz więcej jeść. Dlaczego więc tego nie zrobiłaś, co?! Dlaczego to lekceważysz, Kate?!
- Nie krzycz, proszę - szepczę cicho, ale trochę mnie przeraża - Nie miałam apetytu i chęci do jedzenia.
- To powinnaś była się do tego zmusić! - ależ wrzeszczy, rany! - Jesteś słaba, ledwo stoisz na własnych nogach, jak do cholery chcesz dojść do siebie, skoro nic nie jesz?! -
 zaciska szczękę i wygląda poważnie jak diabli - Czy Ty jesteś kurwa poważna?! Chcesz się wykończyć, zagłodzić?! - mój oddech przyśpiesza, wbijam zęby w wargę i czuję łzy na policzkach - Przestań! Tylko nie becz, jasne?! - boże, potrzebuję wsparcia, a nie kolejnego gówna!
- Przestań na mnie krzyczeć! Czego Ty chcesz, co?! - podnoszę głos, ale wyprowadził mnie z równowagi.
- Nie tym tonem! - przyciąga mnie do siebie, a nasze nosy stykają się ze sobą - Uważaj na słowa, jasne?

- Uspokój się, Brave - podchodzi do nas Glover i kręci głową - Wiem, że jesteś wkurwiony, ale musisz wyluzować.
- Jak mam to zrobić, skoro na mieście jest pieprzona wojna, a moja dziewczyna ledwo kurwa żyje, huh?
- Dlatego uważam, że powinieneś odstawić ją do domu - tak, błagam! - Matka na pewno się nią zajmie, Ty masz na głowie inne sprawy. Naprawdę to nie jest odpowiedni moment, abyś bawił się w niańkę. Sam wiesz, jak jest.

- Och, serio? Ty też zostawiłeś Rose, pamiętasz? - patrzy na niego ze złością i prycha z kpiną - Zechcesz przypomnieć, co się wtedy stało? - twarz Glovera natychmiast się zmienia, zaciska szczękę i poważnieje. Wyczuwam, że właśnie wchodzą na bardzo drażliwy dla niego temat - Ach, no tak! Zastrzelili ją! - o, boże! 
- Przestań!! - Glover dopada do Justina, który niespodziewanie mnie puszcza i upadam na twardy beton, auć! - Nie wspominaj o niej, kapujesz? - mierzą się spojrzeniami, ale mój chłopak wygląda na niewzruszonego. 
- Nie pozwolę, aby moja dziewczyna skończyła tak samo. Więc nie mów mi, że powinienem odstawić ją do domu, bo doskonale wiemy, że to miejsce jest w samym środku pieprzonej wojny! Nie zostawię jej tam na śmierć.
- W porządku. Rób, co chcesz - puszcza go i poprawia koszulkę - Zakoduj sobie, że masz być do mojej dyspozycji w każdej chwili, o każdej porze dnia i nocy. Zwarty i gotowy - mówi poważnie i przelotnie na mnie spogląda.
- Wiem - Justin przewraca oczami, kuca obok mnie i wzdycha ciężko. Zamykam oczy, przykładam dłoń do czoła, ale mam wszystkiego serdecznie dość! Chcę wrócić do domu! - Chodź, Kotku - bierze mnie na ręce, sadza obok Sky i znika w kuchni. Opieram głowę o oparcie kanapy, podkurczam nogi i nie wzrusza mnie nawet to, że obok mnie siedzi Sky, który mnie przecież przeraża - Proszę - słyszę głos mojego chłopaka i uchylam powieki. Podaje mi mały talerzyk, a na nim trzy tosty posmarowane moim ulubionym, truskawkowym dżemem. Jezu! Nie zjem tyle. 
- Dziękuję - odpowiadam szeptem i biorę talerzyk. Siada naprzeciwko mnie i nie spuszcza ze mnie wzroku. Świetnie! - Masz zamiar tak się na mnie gapić? - pytam ze złością, ale wcale mi tym nie pomaga - Krępujesz mnie.
- Tak, właśnie taki mam zamiar, muszę Cię przypilnować. Masz zjeść wszystko, Kate. Obyś mnie nie zdenerwowała.
- Nie wcisnę w siebie aż tyle, Justin. To dla mnie za dużo, naprawdę... - nie kończę, od razu wchodzi mi w słowo.
- Mam to w dupie! - znowu podnosi głos i ściskam dłonie na brzegu talerzyka - Nie wkurwiaj mnie jeszcze bardziej.
Przełykam ślinę, powstrzymuję napływające do oczu łzy i próbuję wcisnąć w siebie posiłek.

Wieczorem biorę ciepły prysznic i próbuję rozluźnić napięte jak struny mięśnie. Czuję się nieco lepiej, ale jestem zdziwiona zachowaniem Justina. Rzadko jest wobec mnie agresywny, tym razem cholernie mnie zaskoczył. Musi być naprawdę źle, skoro jest taki nerwowy. Jestem pewna, że coś idzie nie po jego myśli i coś się dzieje.
- Hej - czuję jego dłonie na brzuchu i prawie przestaję oddychać. Staram się nie panikować i zachowywać normalnie, jednak boję się, że się zorientuje. Jestem tym nawet ciut zaskoczona, bo przecież doskonale zna moje ciało, a mimo to nic nie zauważył. Na całe szczęście! 
- Wszystko w porządku? - pyta cichutko, przytakuję głową i układam dłonie na jego - Kocham Cię, wiesz o tym? - ponownie przytakuję, ale mam ściśnięte gardło. Nie ma pojęcia, że chcę od niego uciec - Potrzebuję Cię w swoim życiu, Kate - jezu! Jego słowa łamią moje serce, bo mam dokładnie tak samo! Mimo tego, jak bardzo nasza sytuacja jest popieprzona! - Jesteś tylko moja, na zawsze - muska językiem moją szyję, przenosi dłoń w dół i pieści mnie zachłannie. Oddaję się temu, bo być może będzie to nasz ostatni seks. Jeśli uda mi się uciec, nigdy więcej go nie zobaczę. Odwracam się i gwałtownie wpijam się w jego usta. Wślizguję język do środka i wsuwam palce w jego włosy. Mocno zaciskam je w pięści, a z jego ust ucieka przeciągły, seksowny jęk. Ściska moją pupę, opiera moje plecy o płytki i napiera na mnie swoim ciałem - Pragnę Cię - dyszy w moje usta, szarpie za wargę i odwraca mnie tyłem do siebie. Odgarnia moje włosy na lewe ramię, całuje w kark i wsuwa się do środka. Zwijam dłonie w pięści, ale jest tak cholernie dobrze! Zaczyna poruszać biodrami i mocno tuli mnie do siebie. Opieram czoło o płytki i czuję łzy na policzkach.

Budzę się kilka minut po dziesiątej. Justina nie ma obok mnie, ale to dobrze. Liczę na to, że będzie miał dzisiaj sporo pracy. Muszę zapytać go, czy mogę odwiedzić mamę. Nie chcę uciekać, ponieważ od razu zorientuje się, że coś jest nie tak. To musi być zaplanowana akcja i trzeba zachować spokój. Inaczej wszystko szlag trafi.
- Cześć, Dry - witam się z nim i przysiadam bok - Gdzie się wszyscy podziali? Tutaj nigdy nie było tak pusto, wow!
- Cóż, jest nalot na mieście i musieli się tym zająć - och, nalot? - Bloods za bardzo kombinują i nieźle wojują.
- O rany! Mam nadzieję, że chłopcy są bezpieczni? Czy oni będą tam strzelać? - cholera, przeraża mnie to!
- To bardzo prawdopodobne. Właściwie to jeszcze dzieciaki, dopiero zaczynają przygodę z gangiem. Może kiedy zobaczę zgraję naszych sami odpuszczą? Tak byłoby dla nich najlepiej. Nie wiedzą, w co się wpakowali.

- To wszystko jest straszne, wiesz? Te wojny, naloty, wieczne akcje. Tak przecież nie da się żyć, Dry! 
- Dla Ciebie to coś szokującego, dla nas to codzienność. Gang to nasze życie i to praktycznie od dziecka.
- Nie wyobrażam sobie tego - kręcę głową, ale ciężko jest to pojąć. Już mam zapytać, kiedy Justin wróci, ale niespodziewanie otwierają się drzwi i wszyscy wchodzą do środka. To, co widzę przeraża mnie do szpiku kości.
- Posadź ją na krześle, Sky - Glover mówi surowo, zaciska dłonie, a jego wzrok przepełnia chęć mordu.
- J-Justin? - jąkam się, podchodzę do niego i czuję, jak moje ciało drży. Potwornie się boję! - Co się tutaj dzieje?
- Nic takiego, idź na górę, dobrze? Zaraz do Ciebie przyjdę - cmoka mnie w głowę, ale nie ma na to szans!

- Co chcecie zrobić? - marszczę brwi i wpatruję się w dziewczynę, która siedzi na krześle i szlocha głośno. Jest bardzo młoda, zapewne młodsza ode mnie i na dodatek jest w... ciąży. Przełykam ślinę i mam złe przeczucia.
- To, o czym mówiłem Ci ostatnio. Tu nie ma żartów, Skarbie. Takie jest życie - przekręca moją głowę i zmusza, abym na niego spojrzała. Odgarnia moje włosy i całuje w czoło. Nie mogę im na to pozwolić! - Idź już.
- Nie możecie tego zrobić. Ona jest w ciąży! - podnoszę głos i zaczynam panikować. To nie dzieje się naprawdę!
- Wiem, Kate. Tłumaczyłem Ci, że w gangu takie rzeczy nie mogą mieć miejsca. Ona doskonale to wiedziała.
- Proszę - kiwam głową jak w amoku, przykładam dłoń do ust i natychmiast chcę do niej podejść i pomóc jej.
- Nie - Justin chwyta mnie za ramię i nie pozwala mi na to - Idź do pokoju, Kate, nie możesz tutaj być.
- Nigdzie się nie ruszę, Justin! - patrzę na niego ze złością i nie wierzę! - Pozwolisz na to? Poważnie? Ty?!
- Och, skończmy już z tym - Sky prycha z kpiną i patrzy wprost na mnie. Robi to specjalnie, aby mnie złamać.
- Tak, masz rację - Glover wyjmuje pistolet i odbezpiecza go. Zamieram, kiedy celuje prosto w głowę dziewczyny.
- Nie!!! - wrzeszczę, aż chce wywalić bębenki. Mój głos roznosi się echem po budynku i walczę z Justinem, aby mnie puścił - Nie możesz tego zrobić!! Ona ma w sobie żywe dziecko, błagam Cię! - wybucham płaczem i nie dowierzam, że pociągnie za spust. Przecież zabije niewinnych ludzi, naprawdę jest aż tak bezduszny?
- Uspokój się, do cholery! - Justin odwraca mnie do siebie i mruży oczy - Tak skończy każda, która złamie zasady.

- Mam w dupie wasze pojebane zasady! Zostawcie tę biedną dziewczynę, nie macie prawa tego zrobić!!
- Przestań!! - chwyta moje włosy i zaciska pięść. Krzyczę, bo robi to bardzo brutalnie i przytrzymuje mnie siłą. Zapowietrzam się od płaczu, patrzę w jego oczy, które nie wyrażają żadnych uczuć i słyszę strzał. Wzdrygam się i zamieram. Przestaję walczyć, uchylam usta, a łzy zalewają moje policzki. Zrobił to, zastrzelił ją. Jedna kulka i jest po wszystkim. Nawet się nie zawahał, nie poczekał na wyjaśnienia. Teraz mam pewność, że mnie czeka dokładnie taki sam los i jedynie ucieczka może ocalić moje życie, oraz życie mojego dziecka - Kate? - Justin przerywa przerażającą ciszę i marszczy brwi - Oddychaj, Skarbie - puszcza moje włosy i delikatnie klepie mnie po policzku. Nawet go nie widzę, łzy zasłaniają mi cały widok - Spokojnie, już po wszystkim - przytula mnie do swojego ciała, głaszcze po plecach, a ja rozpadam się na milion kawałków.

Siedzę w kuchni, wpatruję się w szklankę z wodą i czuję na sobie ich spojrzenia. Na moich oczach zginęła bogu ducha winna dziewczyna oraz jej nienarodzone dziecko. Ta myśl jest wręcz przerażająca, opieram łokcie na blacie i chowam twarz w dłoniach. Próbowałam ją ocalić, walczyłam, ale to na nic. Nie mam prawa głosu, to Glover rządzi i to on ma ją na sumieniu. Mam nadzieję, że kiedyś będzie smażył się za to w piekle. Zasłużył sobie na taki los.
Kiedy moje życie zmieniło się w ten pieprzony koszmar? 
Jak na ironię, jestem dokładnie w takiej samej sytuacji i niebawem sama mogę zarobić kulkę w łeb. Glover ma surowe zasady, których nie rozumiem, a których broni jak lew. Ja je złamałam, zaszłam w ciążę i zapewne też nie zawahałby się mnie dobić. Nawet nie mam nadziei na to, że mój chłopak wybrałby mnie i nasze dziecko zamiast Glovera. Może i mnie kocha, ale to gang jest na pierwszym miejscu. Nie dam się zabić przez jakieś chore zasady. Wkładam szklankę do zlewu i ruszam do drzwi. 
- Odwieź mnie do mamy - chwytam bluzę z oparcia kanapy i idę przed siebie. Nie zostanę tutaj, nie ma szans!
- Hej, a Ty dokąd?! - podnosi głos, naciskam na klamkę i w tym momencie mnie dogania - Kate, do cholery! - wychodzimy na zewnątrz, odwraca mnie w swoją stronę i kręci głową
- Co Ty odpierdalasz, dziecino?
- Nic, chcę zobaczyć się z mamą, mam dość na dzisiaj. Chcę zostać u niej do wieczora i odpocząć.
- A może łaskawie zapytasz mnie o zgodę, co? 
- patrzy na mnie surowo i zaciska szczękę. Mam to w dupie.
- Po prostu odwieź mnie do niej, dobrze? Nie utrudniaj mi tego, Justin. Jestem w szoku po tym, co przed chwilą zobaczyłam. Nie ma opcji, że zostanę w tym miejscu, rozumiesz? To dla mnie zbyt wiele! To jest chore!
- Uspokój się. Odwiozę Cię pod warunkiem, że nie opuścisz domu - przytakuję głową - W porządku, wskakuj.

Justin parkuje pod moim domem, zeskakuję z motoru i oddaję mu kask. Czuję uścisk w brzuchu, bo być może to nasze pożegnanie. Tak bardzo go kocham, niestety nasza bajka nie będzie miała szczęśliwego zakończenia.
- Bądź grzeczna, dobrze? - mówi cicho i przyciąga mnie do siebie - Gdyby coś się działo, zadzwoń do mnie, tak?

- Mhm, nie martw się, będę bezpieczna i grzeczna. Spędzę trochę czasu z mamą i spróbuję się uspokoić. 
- Dobrze - uśmiecha się uroczo, przykłada dłoń do mojego policzka i tulę się w nią - Kocham Cię, maleńka.
- A ja kocham Ciebie - zamykam oczy i powstrzymuję napływające do oczu łzy. Nie wyobrażam sobie ucieczki.
Jesteś moja i to się nigdy nie zmieni - odgarnia moje włosy i całuje mnie czule w usta. Dociskam się do niego mocniej i oddaję pocałunek - Wszystko w porządku? - marszczy brwi i wpatruje się we mnie - Jesteś niespokojna.
- Wiem. Wciąż trzyma mnie szok po dzisiejszym wydarzeniu. O-on ją zabił, Justin. To było straszne! Dlaczego?

- Złamała zasady. Dziecko w gangu to sprawa zakazana, ukrywała to. Ktoś ją wydał i poniosła odpowiedzialność. 
- Wiesz, tak sobie myślę... - boże! Źle robię, ale tak bardzo chciałabym to wiedzieć! - Co by się stało ze mną, gdybym była na miejscu tej dziewczyny? - mój brzuch kurczy się z nerwów, a ciało Justina napina jak struna.
- Nawet tak nie mów, Kate! - kręci głową i jest bardzo poważny - To sprowadziłoby na Ciebie nieszczęście. 
- Nie obroniłbyś mnie przed Gloverem? Przecież mnie kochasz, tak? To byłoby nasze dziecko, Justin.
- Nie wiem, Kate - wzdycha ciężko i masuje skroń - Znam go od bardzo dawna i mimo tego, iż sami ustalaliśmy te zasady, nie mam pewności czy miałbym prawo go powstrzymać - patrzę na niego z niedowierzaniem, a ostatnia iskierka nadziei właśnie odlatuje w siną dal. Łudziłam się, że być może postawiłby na swoim i miałabym szansę urodzić nasze dziecko, jednak teraz sprawa jest przesądzona. Nie ma dla mnie szans - 
Dlatego proszę, bierz tabletki i nigdy o żadnej nie zapominaj, jasne? Nie mogę Cię stracić, Skarbie. Jesteś dla mnie najważniejsza, wiesz?
- Wiem - uśmiecham się, chociaż w środku jestem załamana - A Ty jesteś najważniejszy dla mnie, pamiętaj o tym.
- Pamiętam, maleńka. Uciekaj już, wieczorem po Ciebie przyjadę. I proszę, koniecznie coś jedz, dobrze?
- Jasne, mama na pewno coś we mnie wciśnie. Nie martw się - całuję go czule w usta i wchodzę do domu.


Czas z mamą mija szybko, zdecydowanie ZA szybko. Przez cały ten czas rozmawiamy, płaczemy, ale przerasta mnie sytuacja. Boję się wyjechać, wcale nie chcę tego robić. Jednak tutaj chodzi o moje życie, to nie są żarty. Decyzja zapadła i trzeba trzymać się planu. Muszę ratować siebie mimo tego, jak bardzo go kocham. 

Na lotnisku dopada mnie czyste przerażenie. Jestem spanikowana i nerwowo rozglądam się na boki. Skoro nie ma tutaj jeszcze Justina i żadnego z chłopców to znaczy, że nikt mnie nie obserwował i moja ucieczka naprawdę może się udać. Nie sądziłam, że mam na to jakiekolwiek szanse, widocznie Justin musi mi ufać.
- Kochanie, wszystko będzie dobrze - mama pociesza mnie i głaszcze po włosach - Gdyby było inne wyjście, na pewno bym z niego skorzystała, ale niestety nie ma - wdycha ciężko i dopiero teraz dostrzegam zmęczenie na jej twarzy. To moja wina, przysporzyłam jej mnóstwo zmartwień - Bardzo Cię kocham, córeczko i proszę, uważaj tam na siebie, dobrze? - przytakuję głową, ale mam ściśnięte gardło i nic z siebie nie wydukam - Zadzwoń do mnie zaraz, jak tylko wejdziesz do domu, nie przejmuj się godziną. Będę czuwać przy telefonie. Bądź dzielna.
- Kocham Cię, mamusiu, najbardziej na świecie! Dziękuję Ci za wszystko. Bądź ostrożna, dobrze?
- Będę, córeczko - odchyla się i uśmiecha uroczo - Nie wrócę do naszego domu, przeniosę się do mieszkania na mieście. W dzielnicy dzieje się coraz gorzej i nie chcę spotkać Justina. To pewne, że nie dałby mi spokoju. 
- A jeśli on zrobi Ci krzywdę, kiedy nic mu nie powiesz? - o boże! To możliwe. Nie wybaczyłabym sobie tego!
- Nie bój się. Nic mi nie zrobi, nie boję się tego gówniarza - mruga rozbawiona, chociaż mi wcale nie jest do śmiechu - Uciekaj, już pora. Bezpiecznej podróży - popycha mnie lekko i macha na pożegnanie. 
Posyłam jej całusa, a łzy ciurkiem płyną po moich policzkach. Moje serce rozpada się na kawałki, bo właśnie żegnam się z moją kochaną mamą. W dodatku zostawiam tutaj chłopaka, którego kocham całą sobą, ale wiem, że nie dane jest być nam razem. Będziemy mieli dziecko, którego nigdy nie pozna. Być może teraz przez niego ktoś traci życie, a ja wsiadam do samolotu i niebawem będę bardzo daleko stąd...