piątek, 30 października 2015

Rozdział 17

Brave POV:
Budzi mnie głośny płacz. Wzdrygam się, gwałtownie otwieram oczy i przecieram twarz rękami. Cholera, co jest?! Nasłuchuję uważnie, ale słyszę go bardzo dobrze, bo dobiega z pokoju obok. Jamie! Zrywam się na równe nogi i wchodzę do pokoju Kate. Siedzi na łóżku, trzyma małego w ramionach i tuli go do siebie. Płacze niemiłosiernie, aż coś ściska mnie w brzuchu. Jednak kiedy patrzę na nią, moje serce spada na podłogę. Trzęsie się i szlocha. Po prostu płacze razem z nim i widzę bezradność na jej twarzy. Boże! Nie byłem gotowy na taki widok!

- Kate? - podchodzę do łóżka, kucam i układam dłonie na jej udach. Jest cała roztrzęsiona - Hej, co się dzieje?
- N-nie wiem - jąka się, zapowietrza i kołysze go na boki - Wciąż płacze, nie mogę go uspokoić! Co mam robić?

- Nie znam się na dzieciach - wzdycham ciężko, ale jestem bezradny! Naprawdę ten temat to czarna magia.
- Boże, mam już dość! Chcę mu pomóc, Justin. Zrób coś, błagam! - patrzy na mnie zapłakana i muszę działać.

- D-daj mi go - mój głos się załamuje, Kate marszczy brwi i przestaje płakać. Zapewne jest zaskoczona, ja sam jestem - No, co? Nie patrz tak na mnie, okej? - buczę pod nosem, ocieram jej łzy i wystawiam dłonie. Nie wiem, jak trzymać dziecko, jednak Kate mi pokazuje i mały ląduje w moich ramionach. Jego policzki są mokre, jest czerwony i spięty. To dziwne, ale czuję w sercu coś dziwnego, chociaż sam nie wiem, cóż to takiego - No dobra, do dzieła - mobilizuję samego siebie, podnoszę się i chodzę z nim po pokoju. Kate miała rację, jest do mnie podobny, sam to widzę! Wpatruję się w niego jak zahipnotyzowany i układam dłoń na jego brzuszku. Głaszczę go delikatnie i nie mogę pojąć, że jest tak maleńki! Dopiero teraz dociera do mnie, że to moje dziecko. Cholera! - Już dobrze, spokojnie - mówię do niego, ale płacze nieco mniej. Za każdym razem, kiedy wypluwa smoczek, wkładam go z powrotem. Kołyszę go w ramionach, wciąż głaszczę po brzuszku i mija dobre kilkanaście minut, a jakimś cudem powoli się uspokaja. Unosi rączki nad główkę, ziewa przeciągle i smoczek znowu wypada z jego usteczek. Tym razem go nie wkładam, bo zamyka oczka i chyba zasypia. Marszczę czoło i nie wierzę w to, że jest mój. Jak do tego doszło? - Brawo, maleńki - uśmiecham się, podnoszę głowę i patrzę na Kate. Leży na łóżku, na jej policzkach widzę zaschnięte łzy i potworne zmęczenie. Ziewa przeciągle, okrywa się kołdrą i zamyka oczy. Chwileczkę! I co ja mam teraz zrobić?! - Świetnie! - kręcę głową, wzdycham ciężko i podchodzę do łóżka. Ostrożnie układam się od ściany i kładę małego między nami. Wierci się trochę, ale ponownie przykładam dłoń do jego brzuszka i uspokaja się. Uśmiecham się i mam ochotę przybić sobie piątkę. Brawo, stary. Jeden zero dla Ciebie. 

Uchylam powieki, ziewam i spoglądam w prawą stronę. Kate leży na boku, z ręką pod głową, a mały jest przyczepiony do jej piersi. Oboje śpią. Prycham, ale to dziecko ma zdecydowanie lepiej niż ja! Zabrał mi ją, przywłaszczył sobie! Jednak mimo tego, iż nie rozumiem co się ze mną dzieje, gapię się na nich. Odgarniam
włosy, które spadły jej na twarz, Kate marszczy czoło, mruczy cicho i otwiera oczy. Wygląda tak słodko i uroczo.

- Hej - mówi cichutko i posyła mi cudowny, zasypany uśmiech. Przeciąga się leniwie i spogląda na małego.
- No hej - biorę jej dłoń, głaszczę czule i całuję wierzch - Jak się czujesz? Mam nadzieję, że trochę spałaś.
- Trochę - przewraca oczami i oddycha głośno - Uwielbia zasypiać w ten sposób - chichocze, odkleja go od piersi i poprawia koszulę. Mały natychmiast wydaje jęk niezadowolenia i mam ochotę wybuchnąć śmiechem. A to mała bestia, chce rządzić! - Dziękuję Ci, no wiesz... że pomogłeś mi w nocy - zaciska usta i przykłada dłoń do oczu.
- Chyba nie będziesz płakać? - może to dziwne, ale od zawsze nienawidziłem, kiedy to robiła. Jestem twardym gościem, ale widok jej łez totalnie mnie rozpieprza! - Kochanie - układam dłoń na jej głowie i wsuwam palce we włosy - Przecież nic się nie stało, może coś go zabolało? To chyba normalne, chociaż się na tym nie znam. 
- Pewnie tak, ale bałam się. Tak bardzo płakał i był cały spięty - odsuwa rękę i widzę łzy na jej policzkach - Powinna odwiedzać mnie położna, sprawdzać czy wszystko z nim w porządku niestety tutaj nie jest to możliwe.
- Spokojnie, może to była jednorazowa akcja? - kurwa! Nie wierzę w to, co słyszę. Położona? Kto to do cholery jest?! Jednak nawet nie pytam, bo i tak nie mogłaby tutaj przychodzić - Okej, wstajemy, ogarniemy się i jedziemy do przychodzi, tak? - Kate przytakuje głową i uśmiecha się lekko - Zdejmą Ci te szwy i przy okazji obejrzą małego - mrugam do niej, pochylam się i cmokam ją w usta. Boże! Tak bardzo za nią tęskniłem!

Po prysznicu i ubraniu się schodzę na dół. Bujam małego w foteliku i czuję na sobie spojrzenie Glovera i Sky.
- No nieźle, stary! Jesteś tatusiem na pełny etat, co? - Sky prycha rozbawiony i szturcha mnie w ramię.
- Masz z tym jakiś problem? - mrużę oczy, jednak wiem, że kpi ze mnie - Jeśli tak, możesz mi o tym powiedzieć.
- Ależ skąd, wręcz przeciwnie, to taki słodki i uroczy widok. Lider, potężny człowiek, buja takie małe stworzenie.
- Och, pieprz się, Sky. Lepiej, żebyś zachował swoje gadanie dla siebie i mnie nie wkurzał. Czy to jest jasne?
- Kompletnie nie wiem, o co Ci chodzi, Brave. Chcę być miły, tak? Nie musisz się od razu denerwować, ziomek.

- Gdybym Cię nie znał, może i bym Ci uwierzył. Obaj wiemy, że nie umiesz być miły. To nie jest w Twoim stylu.
- Auć! Zraniłeś moje biedne serduszko! - przykłada do niego dłoń i wygina usta w podkówkę. Co za debil!

- Uspokój się, Sky - Glover karci go jak dziecko i posyła mu wymowne spojrzenie. No nareszcie! - Więc! Chyba nie mam nawet, o co pytać, bo widzę, że podjąłeś już decyzję. Mam rację? - patrzy na mnie i uśmiecha się chytrze.
- Poważnie? Ty też? Dajcie wy mi święty spokój - wzdycham ciężko i spoglądam na dziecko, które również patrzy na mnie. Mam wrażenie, że nie ogarnia sytuacji, jednak wygląda uroczo ze smoczkiem na pół twarzy.
- Wyluzuj - Glover przysuwa się i skupia uwagę na Jamiem - No to będziemy mieć pierwsze dziecko w gangu.
- Naprawdę tak po prostu się z tym pogodziłeś? Zaakceptowałeś moją decyzję i będzie tak, jak dawniej?

- Owszem. Dla mnie najważniejsze jest to, iż to Twoje dziecko. Jesteś moim bratem, liderem, Brave. Cokolwiek by się nie stało, zawsze będę po Twojej stronie - uchylam usta i wręcz nie wierzę w to, co właśnie usłyszałem. Nigdy wcześniej nie powiedział mi nic podobnego! - Jednak szczerze? Dobrze, że jest już po fakcie. Gdybym dowiedział się tego na początku na pewno nie byłoby kolorowo. Jestem pewny, że wpadłabym w pieprzony szał.
- Wiem - mówię cicho i poniekąd jestem wdzięczny Kate, że jednak zwiała. Może dzięki temu Glover spojrzał na to z zupełnie innej strony? - Jak chcesz, mogę przenieść się do innego budynku. Taki maluch robi sporo hałasu.
- Nie ma takiej potrzeby. Jesteś mi potrzeby, tutaj jest Twoje miejsce. A skoro Ty jesteś w tym miejscu, ona i dziecko też muszą. Macie na tyle miejsca, zmieścicie się? Jeśli nie, Clever ma większy pokój i zamienicie się.
- Daj spokój! Dry odstąpił mi swój pokój, a jest trzy razy większy od mojego. Spokojnie, mamy mnóstwo miejsca.
- Justin? - naszą rozmowę przerywa niepewny głos Kate. Podchodzi do nas i chrząka - Jestem gotowa.
- Więc jedziemy - podnoszę się, chwytam fotelik i splatam nasze palce - Glover - odwracam się i kiwam głową w jego stronę - Gdyby coś się działo jestem pod telefonem. W razie czego postaram się wrócić jak najszybciej.
- Jasne, stary! Na razie - mruga okiem i unosi zwiniętą w pięść dłoń. Nasz symbol jedności i odwagi.




Kate POV:
Do przychodni docieramy po dobrych czterdziestu minutach. Na szczęście Jamie śpi i ma wszystko w nosie. Czuję się dzisiaj zdecydowanie lepiej i mam nadzieję, że rana dobrze się goi. Dbam o nią, przemywam chociaż niestety ostatnio miałam za dużo stresu. Liczę na to, że teraz wreszcie zapanuje spokój i będę mogła dojść do siebie.
- Jesteśmy - Justin gasi silnik, zaciąga ręczny i spogląda na mnie - Gotowa? - uśmiecham się i cmokam go w usta.
- Gotowa - zarzucam torebkę na ramię i sprawdzam czy mam portfel. Kiedy moje oczy trafiają na telefon, przypominam sobie o mamie. Niech to szlag! Zapomniałam o niej - Cholera - włączam go, czekam chwilę, a w moje oczy rzucają się wiadomości od Alexa. Na pewno martwi się o mnie, zniknęłam tak nagle i nawet nie dałam znaku życia. Będę musiała się z nim skontaktować, ale teraz mama - Muszę zadzwonić do mamy, chwilka.
- Poważnie? Akurat teraz, Kate? To nie jest odpowiednia pora, wiesz? Nie możesz zrobić tego trochę później?
- Nie mogę, Justin. To zajmie dosłownie minutę
- wybieram jej numer i przykładam telefon do ucha. Jeden, sygnał, drugi, trzeci. Niecierpliwię się i zaczynam się martwić - No dalej - podryguję nogą i wreszcie odbiera - Mama!
- Boże, córeczko! - jej głos się łamie i słyszę pociąganie nosem - Dziecko, gdzie Ty się do cholery podziewasz? 
- Nie płacz, proszę! - schylam głowę i sama próbuję się nie rozpłakać. Justin chwyta moją dłoń i mocniej ściska - Wszystko jest w porządku, naprawdę. Jestem cała, zdrowa i bezpieczna, Jamie również. Jesteśmy w Los Angeles.
- Zabrał Cię! Marie do mnie zadzwoniła i opowiedziała mi, jakie przedstawienie tam urządził. Była przerażona! 
- Wiem, nie chciałam tego. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, ale nie wiedziałam, że w ogóle przyjedzie!
- Daj spokój, przecież to nie Twoja wina, dziecko. Jest możliwość, abyśmy się zobaczyły? Chcę poznać wnuka!
- Tak się składa, że właśnie jestem w mieście. Muszą zdjąć mi szwy i obejrzeć małego. Może Cię odwiedzimy?
- Och, cudownie! Jego akurat nie mam ochoty oglądać, ale nie to jest w tym momencie najważniejsze.

- Super! Dam Ci znać, kiedy skończy się wizyta. Do usłyszenia! - cmokam w słuchawkę, kończę połączenie i chowam telefon do torebki. W samochodzie zapada cisza, spoglądam na Justina, ale patrzy przed siebie i zaciska szczękę - Kochanie, proszę... nie złość się. Nie widziałam mamy pół roku! Powinna zobaczyć Jamiego, prawda?
- Owszem. Dlaczego jednak łaskawie nie zapytałaś mnie o zdanie, hmm? Chyba mam coś do powiedzenia, prawda?
- Przepraszam. Wiem, że powinnam to zrobić, ale oboje wiemy, że nie zgodziłbyś się. Przyznaj mi rację.
- Oczywiście, że nie! - prycha wkurzony i kręci głową - Dobra, idziemy. Chcę to mieć już za sobą - w
ysiada z samochodu, odpina fotelik z pasów i chwyta mnie za rękę. Wchodzimy do budynku, szybko rejestruję się do lekarza i przechodzimy długim korytarzem. Na szczęście jestem druga w kolejce, co bardzo mnie cieszy - Usiądź.
- Nie chcę - przytulam się do niego i opieram głowę na jego piersi - Nie złość się już na mnie, dobrze? 

- Staram się, uwierz mi. Wciąż jesteś tak samo nieznośna jak przed Twoim wybrykiem, albo i jeszcze bardziej.
- Możliwe, ale za to kocham Cię zdecydowanie mocniej - uśmiecham się, pocieram nosem o jego i cmokam czule.


Pół godziny później, jest po wszystkim. Lekarz pozbywa się szwów i zapewnia mnie, że rana dobrze się goi. Muszę zdecydowanie więcej odpoczywać i nie forsować się, a wszystko będzie w porządku. Oddycham z ulgą. 
Jamiego ogląda również pediatra, ale uspokaja mnie, że wszystko jest w porządku. To bardzo dobra wiadomość.

Po wizycie u lekarza, Justin robi coś, co mnie szokuje. Po prostu zabiera mnie do sklepu i wybieramy wózek oraz łóżeczko dla małego. Moje serce kurczy się z radości i nie wierzę, że naprawdę to robi. Wiem, że to wszystko jest dla niego nowe i musi się z tym oswoić. Minęło dwa dni od mojego powrotu, muszę dać mu czas.

Jednak postanawiam umówić się z mamą w parku, a nie w jej mieszkaniu. Może to głupie, ale nie chcę, aby Justin znał jej adres. To jedyne miejsce, gdzie jeszcze nie dotarł i niech tak pozostanie. Mama jest tam bezpieczna.


Justin prowadzi wózek, a ja popijam pysznego szejka. Natychmiast do mojej głowy przedostaje się myśl o Alexie, odruchowo spoglądam na mój nadgarstek, na którym wciąż noszę bransoletkę, którą od niego dostałam. Chcę napisać mu wiadomość, że ze mną wszystko w porządku. Muszę zrobić to po kryjomu, aby nie widział tego Justin. Wpadłaby w szał. Od zawsze był zazdrosny i nawet nie chcę myśleć jakie wyciągnąłby z tego wnioski.
- Kate! - słyszę głos mamy i przekręcam głowę w prawą stronę. Wpadam w jej ramiona i płaczę ze szczęścia - Tak bardzo się cieszę, że wreszcie mogę Cię zobaczyć, przytulić! - odchyla mnie od siebie i ogląda z góry na dół - Wyglądasz prześlicznie, córeczko! Tak bardzo się zmieniłaś. Już nie jesteś dziewczynką, tylko prawdziwą kobietą. 
- Och, mamo! Od dawna nie jestem dziewczynką, za dwa miesiące będę miała dziewiętnaście lat! Zapomniałaś?
- Jakbym mogła? Cieszę się, że nie spotkała Cię żadna krzywda - chrząka i wymownie spogląda na Justina.
- Nie martw się - burczy pod nosem i przewraca oczami - Kocham ją, tak? Przy mnie nic jej się nie stanie. 
- Naprawdę? Jaka szkoda, że nie mówiłeś tego ponad sześć miesięcy temu, kiedy musiała uciekać przed śmiercią.
- Nawet nie zaczynaj tego tematu! - podnosi głos i natychmiast się spina - Chciałaś widzieć Kate i dziecko, tak? Jest tutaj, więc skup się na niej i oszczędźmy sobie nieprzyjemności - wow! Jestem w szoku, że po prostu ustąpił.
- Masz rację - mama bierze się w garść i pochyla nad wózkiem - O rany, ależ on jest śliczny i taki maleńki.
- Nim się obejrzymy, będzie chodził do przedszkola i uganiał się za dziewczynami. Wtedy dopiero się zacznie.


Spędzamy w parku dwie godziny. Mama nie mogła napatrzeć się na maluszka i gadałyśmy jak nakręcone. Jednak bardzo za nią tęskniłam i liczę na to, że Justin pozwoli mi się z nią spotykać. Musimy nadrobić stracony czas.
- Jak się czujesz? - ciszę w samochodzie przerywa Justin. Układa dłoń na moim udzie i kreśli na nim różne wzroki.
- W porządku, jestem szczęśliwa, a dzisiejszy dzień był naprawdę cudowny! A Ty? Jak się masz?
- Chyba dobrze - marszczę czoło, jednak coś mi tutaj nie pasuje - Twoja matka wyprowadziła mnie z równowagi.
- Poważnie? Czym? Nie przypominam sobie, aby powiedziała coś, co mogłoby Cię zdenerwować. O co chodzi?
- Zarzuciła mi, że nie zapewniłem Ci bezpieczeństwa, a nawet nic nie wiedziałem. Nienawidzę, kiedy to robi.
- Spokojnie, dobrze? - układam dłoń na jego i ściskam mocniej - Nie przejmuj się tym, to już nie ma znaczenia.
- Wspomniała również o przeprowadzce. Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie wrócisz do domu? - przytakuję głową i oddycham głęboko. Mama zaproponowała, abyśmy z Jamiem wrócili do jej mieszkania. Tak byłoby najlepiej, ponieważ pomogłaby mi przy dziecku i wie na ten temat więcej niż ja. Justin nie odezwał się wtedy słowem, ale czułam, że poruszy ten temat - Świetnie, cieszy mnie to. Niech Twoja matka ponownie nie przekracza granicy. 

- Boże, Justin! Jesteś taki marudny, wiesz? Znowu się jej czepiasz - wkurzam się, ale denerwuje mnie - Tylko to zaproponowała, tak? Chce dla mnie dobrze, martwi się. Doskonale wiesz, że gang to nie miejsce dla dziecka. 
- Ale to moje dziecko i nie pozwolę, aby było gdziekolwiek indziej. Pogódź się z tym - przekręcam głowę i wpatruję się w jego profil. Jest wkurzony, spięty, nabuzowany, ale mimo wszystko jego słowa mnie rozczulają. Pierwszy raz powiedział "mój syn", a to zdecydowanie postęp! - Będziecie tam bezpieczni, nikt nie przekroczy murów gangu. Po moim trupie! Nigdy nikomu się to nie udało i nie uda - burczy surowo i poluźnia uścisk na moim udzie. 

Wchodzimy do środka, a w oczy rzuca mi się cała paczka. Trochę się krępuję, chociaż najwyższy czas do tego przywyknąć. Uśmiecham się do Dry, który porusza brwiami, klepie miejsce obok siebie i opadam na kanapę.
- Co tam? Trochę nam zeszło, działo się coś? - Justin siada obok Glovera i odkłada fotelik na niski stolik.
- Nie, wszystko pod kontrolą. Cisza, spokój, aż dziwnie się czuję - mruga do niego i szturcha w bok - A co u was?
- Dobrze. Kate zbadana, Jamie też - zawstydzam się, bo tak otwarcie o tym mówi - Cholera, już ta godzina?
- Mhm, pójdę nakarmić małego - wyjmuję go z fotelika, wchodzę na górę i docieram do naszego pokoju. Siadam w fotelu, karmię go i głaszczę po główce - Zaraz się przebierzmy, bo jest strasznie gorąco, syneczku.

- Kate? - Justin wchodzi zaraz za mną, podchodzi i kuca naprzeciwko - Jesteś smutna? O co chodzi, hmm?
- Sama nie wiem. Mam przeczucie, że coś się kroi, a Ty nic nie mówisz. Widzę te wasze dziwne spojrzenia, wiesz?

- Wiem - uśmiecha się i całuje moją dłoń - W moim życiu zawsze coś się dzieje, Kate. Tym razem też tak jest. Jeden z członków Bloods zabił naszego człowieka - o mój boże! - Był liderem w innej dzielnicy. Szykujemy nalot.
- Nalot? Cholera i tak spokojnie o tym mówisz? Przecież to poważna sprawa, Justin. Tam może stać się wszystko.
- Dla nas to nic nowego, nie pierwsza i nie ostatnia wojna z tymi skurwielami. Przywykłem do tego, luzik.
- Och, serio? Może Ty, ale nie ja. Mamy dziecko, Skarbie. Musisz mi pomóc, rozumiesz? - marszczy czoło, jakby nie rozumiał, co mam na myśli - Po prostu się boję, tak? A jeśli coś Ci się stanie? To bardzo niebezpieczne.
- Zgadzam się, ale wiem, co robię. Nic mi się nie stanie, obiecuję. Nie jestem amatorem, jestem w tym najlepszy. 

- Wierzę. Mimo to pamiętaj, że zawsze coś może pójść nie tak. Istnieje ryzyko, że coś się spieprzy i bum!
- Spokojnie, nie obawiaj się. Ty masz tylko odpoczywać i dojść do siebie, tak? Nakarm małego i zejdź na dół, sama powinnaś coś zjeść - unosi się lekko, przykłada dłoń do mojego policzka i całuje czule. Mmm, to lubię!



Brave POV:
Schodzę na dół i siadam obok Glovera. Przerzuca papierki, coś pisze, poprawia i sprawdza w internecie. Marszczę brwi, wpatruję się w ekran monitora i czytam to, co jest tam napisane. A wcale mi się to nie podoba. Cóż to?!
- Jak sam widzisz, w internecie pojawiła się notka o trupach w dzielnicy. Ktoś węszy w pobliżu, Brave. 

- Poważnie? Jakim kurwa prawem ktoś wchodzi na nasz teren, robi zdjęcia i umieszcza je w internecie?
- Sam chciałbym to wiedzieć. Trzeba popytać na mieście i przystopować tego kogoś. Za bardzo się rozpędził.
- Zdecydowanie! Nie martw się, pociągnę za odpowiednie sznurki i dowiem się wszystkiego o tej osobie. 

- Miałem nadzieję, że to powiesz. Jesteś moim najlepszym człowiekiem i podejdziesz do tego poważnie.
- Weź, bo się zarumienię - śmieję się i uderzam go w ramię. Naszą rozmowę przerywa schodząca po schodach Kate. Przełykam ślinę, bo wygląda przepięknie w letniej, błękitnej sukience. I mimo tego, że ledwo tydzień temu urodziła dziecko, wygląda cholernie seksownie! - Jak tam, Kotku? Proszę, zjedz coś, dobrze? Jest pizza.
- Nie mogę jeść śmieciowego jedzenia, karmię Jamiego - mruga okiem i podaje mi małego - No co? Idę coś zjeść.
- T-tak, ale nie możesz odłożyć go do wózka? - pytam spanikowany, bo to wciąż nowa dla mnie sytuacja.
- Nie, ponieważ właśnie się najadł i musi mu się odbić - co ona bredzi?! Jednak wzdycham ciężko i biorę go w ramiona. Nie śpi, patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi oczkami i wystawia język. Macha rączkami, na których ma założone coś dziwnego. Zastanawiam się, cóż to za cholerstwo, ale robi mi się go żal i zdejmuję to ustrojstwo. Od razu lepiej - Hej, to chroniło go od podrapania! - och, a więc wszystko jasne! Wzruszam ramionami, a Kate mruży oczy - Musisz ułożyć go na ramieniu i poklepać lekko po pleckach. Tylko proszę, rób to delikatnie, okej?
- Okej, okej. Boże, dzieci są takie skomplikowane - przewracam oczami i spoglądam na Glovera, który zaciska usta i próbuje nie wybuchnąć śmiechem - Ani mi się waż! Tu nie ma nic śmiesznego. To poważne, rodzicielskie sprawy.
- Właśnie widzę to na własne oczy. Mam ochotę na głośne "aww" jesteś taki słodki z tą maleńką małpką.
- Nawet nie zaczynaj - posyłam mu mordercze spojrzenie, ale po chwili obaj wybuchamy śmiechem. Nasz świetny humor przerywa wchodząca do środka młoda dziewczyna. 
Rozgląda się z zaciekawieniem, ale kiedy tylko nas dostrzega zatrzymuje się w połowie kroku. Gapię się na nią, ale nie mam pojęcia, kim do cholery jest! - Skąd się tutaj wzięłaś, dziecko? To teren prywatny i niestety nie masz do niego wstępu. W tył zwrot, złociutka.
- Po pierwsze; nie jestem dzieckiem. Po drugie; jestem internetową dziennikarką. Ostatnio zrobiłam o was reportaż - ach, więc to ta mała suka umieszcza te zdjęcia? No proszę! - Chciałabym zrobić z wami wywiad. To możliwe?
- Ależ oczywiście! Brave, zajmiesz się panią? - Glover unosi brew i przekazuje mi spojrzeniem instrukcje.
- Z przyjemnością - uśmiecham się chytrze, podnoszę i oddaję Kate małego. Patrzy na mnie zdezorientowana i ukradkiem zerka na dziewczynę - Pozwól ze mną, udzielę Ci osobistego wywiadu - delikatnie chwytam ją pod ramię i otwieram drzwi. 
Kiedy wychodzi, biorę spluwę z szuflady i podążam za nią. Zabawę czas zacząć. 






piątek, 23 października 2015

Rozdział 16

Kate POV:
Budzę się przed dziewiątą, przecieram oczy i ziewam. Za oknem pięknie świeci słońce i wpada do pokoju oświetlając ściany. Uśmiecham się na ten widok. Wiecznie ciepłe, słoneczne Los Angeles. Tęskniłam za tym.
Spoglądam w bok i całuję Jamiego w czoło. Śpi sobie smacznie, wtulony w kocyk i oddycha spokojnie. Mój maleńki. Dopiero się urodził, a ja ponownie zafundowałam mu stres w jego krótkim życiu. Nie wiem, czy Justin oszczędzi nam życie, ale jeśli tak się stanie, będę musiała zatroszczyć się o małego. Nie mogę się wiecznie bać, stresować, denerwować, bo nim się obejrzę stracę pokarm, a tego bym nie chciała. Niestety sytuacja nie wygląda za dobrze.
Podnoszę się z łóżka, zarzucam na siebie szlafrok i człapię do łazienki. Na szczęście nie spotykam nikogo po drodze i ogólnie panuje cisza. To dziwne, ale nie mam zamiaru się tym martwić. Szybko robię siku, myję ręce, twarz i wiąże włosy w koka. Kiedy opuszczam łazienkę dochodzą do mnie głosy. Marszczę czoło, podchodzę bliżej schodów, jednak nie wychylam się, aby nikt mnie nie zobaczył. Przytulam plecy do ściany i chociaż nie powinnam tego robić, podsłuchuję. Od razu rozpoznaję głos Justina i Glovera, a moja ciekawość się potęguje.

- Więc? Co zamierzasz teraz zrobić? Skoro już tutaj jest, a przecież tego chciałeś, masz wolną rękę, stary.
- Wiem, dziękuję. Mimo wszystko jestem załamany, bo nie tego się spodziewałem. Cholera, to jakiś obłęd.
- Zgodzę się z Tobą, też byłem zszokowany. Zdajesz sobie sprawę z tego, że powinna zarobić kulkę jeszcze w Londynie? - zapada chwilowa cisza, a ja przełykam ślinę. Do tej pory nie pojmuję, dlaczego nie pociągnął za spust - Obiecałem Ci, że nie będę się wtrącał. Nasze zasady są jasne, ale decyzję zostawiam Tobie - jasna cholera, czy ja dobrze słyszę?! Byłam pewna, że Glover nie odpuści, a tymczasem pozwala decydować Justinowi?! Dlaczego?

- Doceniam to, naprawdę. To nie zmienia faktu, że prawie ścięło mnie z nóg, kiedy zobaczyłem ją i... dziecko. Wczoraj powiedziała mi, że to właśnie z jego powodu uciekła. Bała się, że zastrzelisz ją jak Madison.
- Obaj wiemy, że miałem prawo to zrobić. Nie zawahałbym się, zasady to zasady, no ale obiecałem Ci.

- Może to lepiej, że jednak uciekła? Gdybyś pociągnął za spust, ten widok rozpieprzyłby mnie na kawałki.
- Wierzę. Nie zabiłem jej, Ty również nie chcesz tego robić, więc co dalej, hmm? Kochasz ją Brave, masz syna.

- Weź mi kurwa nic nie mów, okej? Zaskoczyła mnie i wciąż to do mnie nie dociera. Co mam niby zrobić, huh?
- Akurat w tym temacie Ci nie doradzę. Nigdy nie miałem dzieciaka i nie mam pojęcia, jak się nim obsługiwać.

- Och, goń się! - Justin prycha z kpiną, a ja uśmiecham się pod nosem - Mam ochotę przetrzepać jej skórę.
- Wydaje mi się, że wcale nie musisz tego robić. Tylko na nią spójrz, przecież ledwo żyje. Chcesz ją dobić?
- Zwariowałeś? Po prostu... sam nie wiem! Jestem potwornie wkurwiony, w dodatku mam tak mieszane uczucia, że nie mogę sobie z nimi poradzić. Jestem twardym gościem, ale widok jej takiej mnie łamie. Wiem, że cierpi, bo jej twarz wykrzywia grymas bólu. Ma opatrunek na brzuchu, więc musiała mieć cesarkę - no brawo, geniuszu! 

- Daj sobie trochę czasu, a przyzwyczaisz się do obecnej sytuacji. To dla nasz wszystkich jest spory szok.
- I Ty to mówisz? Przecież w gangu jest całkowity zakaz jakichkolwiek dzieci. Skąd ta nagła zmiana zdania, co?
- Jakby się nad tym zastanowić to ten zakaz dotyczy członków, a nie liderów - świetnie! nie mógł tak od razu?! Byłoby po sprawie - 
Po prostu staram się to jakoś ogarnąć. Kochasz ją, na pewno jej nie zabijesz. A skoro będzie żyć, nie zapominaj o dziecku. Chcesz je zabić, Brave? - na samą myśl, moje serce zaciska się nieprzyjemnie.
- Jestem wściekły, ale zabicie własnego dziecka jest ponad moje siły. Jak miałbym żyć z czymś takim?
-  Nie wiem, naprawdę. Pamiętaj jednak, że jesteś liderem. Podejmij taką decyzję, z której będziesz dumny.

Uśmiecham się i po cichutku wracam do pokoju. Zamykam za sobą drzwi, opieram się o nie i zamykam oczy. Justin mnie kocha, nie mógłby zabić naszego syna, a to sprawia, że w moim sercu kiełkuje nowa nadzieja na to, że jeszcze jest dla nas szansa. To jego syn, musi go zaakceptować, tylko potrzebuje trochę więcej czasu.

Po śniadaniu zabieram Jamiego na świeże powietrze. Stawiam fotelik na ławce, wystawiam twarz do słońca i zaciągam się powietrzem. Tęskniłam za Los Angeles. Londyn jest piękny, jednak odrobinkę przygnębiający. 
- Hej - obok mnie przysiada Dry i uśmiecha się szeroko - Jak samopoczucie? Dzisiaj wyglądasz o wiele lepiej.
- I tak też się czuję. Jest dużo lepiej, dochodzę do siebie, chociaż jak sam wiesz, ostatnio było dość ciężko.
- Na szczęście sytuacja się unormowała - mruga okiem i spoglądam na małego, który jak zawsze smacznie śpi - Wiesz, zamurowało mnie, kiedy weszliśmy do pokoju i zobaczyliśmy Ciebie i dziecko - 
marszczę czoło i spoglądam na niego - Brave tak wiele razy zastanawiał się, dlaczego uciekłaś. Wymyślał powody, próbował zrozumieć, ale na pewno żaden z nas nie spodziewał się czegoś takiego - tak, to naprawdę musiał być dla nich spory szok - Urodziłaś dziecko, Kate. Aż ciężko w to uwierzyć. Nigdy nie miałem do czynienia z dziećmi, ale... on jest naprawdę słodki. 
- To prawda - wbijam zęby w wargę i dotykam jego maleńkiej nóżki - Jest dla mnie najważniejszy na świecie.
- Dlaczego właściwie nic nam nie powiedziałaś? Jestem pewny, że znaleźlibyśmy jakieś dobre rozwiązanie. 
- Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałam to zrobić. Ale kiedy Glover zabił tamtą dziewczynę postanowiłam zatrzymać to dla siebie. Wiedziałam, że mnie i moje dziecko spotkałby dokładnie taki sam los. Glover nawet się nie zawahał.
- Trudno przewidzieć mi jego reakcję. Glover faktycznie działa szybko, ale dlatego właśnie jest naszym przywódcą.
- Możliwe. Ja wcale nie miałam zamiaru czekać i ryzykować. Zrobiłam to dla mojego dziecka, aby był bezpieczny.

- Możesz mi nie wierzyć, ale Brave nie skrzywdzi ani Ciebie, ani jego - och! Zaskakuje mnie tym - Serio, Kate? Przecież ten facet jest w Tobie nieprzytomnie zakochany! I mimo tego, że minęło tyle miesięcy jemu wcale nie przeszło. Teraz jest zszokowany tym, że ma dziecko, ale ogarnie to. Zobaczysz. Daj mu trochę czasu.
- Oby, Dry. Kto jak kto, ale Jamie w tej sytuacji jest najmniej winny - mówię smutno i oddycham ciężko. 


Popołudniu, kiedy Jamie śpi, biorę prysznic. Staram się nie polewać rany wodą i myję się raz dwa. Zakładam na siebie białą, luźną sukienkę i rozczesuję włosy. Muszę porozmawiać z Justinem, czy pozwoli mi odwiedzić jutro lekarza. Boję się, bo nie rozmawialiśmy od wczorajszego wieczoru. Dry podniósł mnie trochę na duchu. Może faktycznie nie będzie aż tak źle? Czy Justin naprawdę mógłby mnie zabić, skoro mnie kocha? Sam powtarzał mi to codziennie, nawet kiedy uciekłam zaznaczał to w mailach, sms’ach. Byłby zdolny pociągnąć za spust? Wiem, że nie spodziewał się tego, że jestem w ciąży, ale przekona się do małego. Muszę mu w tym pomóc. 

Siedzę w kuchni razem z Dry i zadziwia mnie to, że wciąż mi towarzyszy. Jestem ciekawa czy robi to z własnej woli, czy Justin przekazał mu takie instrukcje? Jednak nie zadręczam się tym, ponieważ dobrze się przy nim czuje. Jest dobry, troskliwy, ma w sobie uczucia i kompletnie nie pasuje do tego miejsca. Tak samo jak mój chłopak.

- Czemu on ciągle śpi? - ciszę przerywa Dry, który przechyla głowę i wpatruje się w mojego syneczka. Fotelik leży obok nas, Dry nawet buja go delikatnie, a ja chichoczę - Chyba tylko raz widziałem, jak miał otwarte oczy.
- Ma niecały tydzień, to całkowicie normalne - uśmiecham się i napotykam spojrzenie Sky, który siedzi na kanapie, klika w klawiaturę laptopa i przelotnie zerka na naszą trójkę. Gdyby wzrok mógł zabijać, już byłabym trupem!
- Jest fajny, wiesz? Polubiłem go - aww, czyż on nie jest słodki? - Myślisz, że to coś w stylu bycia wujkiem? 
- No pewnie! To świetny pomysł wujku Dry - mrugam rozbawiona, a Dry dumnie wypina pierś. Jest zabawny.
- Dry! - dobiega nas ostry jak brzytwa głos Justina i widzę go dzisiaj po raz pierwszy. Stoi w drzwiach i zwija dłonie w pięści. Znowu jest wściekły - Weź się do roboty. Masz pojechać z Clever’em do miasta, na co jeszcze czekasz?
- Już idę, rany! O co się tak spinasz, stary? - prycha pod nosem, przewraca oczami i zeskakuje z krzesełka - Nie przejmuj się, Brave jest zazdrosny - szepcze cicho, posyła mi chytry uśmieszek i czochra moje włosy.

- Na górę, Kate - burczy niezadowolony i nie bardzo rozumiem jego zachowanie. Patrzę na niego zdziwiona, nie spuszcza ze mnie wzroku i mruży oczy - Na co czekasz? Mam Ci pomóc? - zaciska szczękę i traci cierpliwość.
- Nie, dziękuję. Poradzę sobie sama, bez łaski - ostrożnie schodzę z krzesełka i czuję na sobie jego spojrzenie.
- Nie tym tonem, moja droga! - podnosi głos, aż się wzdrygam. Kurde, co się z nim dzieje? Czemu się tak wścieka?
- O co tak właściwie Ci chodzi, Justin? Masz do mnie pretensje? Jeśli tak, powiedz mi o tym. Będzie nam łatwiej.

- Pretensje?! - wrzeszczy niemiłosiernie, czym mnie zaskakuje. Spoglądam na Jamiego, który wypluwa smoczek i porusza się niespokojnie. Niech Cię szlag, człowieku! - To zdecydowanie nie jest odpowiednie słowo! 
- Możesz się tak nie wydzierać? Przez Ciebie Twój syn się boi - wzdycham i poprawiam mu maleńką skarpetkę. 
- Nie wkurwiaj mnie, Kate! - zwija dłonie w pięści i teraz już płonie ze złości. Cholercia, muszę się przymknąć.
- W porządku, już mnie nie ma - poddaję się, bo nie mam siły z nim walczyć. Doskonale wiem, że i tak nie wygram. Chwytam fotelik ze stołu, ale natychmiast odstawiam go na ziemię. Przykładam dłoń do brzucha i krzywię się. 
- Powoli, pomogę Ci - podnoszę głowę i widzę go przed sobą. Podnosi fotelik, chwyta mnie pod ramię i bardzo powoli wchodzimy pod schodach. Oddycham głęboko i próbuję wziąć się w garść - Wszystko okej? - pyta cicho, przytakuję głową i siadam na łóżku. Ta przeklęta rana mnie wykończy, muszę więcej odpoczywać.
- Justin - zaczynam niepewnie, wpatruje się we mnie uważnie aż robi mi się gorąco - Czy jest możliwość, abym mogła jutro pojechać do lekarza? - marszczy czoło i wygląda na zdezorientowanego - Muszą zdjąć mi szwy z rany.

- Oczywiście - odpowiadam niemal natychmiast i mile mnie zaskakuje - Potrzebujesz czegoś? Mów śmiało.
- Nie. Mam jedynie pytanie - oblizuję usta, schylam głowę i gapię się w podłogę - Dlaczego nas nie zabiłeś?

- Nie wiem - oddycha głęboko, opiera się o ścianę i zakłada ręce na piersiach - Powinnaś ponieść karę za to, co odwaliłaś, Kate. Powinienem po prostu pociągnąć za spust, ale kurwa nie mogę tego zrobić! Po prostu nie mogę.
- Więc, co teraz z nami będzie? - unoszę głowę i wlepiam w niego wzrok. Wzrusza obojętnie ramionami, podnoszę się i podchodzę do niego - Tęskniłam za Tobą - uśmiecham się smutno, chwytam jego dłoń i splatam nasze palce - Było mi ciężko i chciałam być w Twoich silnych ramionach. Kocham Cię, Justin. Nie chcę, żebyś mnie zabijał.
- Możesz spać spokojnie, nie zrobię tego. Nie mógłbym żyć z takim poczuciem winy. Uciekłaś ode mnie.

- Wiem, ale zrobiłam to tylko ze względu na naszego syna. Moje uczucia się nie zmieniły - przybliżam się do niego i dotykam jego ust swoimi. Boje się, że zaraz mnie odepchnie, ale on natychmiast wsuwa palce w moje włosy i wślizguje język do środka. Zaskakuje mnie tym, ale dociskam się do niego jeszcze mocniej, obejmuję go w pasie i pogłębiam pocałunek. Jest mocny, zmysłowy i bardzo namiętny. Czuję, że Justin wkłada w niego wszystkie uczucia, złość, tęsknotę. Zupełnie tak samo, jak ja. Wciąż nie dowierzam, że jeszcze żyję i ogromnie cieszę, że Justin mimo zasad Glovera nie chce mnie zabić. Nic z tego nie rozumem, jednak najważniejszy jest dla mnie Jamie i jego bezpieczeństwo - Wciąż jestem na Ciebie wściekły - dyszy w moje usta i prześlizguje po nich językiem - Ale to nic nie zmienia, bo kurewsko mocno Cię kocham! - mówi surowo i zaciska dłonie na moich włosach - Nigdy więcej mnie nie zostawisz, kapujesz? Należysz do mnie, czy Ci się to podoba, czy nie. Jeszcze jeden taki numer, a wpakuję Ci kulkę w łeb! Nikt nie będzie ze mną pogrywał, Kochanie. Nawet Ty! - oddycha szybko, jego klatka piersiowa unosi się i opada gwałtownie. Jest wściekły, ale czuję, że nie zrobi mi krzywdy. Podnoszę ręce, zarzucam je na jego szyję i pocieram swoim nosem o jego. Marszczy brwi i uchyla usta zaskoczony - C-co robisz?
- Cieszę się, że nie chcesz zrobić mi krzywdy - opieram głowę na jego piersi i uśmiecham się do siebie. Tak dobrze znowu poczuć go tak blisko siebie - Wiem, że nie mógłbyś, Justin. Kochasz mnie, a ja kocham Ciebie, Skarbie.
- Nie myśl sobie, że tak łatwo Ci to odpuszczę - och! Podnoszę głowę i patrzę mu w oczy - Zrobiłaś coś, czego nigdy nie powinnaś. Jakaś kara na pewno się znajdzie, nie martw się o to - mruga okiem, jednak zachowuje powagę - A teraz powinnaś odpocząć - rozsuwa zamek mojej bluzy, zdejmuje ją i pomaga mi położyć się na łóżku.
- Poleżysz ze mną? Proszę? - patrzę na niego oczami szczeniaka, ale potrzebuję jego wsparcia, ramion, czułości.
- Nie mogę, mam dzisiaj sporo pracy. Gdybyś czegoś potrzebowała, po prostu zawołaj kogoś z dołu. Dobrze?
- Dlaczego nie śpisz ze mną? Przecież to nasz pokój, prawda? Tutaj jest Twoje miejsce, brakuje mi Ciebie.
- Przestań, Kate - 
kręci głową i muszę mocno zacisnąć usta, aby odgonić napływające do oczu łzy - Tylko nie płacz, okej? - nie mogę! Czuję się samotna i jest mi bardzo smutno. Przytakuję głową, ale i tak czuję ciepłe łzy. Jest dla mnie taki obcy, oschły i moje serce boleśnie się kurczy - No już, przecież nic się nie dzieje, tak? Jesteś już bezpieczna - przewraca oczami, przenosi mnie na swoje kolana i przytula do siebie. Mocno wczepiam się w jego ciało i chowam głowę w zagłębieniu jego szyi. Pachnie tak dobrze! Dokładnie tak, jak zapamiętałam.
- Potrzebuję Cię, Justin - szepczę cicho i pociągam nosem - Zbyt długo byłam z tym wszystkim sama, wiesz?

- Wiem, ale przecież jestem blisko, tak? Wróciłaś, jesteś tutaj i nigdy się stąd nie ruszysz. Czego jeszcze chcesz?
- Ciebie - odchylam głowę i przykładam dłonie do jego policzków. Gapi się na mnie zaskoczony i nerwowo oblizuje usta - 
Długo jeszcze będziesz mnie tak traktował? Uciekłam, ale skoro mnie kochasz, bądź taki jak dawniej.
- Bardzo się staram, jednak to wcale nie jest takie proste. Wciąż jestem wkurwiony za to, co odjebałaś. 
- Wiesz, że nigdy bym od Ciebie nie uciekła. Mimo tego, jak bardzo boję się życia, które prowadzisz chcę być z Tobą bez względu na wszystko. Chciałam ochronić tylko nasze dziecko, nic więcej. Glover mnie do tego zmusił.
- Dobrze, że uciekłaś - o mój boże, co on mówi? - Gdyby Glover się wtedy o tym dowiedział, zastrzeliłby Cię bez mrugnięcia okiem, a to rozpieprzyłoby mnie na milion kawałków. Teraz zmienił nieco do tego podejście i sam tego nie rozumiem. Rozmawiałem z nim wczoraj i dzisiaj rano. Powiedział, że decyzja należy do mnie i zaakceptuje każdą. Traktuje mnie jak brata, chociaż nimi nie jesteśmy. Nie chce mnie stracić, a ja nie mam zamiaru odchodzić. Więc wychodzi na to, że po prostu będziemy tutaj razem - uśmiecham się na jego słowa i nie dowierzam, że naprawdę nie chce mnie skrzywdzić. Schodzę z jego kolan, powoli podchodzę do fotelika i wyjmuję małego. Mruczy cichutko i zwija paluszki w piąstki. Wracam do Justina, ponownie siadam na jego kolanach, ale widzę strach na jego twarzy. Jednak to jego dziecko i powinni się w końcu poznać. Najwyższa pora - C-co robisz, Kate?
- Nic, chciałam tylko pokazać Ci Twojego synka - układam go na ramieniu tak, aby Justin miał na niego idealny widok. Marszczy czoło, uchyla usta w szoku, ale gapi się na niego jak zahipnotyzowany - Jest do Ciebie podobny.
- Nie mogę, ja... - kiwa przecząco głową, chwyta mnie w talii i stawia na nogi - Muszę iść, mam sporo pracy.
Wychodzi z pokoju, nie oglądając się za siebie. Przytulam do siebie Jamiego i układam się na łóżku. Patrzę na mojego syneczka i szlocham. Po prostu cała się trzęsę i nie mogę zapanować nad własnym ciałem. To było bardzo bolesne i nie wierzę, że odrzucił małego. Czy tak już będzie zawsze? Czy nie pokocha własnego syna? 



Brave POV:
Siedzę przed budynkiem i palę papierosa. Nerwowo podryguję nogą i cały się trzęsę. Jestem wkurwiony, targają mną sprzeczne uczucia i sam nie wiem, co mam ze sobą zrobić! Nagle Kate wraca, ale nie sama. Dowiaduję się po kilku miesiącach, że mam dziecko! Jak do tego doszło?! Jestem w szoku, nawet mnie na to nie przygotowała. Jak mam się zachować? Przecież nie znam się na dzieciach, nigdy nie miałem z nimi do czynienia i w naszym gangu nie ma ani jednego. Kurwa! Przeczesuję włosy, ale jedyne na co mam ochotę, to iść do niej i po prostu się przytulić. Tak bardzo za nią tęskniłem! Kiedy przed chwilą mnie pocałowała czułem się tak, jakby wszystko wróciło na swoje miejsce. Kocham ją, sfiksowałem na punkcie tej małolaty i nic nie mogę z tym zrobić. Na dodatek jestem ojcem, co przeraża mnie do szpiku kości. Jasna cholera, przecież jestem liderem, nie nadaję się na ojca!

- Co jest, stary? - Dry przysiada obok mnie i przybija żółwika - Jesteś jakiś znerwicowany i blady jak ściana!
- Czy nie miałeś przypadkiem pojechać do miasta? 
Co Ty tutaj jeszcze kurwa robisz?Dlaczego tego nie zrobiłeś? 
- Spokojnie, okej? Clever się spóźni, czekam na niego. Co się z Tobą dzieje, huh? - marszczy czoło i przewraca oczami - Ogarnij się, Kate Cię potrzebuje - co?! Gwałtownie przekręcam głowę i gapię się na niego - No co tak patrzysz? Wróciła, tak? Przecież tego chciałeś, więc powinieneś ją wspierać. Masz fajnego dzieciaka, Brave - szturcha mnie w ramię i teraz wbijam się w szok! - Jest słodki, wyrośnie z niego niezły przystojniak - porusza zabawnie brwiami, ale nie mogę wydusić z siebie słowa. Jak to możliwe, że ma do tego dziecka tak wyluzowane podejście?! - Wiem, że jesteś przerażony sytuacją, widzę to na Twojej twarzy. Jesteś twardym gościem, liderem. Masz zawsze zajebiste pomysły, jesteś przebiegły, odważny. A tu proszę, dziecko i nie umiesz sobie poradzić?
- Och, pieprz się, Dry! - mrużę oczy przed słońcem i zaciągam się papierosem - Nie spodziewałem się tego.
- Wiem! A któż z nas się tego spodziewał? Ale ona jest z tym sama, wciąż dochodzi do siebie po porodzie. Serio chcesz ją tak traktować? Okej, jesteś na nią wkurwiony, ale musisz wziąć za to wszystko odpowiedzialność.
- Kurwa, Dry! Co się z Tobą dzieje, młody?! Skąd w Tobie taki instynkt opiekuńczy, co? Nie poznaje Cię!
- Lubię Kate, odkąd tylko ją przywiozłeś po raz pierwszy. Zasługuje, aby ją dobrze traktować. To wszystko.
- Hej! Nie rozpędzaj się, przyjacielu! Nie zapominaj, że ona należy do mnie. Doskonale o tym wiesz, prawda?
- Daj spokój. Chodzi mi o to, że to świetna dziewczyna i potrzebuje Twojej pomocy. Tylko na nią spójrz, jest przemęczona, obolała, a dzieckiem trzeba się zaopiekować. Jesteś jego ojcem, Brave, weź się w garść.
- Myślisz, że nie próbuję? To nie takie proste! Szok nadal mnie trzyma, w dodatku uciekła ode mnie i odzyskałem ją po kilku miesiącach. Nazbierało się tego w cholerę i muszę na spokojnie poukładać to sobie w głowie.
- Dasz radę, stary. Wierzę w Ciebie! W końcu jesteś liderem, nie? - mruga rozbawiony i szczerzy się jak debil.

Po rozmowie z Dry mam jeszcze większy mętlik w głowie. Wiem, że Kate potrzebuje pomocy. Wciąż jest obolała i kiedy tylko widzę grymas na jej buzi, mam ochotę wziąć od niej ten ból. Tak bardzo jak chcę jej pomóc, coś mnie blokuje i gówno z tego wychodzi. Jednak Dry ma rację, muszę wziąć za to odpowiedzialność. Jestem facetem, nie mogę być kurwa miękki, to tylko dziecko, prawda? Jasne, żeby to wszystko było takie proste! 

Zajmuję się pracą i chwilowo wyłączam myślenie. Jednak kiedy wieczorem wracam na halę, mój żołądek się zaciska. Wzdycham, naciskam klamkę i wchodzę do pokoju. Marszczę czoło, ale Kate siedzi na podłodze i kąpie małego, a serce podskakuje mi do gardła. Uśmiecha się, polewa wodą jego mały brzuszek i grucha słodko. Nie śpi, rozgląda się, chociaż wygląda tak, jakby nie do końca był tego świadomy. Zaciska paluszki w piąstki i podkurcza nóżki. Gapię się na nich, a mój brzuch się kurczy. Nie wiem, o co chodzi, ale nie mogę ruszyć się z miejsca. 
- Podoba Ci się, co? - mówi cicho i teraz polewa wodą jego główkę. Mały krzywi się i z jego ust ucieka jęk niezadowolenia - Bądź grzeczny, już skończymy - szybko myje go całego i wyjmuje z wanienki. Owija go w ręcznik i przytula do swojego ciała. Nagle podnosi głowę i nasze oczy się spotykają. Mimo zmęczenia wygląda tak pięknie - Och! Nie wiedziałam, że tutaj jesteś - uśmiecha się na mój widok i odgarnia kosmyk włosów - Coś się stało?
- Nie obawiaj się, wszystko jest w porządku - chrząkam i czuję gulę w gardle - Dlaczego mnie nie zawołałaś?
- Wyszedłeś, nie chciałeś zobaczyć własnego syna, więc nie będę Cię do tego zmuszać. Nie martw się, dam sobie radę. Przecież to moje dziecko, jest całkowicie ode mnie uzależniony i nie mam innego wyjścia. Muszę sobie jakoś poradzić - robi mi się głupio. Niedawno urodziła, a mimo to jest taka dzielna. Myślałem, że wciąż jest moją słodką, małą dziewczynką, ale bardzo się zmieniła. Jest kobietą, matką. Kurwa! - Mógłbyś tylko pomóc mi wstać?
- J-jasne - ogarniam się, podchodzę do niej i układam dłonie na jej talii. Robię to bardzo ostrożnie, ponieważ dziecko jest między nami. Podnoszę ją, staje na nogi i wlepia we mnie te piękne, ciemne oczy, które kocham.
- Dziękuję - siada na fotelu, zsuwa koszulkę, odpina stanik i zaczyna karmić małego. Przykłada swoją malutką rączkę do jej piersi i uspokaja się natychmiast. Rozpierdala mnie od środka, bo nie wiem, co mam ze sobą począć. Ponownie tchórzę, odwracam się na pięcie i po prostu wychodzę.







piątek, 16 października 2015

Rozdział 15

Mija kilka minut, ale wciąż nic się nie dzieje. W pokoju panuje przeraźliwa cisza, wpatrujemy się w siebie jak zahipnotyzowani, a mój brzuch zaciska się ze stresu. Z jednej strony nie marzę o niczym innym, jak mocno się do niego przytulić, powiedzieć, jak bardzo za nim tęskniłam i wciąż cholernie mocno go kocham. Pokazać mu naszego syna, opowiedzieć o tych trudnych dla mnie sześciu miesiącach. Z drugiej strony nawet nie drgnę, bo boję się, że jeśli tylko mrugnę będzie po nas. Wciąż nie dowierzam, że stoi przede mną. Jakim cudem mnie znalazł?!
Justin zaciska usta, napina szczękę, a to znak, że jest wściekły. Przenosi wzrok na Jamiego, marszczy brwi i zwija dłonie w pięści. Boję się, że zrobi mu krzywdę, a tego bym nie zniosła. Nie mogę mu na to pozwolić, to jego syn!
Nagle Glover wyjmuje pistolet zza paska spodni, unosi go i celuje prosto we mnie. Słyszę kliknięcie odbezpieczające i mam wrażenie, że moje serce właśnie się zatrzymało. Przerażenie szturmem rozlewa się po moim ciele, gapię się w jego oczy, które płoną nienawiścią i czekam na strzał. Mam świadomość, że Glover nie okaże mi litości.
- Nie - Justin unosi dłoń i daje mu znak, aby schował pistolet - Jeszcze nie teraz - och! Co ma na myśli? Zrobi to później? - Wstań -
 jego głos tnie powietrze i niemal natychmiast czuję na plecach dreszcz strachu. Bardzo powoli przesuwam się na brzeg łóżka i schylam głowę. Cholera, to wcale nie takie hop siup! Oddycham ciężko, przykładam dłoń do brzucha i zaciskam usta z bólu. Nagle widzę przed sobą jego dłoń, czym totalnie mnie zaskakuje. Chwytam ją i czuję ten znajomy prąd, który roznosi się po moim ciele. Pomaga wstać mi na nogi i kiedy wreszcie mi się to udaje, podnoszę głowę i nasze oczy się spotykają. Serce chce wyskoczyć mi z piersi. Nie wierzę, że stoi przede mną. Po sześciu, długich miesiącach jednak mnie odnalazł. Dotrzymał słowa. Zagryzam wargę, bo bardzo chce mi się płakać. Stoję przed nim zagubiona, przestraszona i boję się tego, że może skrzywdzić nasze dziecko. Przechyla głowę, przesuwa wzrokiem po mojej twarzy, piersiach i delikatnie podnosi moją koszulkę. Widzi opatrunek na moim brzuchu i prycha z kpiną. Nie ma wątpliwości, że dziecko, które tulę do siebie jest moje. Mimo wszystko Justin pozostaje wobec mnie oschły, jakby nie chciał okazać żadnych uczuć - Ubierz się i spakuj wszystko. Wracamy do domu - o boże! Uchylam usta w szoku i chociaż bardzo nie chcę tego robić i tak nie mam wyjścia! To on rządzi i na pewno nie zostawi mnie tutaj - Dziecko też - dodaje i posyła mi chytry, wredny uśmieszek.
- Nie - mówię szeptem, kręcę głową i błagam go spojrzeniem, aby tego nie robił. Nie wygląda na wzruszonego.
- Czego nie zrozumiałaś, huh? - chwyta moje ramię i przyciąga mnie do swojego ciała. Robi to zbyt gwałtownie, z moich ust ucieka jęk bólu i szwy natychmiast dają o sobie znać. Chce mi się beczeć, ale dzielnie zaciskam usta i staram się nie rozkleić - Wracamy do domu, to nie podlega żadnej dyskusji - mruży oczy, posyła mi rozgniewane spojrzenie, ale to nie jest "mój" Justin. To ten drugi, którego przepełnia wściekłość - Chłopcy! Spakujcie wszystko - kiwa do nich głową, zabierają się do roboty, ale to lepiej, ja nie dałabym rady tego zrobić - Przygotuj się, Kate. Masz trzy minuty - burczy pod nosem, puszcza mnie i robi krok w tył. Boli mnie jego zachowanie, mimo to nie powinnam się dziwić. Uciekłam od niego, na pewno poniosę za to odpowiednią karę - Rusz się! - unosi nieco głos, aż podskakuję. Biorę się w garść, przebieram małego i zakładam na siebie cieplejszą bluzę. Nie mam zamiaru z nim walczyć, jestem na przegranej pozycji i lepiej po prostu się poddać, bo niby jak mam się obronić?


Dwadzieścia minut później wszystko jest spakowane. Wcale nie ma tego aż tak wiele, a i tak połowa zostaje. Jeśli Glover wykona swój plan "później" te rzeczy i tak nie będą mi potrzebne. Na tę myśl moje serce się zaciska, jestem bezradna i zdana na nich. Nie tak to sobie wyobrażałam. Miałam być tutaj bezpieczna, w spokoju wychować syna niestety Justin znajdzie mnie i na końcu świata, jeśli tylko będzie tego chciał. Ciekawa jestem, jak dowiedział się o domu cioci. Dzięki chłopcom z galerii? To oczywiste, skoro kilka dni później Justin zjawia się w drzwiach.
- Wszystko zaniesione do samochodu, Brave - ciszę w pokoju przerywa głos chłopaka, którego nigdy nie widziałam.
- Świetnie - uśmiecha się z kpiną i wprost patrzy na mnie. A ja stoję jak sierota, tulę do siebie mojego małego misia i nie chcę, aby ktokolwiek z nich go dotykał - Jesteś gotowa? - przytakuję głową, jeden z chłopców podaje mi fotelik i chociaż nie chcę tego robić, wkładam małego do środka. Zapinam go pasami, okrywam ciepłym kocykiem i kurczowo ściskam palce na rączce - Sky, zabierz dziecko - czy on zwariował?! Nigdy na to nie pozwolę!
- Nie, błagam. Tylko nie on! - podnoszę głos, kręcę głową i osłaniam go własnym ciałem - Niech Dry go zabierze.
- Nie wyprowadzaj mnie z równowagi, Kate - syczy przez zęby, 
podnosi mnie za ramię, a cichy pisk ucieka z moich ust. Przykładam dłoń do brzucha, bo rwie niemiłosiernie, a Justin nie ma dla mnie odrobiny litości - Wychodzimy! - kiwa głową do chłopców, Dry bierze fotelik z najważniejszą osobą w moim życiu i posyła mi lekki uśmiech. Cieszę się, bo to jedyny dobry człowiek w tym gangu - Nie ociągaj się - Justin burczy pod nosem, idziemy wzdłuż korytarza i schodzimy na dół. Wiem, że się niecierpliwi, bo mocniej ściska moje ramię. Chcę mu powiedzieć, aby poluźnił uścisk, ale nie mam na to odwagi. Jestem przerażona, bo wracam do tego przeklętego miejsca! - Nie przestrasz się widoku na dole - co? Marszczę czoło, ale nic z tego nie rozumiem. Wszystko staje się jasne, kiedy pojawiamy się w salonie. Nogi prawie uginają się pod ciężarem mojego ciała i jestem zszokowana tym widokiem. Ciocia i wujek są przywiązani do krzeseł, mają zasłonięte oczy i zaklejone usta. Ten widok rozpieprza mnie na kawałki, a łzy cisną się do oczu. Boże, czy ich już kompletnie popieprzyło?! Natychmiast chcę do nich podejść, jednak Justin mnie stopuje. Przekręcam głowę i wręcz błagam go spojrzeniem, aby pozwolił mi do nich podejść. Nie wiem co sprawia, że mnie puszcza - Masz minutę - przytakuję, przełykam ślinę i podchodzę do nich.
- Ciociu, wujku - szepczę cicho, klękam na kolana, czego od razu żałuję, ale ingoruję ból - Boże, tak bardzo mi przykro. Przepraszam - wybucham płaczem, odklejam taśmę z ich ust i układam głowę na kolanach cioci. 

- Nie płacz, Kochanie. To my przepraszamy, że nie zapewniliśmy Ci więcej bezpieczeństwa. Uważaj na siebie. 
- Czas minął, Kate. Idziemy! - Justin burczy surowo, stawia mnie na nogach i wlecze do wyjścia. To koniec! 
- Proszę, nie rób im krzywdy - zatrzymuję się prawie przy drzwiach i układam dłonie na jego piersi. Jest spięty jak diabli i bacznie patrzy mi w oczy - Zrób ze mną cokolwiek zechcesz, zabij mnie, ale nie krzywdź ich, ani naszego syna. Błagam Cię - kiedy tylko wypowiadam ostatnie słowo, uchyla usta w szoku. Gapi się na mnie, jakby zobaczył ducha. Mój oddech szaleje, cała się trzęsę, ale muszę z nim porozmawiać - To Twoje dziecko, Justin. Wiesz o tym.
- Zamknij się! - wrzeszczy, aż się wzdrygam. Pociąga mnie do wyjścia i już nie jest delikatny. Idę za nim, chociaż ból roznosi się po moim ciele. Siłą wsadza mnie do samochodu, zapina mi pas, ale nigdzie nie widzę małego.
- Gdzie jest Jamie, Justin?! - panikuję, rozglądam się i wybucham nową falą płaczu - Proszę, oddaj mi go! 
- Przestań, do cholery!! - brutalnie chwyta moją szczękę i wbija w nią palce - Zamilcz i zacznij się modlić, Kate. Dobrze Ci radzę - zamykam oczy i mam pewność, że mnie zabije. Jak i swoje własne dziecko.

Docieramy na lotnisko, ale jestem zaskoczona, bo przyleciał prywatnym samolotem. Chłopcy, których widziałam w domu zostają. Wracam tylko z nim, Sky, Gloverem i Dry. Uspokajam się nieco, kiedy tylko dostrzegam Dry z fotelikiem. Niestety czuję się coraz gorzej i jest mi słabo od wysiłku. Justin ma to jednak w nosie i wciąż ściska moje ramię. Powoli wchodzę po schodach samolotu, ale widzę na ich twarzach, jak bardzo są zniecierpliwieni. Mam to w dupie, bo ledwo żyję! Przechodzę dalej i siadam na długiej kanapie. Samolot jest bardzo ekskluzywny i zastanawiam się nawet, do kogo należy. Za mną wchodzi reszta i natychmiast wyciągam ręce w stronę Dry. Podaje mi fotelik, układam go obok siebie i wyjmuję małego. Przytulam jego maleńkie ciałko do swojego i głaszczę po pleckach. Przysypia i nie ma bladego pojęcia, jak okrutny los chce zgotować nam jego tatuś.

Mijają cztery godziny lotu i Jamie zaczyna się niecierpliwić. W samolocie panuje idealna cisza, czuję tylko na sobie ich spojrzenia, ale nie mam odwagi na nich patrzeć, przerażają mnie. Mam ich w nosie, bo to moje dziecko jest tutaj najważniejsze. Odsuwam bluzkę, odpinam stanik i karmię Jamiego. Uśmiecham się pod nosem, ale uspokaja się niemal natychmiast. Całuję go w główkę i wpatruję się w niego. Skupiam na nim całą uwagę i staram się odrzucić od siebie strach. Nie może się przeze mnie denerwować, chociaż moje serce pęka na milion kawałków. Tak wiele dla niego poświęciłam. Uciekłam, zostawiłam człowieka, którego kocham, który ma nade mną ogromną władzę. Naprawdę to wszystko ma się tak skończyć? Niech mnie zabije, zrobi ze mną co chce, ale niech oszczędzi nasze dziecko. Może oddać je mojej mamie, ona na pewno cudownie się nim zaopiekuje. Da mu mnóstwo miłości i wyrośnie na silnego chłopca. Przecież to nie jest jego wina! Dlaczego chce ukarać właśnie jego? To ja uciekłam.

Mijają kolejne cztery godziny i wreszcie mogę coś zjeść. Aż trudno uwierzyć, że zlitował się nade mną. Na szczęście są warzywa i grillowany kurczak. Coś, co mogę jeść i nie zaszkodzi małemu. Siedzę na samym końcu samolotu, jak najdalej od nich. Nikt do mnie nie mówi, ale nie spuszczają ze mnie wzroku. Podnoszę głowę, spoglądam na Justina i uśmiecham się w myślach. Wygląda dokładnie tak, jak go zapamiętałam. Chociaż wydaje mi się, że jest przemęczony. Gapimy się na siebie i chciałabym, aby podszedł i po prostu mnie do siebie przytulił. Zapewnił, że wszystko będzie dobrze, że i ja i nasze dziecko jesteśmy dla niego najważniejsi na świecie i będziemy przy nim bezpieczni. Wiem, że nic takiego się nie stanie, a kiedy tylko przekroczymy mury gangu, zabije nas. Czuję łzy pod powiekami, bo nie martwię się o siebie, ale o mojego syneczka. Nie chcę, żeby działa mu się jakakolwiek krzywda.

Jestem zmęczona, przysypiam na kilka minut i budzę się przestraszona. Jest mi gorąco, ocieram czoło i zerkam na Jamiego, który smacznie śpi ułożony na moich piersiach. Ostrożnie siadam, odkładam go i okrywam kocykiem. Cholera, dlaczego czuję się tak fatalnie? Jest mi słabo, jestem niespokojna i w dodatku kręci mi się w głowie. 

- Kate? - unoszę głowę i widzę przed sobą Dry. Kuca i wpatruje się we mnie zdziwiony - Co się dzieje, hmm? Wiercisz się i jesteś blada - wzdycha, przykłada dłoń do mojego czoła i przewraca oczami - Masz gorączkę!
- Nie przejmuj się, to nic wielkiego. Zapewne niebawem przejdzie, spokojnie. Mogę prosić o trochę wody?
- Oczywiście - od razu podnosi się i znika za turkusową zasłonką. 
Naprawdę fatalnie się czuję i moje ciało jest jak z waty. Jestem pewna, że to przez ten pieprzony stres i nerwy. Sonia kazała mi odpoczywać, nie przemęczać się, nie forsować. Sam marsz na płytę lotniska solidnie mnie wykończył - Proszę - Dry podaje mi szklankę i wypijam całość na raz. Oddycham z ulgą i opieram plecy o oparcie. Od razu lepiej - Potrzebujesz czegoś? Jeśli tak, mów śmiało.
- Nie, ale dziękuję za Twoją troskę - ściskam jego słoń i posyłam mu smutny uśmiech. Zawsze był wobec mnie w porządku i dlatego tak bardzo go polubiłam. Przysiada obok, uśmiecha się i wpatruje w śpiącego Jamiego. Niepewnie podnoszę głowę i spotykam spojrzenie Justina. Gapi się na mnie, jednak nie odwraca wzroku, wręcz przeciwnie, marszczy czoło i wygląda tak, jakby nad czymś intensywnie rozmyślał. Zaciskam usta i boli mnie jego obojętność. Niczego innego nie mogę się spodziewać, ale tak bardzo tęskniłam za nim przez te pół roku - Dry, daleko jeszcze? - wystawia trzy palce i oddycham z ulgą. Muszę przemęczyć jeszcze te trzy godziny.

Po jedenastu godzinach lotu jesteśmy na miejscu. Wychodzimy z samolotu, a na płycie lotniska czeka na nas van. Justin pakuje mnie do środka, a Dry ustawia fotelik między mną, a nim. Przypina go pasami i posyła mi uroczy uśmiech. Jestem mu niezmiernie wdzięczna, że mi pomaga. Tylko on. Reszta traktuje mnie jak powietrze.
Dochodzi dwudziesta pierwsza i jestem potwornie zmęczona. Mimo tego, że przespałam się w samolocie, marzę o odrobinie snu. Prycham w myślach. Kiedy tylko dotrzemy na miejsce, Justin może zapewnić mi wieczny sen. Spinam się natychmiast i strach na nowo uderza w moje ciało. Tak niewiele dzieli mnie od miejsca, którego nienawidzę całą sobą. Czy ciocia dała już znać mamie, co się stało? Wiem, że Justin nie zrobił im krzywdy, bo wszyscy wyszliśmy z ich domu jednocześnie. Jeśli mama wie, umiera ze strachu. Tego nie przewidziałyśmy.
- Wysiadamy - Justin mówi surowo i ponownie chwyta moje ramię. Podnoszę się z miejsca, ale źle ustawiam nogę i prawie wypadam z samochodu. Justin łapie mnie w ostatniej chwili i mocno do siebie przyciąga. Zamieram, bo nasze twarze dzielą dosłownie milimetry. Wstrzymuję oddech, uchylam usta i gapię się w jego oczy. Mimo tego, jak bardzo boję się tego, co chce zrobić, podnoszę dłoń i dotykam jego policzka. Mój brzuch ściska niewidzialna pięść i czuję łzy na policzkach. Jego ciało spina się lekko, ale nie odtrąca mojej dłoni. Widzę coś dziwnego w jego oczach, jakby tęsknotę i uczucie. A może po prostu tylko mi się wydaje? - C-chodźmy - jąka się, kręci głową i wyrywa się z amoku. Stawia mnie na nogach i ponownie chwyta za ramię. Rozglądam się, ale jesteśmy sami! Gdzie mały?!
- Gdzie jest Jamie? - pytam spanikowana i próbuję wyrwać ramię z jego uścisku. Natychmiast go wzmacnia.

- Przestań! - krzyczy, aż chce wywalić bębenki - Mogę zrobić z nim cokolwiek zechcę, rozumiesz mnie?! Dokładnie tak samo, jak z Tobą! A wiesz, na co mam ochotę? - przyciąga mnie do siebie, aż nasze nosy się stykają. Płonie ze złości i prawie nie oddycham - Spuścić Ci taki łomot, że długo byś się nie podniosła! - jest poważny jak diabli i wpatruje się we mnie z mordem w oczach. Przełykam ślinę, bo doskonale wiem, że byłby do tego zdolny - Masz jeszcze coś do powiedzenia? - kręcę przecząco głową i staram się wziąć w garść - Bardzo dobra decyzja. Nie wyprowadzaj mnie z równowagi - wzdycha i wchodzimy do środka. Ponownie wróciłam do tego piekła.
Są tutaj wszyscy i przerażenie ponownie zalewa moje ciało. Patrzą na mnie, ale ja rozglądam się za Dry. Siedzi na kanapie, fotelik stoi na niskim stoliku, a Jamie nie śpi. Rozgląda się i cieszę się, że nie ma pojęcia, co się tutaj dzieje. Uwalniam się z uścisku Justina, ale o dziwo pozwala mi na to. Powoli podchodzę do małego i wyjmuję go z fotelika. Tulę go do siebie i chowam w swoich ramionach. Rana na brzuchu koszmarnie mnie boli, ale solidnie ją nadwyrężyłam. Marzę o tabletce przeciwbólowej, którą na szczęście mam w podręcznej torbie. 
- Hej, Dry. Potrzymasz go na moment? - uśmiecham się, ostrożnie kucam i podaję mu małego - Nie bój się.
- Kurwa, Kate. Serio? Nie mam pojęcia, jak trzymać dziecko - panikuje i niepewnie patrzy na Jamiego. 

- To nic trudnego, pokażę Ci - układam Jamiego na ramieniu Dry i mrugam okiem - Widzisz? Świetnie Ci idzie - mimo tego, że jest lekko spanikowany, wystawia kciuk ku górze. Chichoczę, powoli podchodzę do torby i wyjmuję z niej tabletki. Czuję na sobie spojrzenia chłopców, ignoruję je i przechodzę do kuchni. Nalewam wody do szklanki i wreszcie popijam tabletkę. Marzę o tym, aby zaczęła działać jak najszybciej i pozwoliła mi odpocząć od tego bólu. 
- Dry, zanieś dziecko na górę - ciszę przerywa poważny głos Justina i podnoszę głowę. Kiwa palcem, abym do niego podeszła i od razu wykonuję jego polecenie. Nie chcę, żeby bardziej się zezłościł, bo może mnie sponiewierać, a ja i tak mam dość. Staję przed nim, patrzę mu w oczy, ale w jego nic nie widzę. Wiem, że jest wściekły - Idziemy - chwyta moje ramię, torbę i idziemy za Dry. Staram się być dzielna i zagryzam wargę. Kiedy tylko wchodzę do „naszego” pokoju, w moją głowę uderzają wspomnienia. Staram się nie rozkleić, to nie jest odpowiedni moment - Dzięki, stary - Dry ostrożnie odkłada małego na łóżko i wychodzi z pokoju. Zostaję sama z Justinem, zdejmuję bluzę i wiążę włosy w koka. Rozbieram Jamiego, przeciąga się leniwie i zaczyna wiercić. W pokoju panuje cisza i niepewnie spoglądam na Justina. Stoi w tym samym miejscu i patrzy prosto na mnie. Tak bardzo chciałabym z nim porozmawiać - To dlatego uciekłaś? - pyta praktycznie szeptem.
- Tak - odpowiadam, podchodzę do niego i zakładam ręce na piersiach - Kiedy Glover zabił tamtą dziewczynę, nie miałam już żadnych wątpliwości. Musiałam to zrobić. Gdybym została, zarobiłabym kulkę od razu.
- Przed ucieczką... jak długo wiedziałaś, że jesteś w ciąży? - o boże! Nie wiem, czy powinnam mu to mówić.
- Dwa i pół miesiąca - na jego twarzy widzę wszystko. Od rozczarowania, po złość i niedowierzanie.
- Więc to dlatego byłaś taka słaba, schudłaś? Nie z powodu anemii? Przez ciążę tak bardzo się męczyłaś?
- Tak. Miałam również anemię, to nie było kłamstwo. Za dużo stresu, nerwów. Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałam Ci o tym powiedzieć, Justin. Byłam z tym wszystkim całkiem sama, przerażona, zagubiona. Dlatego wypytywałam Cię o przyszłość. Ślub, dzieci, przeprowadzkę. Odpowiedziałeś, że nic z tego nigdy się nie wydarzy, a w gangu jest całkowity zakaz dzieci. Co miałam zrobić? Zostać i czekać na śmierć? Musiałam go chronić.

- A teraz jesteś tutaj i mogę zrobić z wami, co tylko zechcę! Jakim prawem uciekłaś? - jednym ruchem chwyta mnie za szyję i dociska do ściany. Boże! Udusi mnie?! - Jesteś moją własnością, wbij to sobie do głowy - mówi to wprost w moje usta i wstrzymuję oddech. Jest tak blisko! - Twoje życie zależy tylko ode mnie, kapujesz? Nigdy nie powinnaś była tego robić i uwierz mi, poniesiesz za to surowe konsekwencje. Zapłacisz mi za to.
- Zabij mnie, jeśli tego właśnie chcesz - mówię cicho i poluźnia uścisk - Ale nie rób krzywdy naszemu dziecku. 
- Mam je w dupie, Kate! - po tych słowach zamieram. Uchylam usta i nie wierzę w to, co właśnie usłyszałam. Moje serce pęka na milion kawałków i czuję ciepłe łzy na policzkach. Złamał mnie, rozszarpał na kawałki i chłopak, który stoi przede mną na pewno nie jest tym Justinem, w którym się zakochałam. Mój Justin mimo złych rzeczy, ma w sobie dobro. Ktoś go podmienił, zepsuł - Nie obchodzi mnie to dziecko, zapamiętaj to sobie. Mogę je zabić, nie powstrzymasz mnie przed tym, rozumiesz? - zaciska moją szyję, a jego słowa dźwięczą mi w głowie.
- Nie wierzę, że to powiedziałeś - szepczę cicho i patrzę wprost w jego oczy - Tak wiele razy powtarzałeś, że mnie kochasz, uwielbiasz. Nawet przed chwilą powiedziałeś, że należę do Ciebie. Naprawdę chcesz zabić swojego syna, Justin? Jesteś aż tak bezduszny i bez zawahania pociągniesz za spust? To nie on tutaj zawinił, tylko my.
- Zamknij się!! - wrzeszczy, aż się wzdrygam. Jamie natychmiast na to reaguje i rozlega się jego żałosny płacz. Zaciskam usta, ale rozdziera to moje biedne serce - Ucisz go! Albo ja to zrobię, a wtedy nie będzie miło! - puszcza mnie, podchodzę do łóżka i biorę go w ramiona. Tulę do siebie, nucę cichutko i klepię go po pleckach. 
- Ciii, nie płacz, jestem przy Tobie. Nie bój się, syneczku - uspokaja się w moich ramionach i zamyka oczka. 
- Jutro zdecyduję, co z Tobą zrobię... i z nim - przekręcam głowę w jego stronę i wpatruję się w niego. Tak spokojnie to mówi?! - Zawiodłaś mnie, Kate. Nigdy nie spodziewałbym się po Tobie, że zrobisz coś takiego.
- Och, serio? - złoszczę się, odkładam małego na łóżko i podchodzę do niego - A co miałam zrobić? - mówię głośnym szeptem, ale mam ochotę sprzedać mu liścia! - Sam powiedziałeś, co by się ze mną stało! Naprawdę jesteś taki głupi i myślisz, że czekałabym na śmierć z otwartymi ramionami? To mój syn, Justin! Jestem jego mamą, dociera to do Ciebie?! Nosiłam go pod sercem przez osiem miesięcy, troszczyłam się o niego. Ciebie z nami nie było, nie wiesz, jak było mi ciężko więc przestań pieprzyć, że Cię zawiodłam, bo Ty również zawiodłeś mnie! Nie zapewniłeś mi bezpieczeństwa, a wiele razy obiecywałeś, że to zrobisz. Tęskniłam za Tobą każdego dnia, ale nie mogłam wrócić. Zrobiłam wszystko, co mogłam dla własnego dziecka. Skoro chcesz mnie zabić, zrób to, ale miej chociaż odrobinę serca i oszczędź własnego syna! - stoi jak wmurowany i uchyla usta. Patrzy mi w oczy i chyba nie tego się spodziewał - Chcesz mi jeszcze coś powiedzieć? Pamiętaj, że również przyczyniłeś się do tego, że Jamie jest na świecie. Sama go sobie nie zrobiłam, a to mnie obarczyłeś antykoncepcją. Skoro tak bardzo bałeś się wpadki, trzeba było również się o to zatroszczyć. Jesteś ode mnie starszy, masz większe doświadczenie, jednak najłatwiej winę zrzucić na mnie, prawda? Lepiej się przez to teraz czujesz? Mam nadzieję, że tak!
Justin nie odpowiada, a jego nagły ruch wręcz mnie szokuje. Gwałtownie wpija się w moje usta, napiera na mnie swoim ciałem i całuje tak, że odbiera mi oddech. Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak potwornie za nim tęskniłam! Unoszę dłonie, wsuwam w jego włosy, ale natychmiast je zabiera, układa po bokach mojej głowy i wbija palce w nadgarstki. Całuje mnie mocno, brutalnie i gryzie w wargę, aż czuję posmak krwi. Pieści zachłannie mój język i cichy jęk ucieka z jego ust. Potrzebuję go jak tlenu, aby wspierał mnie i po prostu był. Niestety to moje złudne nadzieje, bo jutro pożegnam się z życiem.





***********************************************************
Hello :)
Dodaję rozdział, chociaż miało go dzisiaj w sumie nie być. Jedna osoba na asku napisała mi, że niepotrzebnie prowadzę trzy opowiadania jednocześnie. Cóż... chyba coś w tym jest i chciałam zawiesić DT i 18th na czas, aż nie skończę TLR. Po zakończeniu TLR wróciłabym do drugiego opowiadania, a potem do trzeciego.
Nie wykluczam, że jeszcze tego nie zrobię, ale dzisiaj rozdział dodaję. Moja kochana Miśka mnie do tego namówiła, ponieważ jak sama stwierdziła "One są za dobre, żeby nie ujrzały swiatła dziennego. Takie jest moje zdanie" . Obawiam się tylko tego, że jak zawieszę opowiadania, to trudno będzie mi do nich wrócić. No nic, zobaczymy.

Tulę was mocno i życzę miłego weekendu :)
Kasia





piątek, 9 października 2015

Rozdział 14

Zrywam się kilka minut po szóstej rano, ale to Jamie budzi mnie kwileniem. Otwieram oczy, przekręcam się na bok i zaczynam go karmić. To nie była lekka noc. Budziłam się cztery razy, ale mały domagał się jedzenia. Sonia wspominała, że to całkowicie normalne. Musi nabrać sił, bo urodził się nieco za wcześnie.
- Jak nie dasz się mamie wyspać, to chyba się pogniewamy syneczku - ziewam przeciągle i spoglądam na niego z rozczuleniem. Jest wtulony we mnie i nic oprócz jedzenia go nie obchodzi.Takiemu to dobrze.

Budzę się kilka minut po dziewiątej. Przeciągam się ostrożnie, zakładam na siebie szlafrok i schodzę na dół.
- Och, Kate! Jak się czujesz, Kochanie? - ciocia posyła mi uśmiech i wkłada naczynia do zmywarki. 

- W porządku, na razie daję radę. Chociaż ta rana na brzuchu nie wygląda dobrze. Jest jakaś dziwna!
- Wydaje Ci się. W końcu miałaś cesarskie cięcie, a to operacja. Nie martw się, niebawem dojdziesz do siebie.

- Oby jak najszybciej. Muszę być w pełni sił, skoro mam zająć się własnym dzieckiem, a na razie jest ciężko.
- Pomogę Ci, przecież wiesz. A za parę dni przyleci do nas Twoja mama i będzie nam odrobinę raźniej.
- Tak, nie mogę się doczekać. Przez te ponad sześć miesięcy bardzo się za nią stęskniłam. Rozmawiałaś z nią?
- Tak, wczoraj wieczorem. Wszystko u niej w porządku, jest bezpieczna. 
Sophia wychodzi tylko do pracy, nigdzie więcej. Robi szybkie zakupy, ale jeśli nie musi, nie wychodzi z domu. Zachowuje wszelkie środki ostrożności. 
- To moja wina. Odkąd poznałam Justina nasze życie diametralnie się zmieniło - schylam głowę i gapię się w blat.
- Nie mów tak, Skarbie - ciocia obejmuje mnie ramieniem i przytula do siebie - Dobrze wiesz, że nie miałaś na to żadnego wpływu. Nawet gdybyś chciała, nic nie mogłaś zrobić. Nie obwiniaj się. Życie bywa niesprawiedliwe.
- Tak bardzo jak go kocham, tak go nienawidzę, ciociu. Tęsknię za nim, chociaż minęło tyle czasu. Chciałabym, żeby mocno mnie do siebie przytulił, dał mi wsparcie, poczucie bezpieczeństwa. Żeby wziął Jamiego na ręce i mógł się cieszyć nim tak samo jak ja. Szkoda, że to nie jest możliwe. Nie tak powinien wyglądać nasz związek.- Nic na co nie poradzimy, Kate. Ich świat jest bardzo niebezpieczny i lepiej trzymać małego z dala, prawda?
- Tak. 
Nie mogę dopuścić do tego, aby kiedykolwiek się o nim dowiedział. Jamie nie pozna swojego ojca.
- Myślisz, że byłby zdolny do tego, aby zrobić krzywdę własnemu dziecku? Jest aż tak bezdusznym człowiekiem?

- Właściwie... - zacinam się i bardzo chcę powiedzieć nie. Oczywiście, że nie! Przecież to jego syn! Jednak w moją głowę uderza niewzruszona twarz Glovera, kiedy zabijał tamtą dziewczynę. Nie zawahał się, pociągnął za spust. W dodatku Justin również nie zrobił nic, aby temu zapobiec. Po prostu patrzył! A ona była w ciąży, miała w sobie żywą istotę, ale to nie powstrzymało Glovera - Nie wiem, ciociu. Gdzieś tam w środku siebie wierzę, że Justin nie odważyłby się krzywdzić Jamiego, ale jego przywódca już tak. Jestem pewna, że mnie również by nie oszczędził.
- To wszystko jest takie przerażające. To zupełnie inny świat, ludzie. Oni nie mają żadnych uczuć, sumienia.
- Niestety. Wiele razy zastanawiałam się, jak w ogóle znalazłam się w samym środku tego koszmaru.
- Twoja mama mniej więcej powiedziała mi, o co chodzi. Nie wspomniała jednak, jak właściwie się poznaliście.

- Idiotycznie! - prycham pod nosem i mimo wszystko uśmiecham się, kiedy przypominam sobie ten dzień - Wracałam ze szkoły, słuchałam muzyki i nie zauważyłam nadjeżdżającego samochodu. Zatrzymał się z piskiem opon, wyskoczył wkurzony, cały czerwony i zaczął na mnie wrzeszczeć. Stałam zszokowana i chyba nawet nie oddychałam, przerażał mnie. Wiesz, niecodziennie słyszę, że jestem, cytuję: "ślepą kretynką, która nie patrzy pod nogi". Patrzyłam na niego ze strachem, aż nagle się przymknął i gapił na mnie, jakby wyrosła mi druga głowa. Właśnie od tego wszystko się zaczęło. Odwiózł mnie do domu, a potem nie chciał dać spokoju. Na początku nie wiedziałam kim jest, przecież nie zapuszczałam się na ich tereny. Nigdy też nie miałam do czynienia z gangiem. A potem wszystko stawało się jasne i chciałam uciekać gdzie pieprz rośnie. Bałam się i przerażali mnie ludzie, z którymi przebywa. To nie był mój świat i nie chciałam brać w nim udziału, jednak na wszystko było już za późno. Owinął mnie sobie wokół palca, ciociu. Nawet nie zajęło mu to dużo czasu. Przejął całkowitą kontrolę nad moim życiem, ciałem, umysłem. Wtedy wiedziałam już, że jest po mnie. Mama nie mogła się z tym pogodzić i wiele razy prosiła go, aby zostawił mnie w spokoju. Wkurzał się na nią i bałam się, że pewnego dnia jego cierpliwość się wyczerpie i zrobi jej krzywdę. Przyrzekł mi, że nigdy tego nie zrobi, nigdy zresztą bym mu tego nie wybaczyła. To źli ludzie, ciociu. Nie miałam bladego pojęcia, że żyję w samym środku takiego piekła, dopóki nie wpadłam w sam jego środek. Kiedy przekroczysz próg gangu, już nie ma odwrotu - uśmiecham się smutno i ocieram łzę. 

Po śniadaniu wracam do pokoju. Wlokę się po schodach, podpieram dłonią ściany, a drugą układam na brzuchu. Od porodu minęły zaledwie cztery dni, to niewiele, a ja pragnę już normalnie funkcjonować. Niestety! Szwy ciągną przy każdym kroku i marzę, aby móc się wreszcie położyć. Uchylam drzwi i wchodzę do pokoju. Jamie leży na łóżku, ale nie śpi. Na mojej twarzy pojawia się ogromny uśmiech. Leży spokojnie, cmoka smoczek i zwija maleńkie paluszki w piąstki. Coś ściska mnie w sercu, ale ten widok jest cudowny. Podchodzę do łóżka, układam się obok niego i głaszczę po główce. Mruga swoimi dużymi, niebieskimi oczkami i wypluwa smoczek. Mój maleńki.
- Cześć, syneczku - grucham do niego i cmokam w czółko - Jesteś taki uroczy, wiesz? - wbijam zęby w wargę, a w mojej głowie pojawia się Justin. Mały jest do niego bardzo podobny. Ma jego nosek, pulchne usteczka i ciekawa jestem, czy jego koloru oczu również zmieni się na brązowy. Nie widzę natomiast nic z siebie i to nieco mnie przeraża. To praktycznie jego kopia! - Szkoda, że Twój tatuś nie może Cię zobaczyć - czuję napływające do oczu łzy, ale nie chcę wciąż płakać. Powinnam być szczęśliwa, prawda? Urodziłam zdrowe dziecko, na nim powinnam skupić całą swoją uwagę. Muszę pozbyć się Justina z mojej głowy, zapomnieć o nim. Tak będzie dla mnie najlepiej, tylko w ten sposób możemy być bezpieczni - Nie martw się, jakoś sobie poradzimy, maleńki. Zrobię wszystko, aby Cię ochronić, choćbym miała sama przypłacić to życiem. Obiecuję - przytulam się do niego i zamykam oczy. 



Brave POV:
Od rana panuje zamieszanie. Każdy się kręci, przygotowuje, ale najwyższy czas zrobić porządek na naszym terenie.

- Gotowi? - do środka wchodzi Glover, zabezpiecza broń i chowa ją za pasek spodni - Za pięć minut jedziemy.
- Nareszcie! Mam dość pierdolenia się z tymi dzieciakami. Jestem na to zdecydowanie za stary - prycham wkurzony i pakuję magazynek. Jedna wojna się skończyła, a zaczęła się kolejna. To się nigdy nie skończy - Trzeba pokazać im, kto tutaj rządzi. Hove jest głupi, skoro ich nie pilnuje. W ten sposób pozbywa się tylko swoich ludzi.

- Jemu po prostu na nich nie zależy, Brave. Trzyma ich tylko po to, aby w swoim czasie oddali życie za gang.
- W drogę, panowie! - Glover zarządza, Sky zaciera ręce i opuszczamy halę. Przed nami niezła rozpierducha.

Na miejsce docieramy szybko. To nasza dzielnica i nikt bez naszej wiedzy nie ma prawa się tutaj panoszyć.
- Sytuacja wygląda tak - Glover zaczyna poważnie i patrzy na każdego z nas - W środku jest nie więcej jak dwanaście osób, w tym przywódca Bloods. Bądźcie ostrożni, ale nie okazujcie żadnej litości, nie ma na nią miejsca.
- Się wie, stary! Przecież to dla nas bułka z masłem - Sky przewraca oczami, wyjmuje broń i przeładowuje.
- Skupcie się, zachowajcie czujność i osłaniajcie się nawzajem. Nie chcę widzieć żadnych błędów, zrozumiano?

- Nie martw się, nie będzie żadnych błędów. W końcu to ja zaplanowałem akcję, czyż nie? - unoszę brew, Glover przytakuje głową i daje znak - Go, go go! Rozpierdolmy ich! - wbijamy do środka i robi się zamieszanie.
Fakt, chłopców jest zaledwie garstka przy naszych trzydziestu. Szybko orientują się w sytuacji, ale zanim mają szansę wyjąć broń, my już zaczynamy strzelać. Trafiam jednego prosto w plecy, a ciepło roznosi się po moim ciele. Jak powiedział Glover, nie ma miejsca na litość. Ktoś, kto z nami zadziera zawsze za to zapłaci. W mojej głowie jak na zawołanie pojawia się twarz Kate i myślę sobie, co zrobię, kiedy już ją znajdę. Długie, pieprzone sześć miesięcy! Z każdym dniem jestem wkurwiony jeszcze bardziej i kiedy dorwę ją w swoje ręce, będzie źle! Pożałuje tego, co zrobiła. Nigdy nie powinna była ode mnie uciekać, należy do mnie. Tatuaż na karku powinien przypominać jej o tym każdego, pieprzonego dnia. To zależy tylko ode mnie, czy pozwolę jej odejść. Nie miała do tego żadnego prawa i chociaż tęsknota rozpieprza moje serce, poniesie za to bolesną karę. Glover dał mi wolną rękę, powiedział, że nie będzie się wtrącał. Zaskoczył mnie, ponieważ to on ma tutaj ostatnie słowo. Owszem, jestem liderem, jego prawą ręką. Ufa mi jak bratu, ale jestem z nim od przeszło dziesięciu lat. Łączy nas silna, przyjacielska więź i wiem, że traktuje mnie jak rodzinę. Jesteśmy przecież rodziną. Gang to całe moje życie i wiem, że chcę tutaj umrzeć. Oddałem temu miejscu swoje serce i nie żałuję ani jednego dnia, który tutaj spędziłem. Prowadzę popieprzone, niebezpieczne życie. Przepełnione nienawiścią, zabijaniem i gniewem. Jednak ona... ona sprawiła, że poczułem w sobie odrobinę dobroci. Potrafiłem obdarzyć ją uczuciem, chociaż nigdy nie sądziłem, że będę do tego zdolny. Jest jeszcze taka młoda, śliczna, urocza. Nie spodziewałem się, że tak zawładnie moim życiem. Kocham ją, mimo tego bałaganu w moim życiu. Chciałem się nią opiekować, kochać, troszczyć. Nie rozumiem, dlaczego postanowiła uciec. Nigdy nie zrobiłem nic, aby się mnie bała. Wiedziała, że nie mógłbym jej skrzywdzić. Była dla mnie wszystkim! Moją radością, światełkiem. To ona trzymała mnie przy zdrowych zmysłach, to dzięki niej miałem chęć do życia. Była, jest moją małą, słodką dziewczynką. Nie spocznę, dopóki jej nie odzyskam. Minęło tak dużo czasu, a ona świetnie się przede mną ukryła. Wszyscy nasi ludzie, którzy rozproszeni są po całym świecie mają jej zdjęcie. Wiedzą, jak wygląda. To kwestia czasu, a wreszcie wpadnie. Musi! Przecież nie zapadła się pod ziemię, prawda?
- Brave, kurwa! Skup się, stary! - głos Sky sprowadza mnie na ziemię i potrząsam głową - Po Twojej lewej!
- Nie drzyj się, przecież widzę - przewracam oczami, celuję w chłopaka i trafiam idealnie w tył jego głowy. Bingo!

- Nie wiem, gdzie Ty jesteś myślami, ale na pewno nie tutaj! Chcesz zginąć?! Jeśli tak, wystarczy powiedzieć, sam Cię zastrzelę - mruga okiem, nabija się ze mnie, a moja cierpliwość dosłownie wisi na włosku - Żartowałem!
- Pierdol się - burczę pod nosem, rozglądam się i dostrzegam tylko same trupy z Bloods - To wszyscy?
- Na to wychodzi. Przeszukaliśmy resztę pomieszczeń, ale nikogo nie ma. Szukajcie ciała przywódcy.
- Tutaj jest - Dry wskazuje palcem na koniec hali. Podchodzę do niego i wpatruję się w tatuaż korony na szyi.
- Zabierzcie go, napiszcie wiadomość i wyrzućcie przed bramą Hove'a. Liczę, że dotrze do niego przekaz.
- Teraz to się dopiero rozpęta prawdzie, pieprzone piekło - wzdycham ciężko i opuszczam budynek.


Biorę ciepły prysznic, zakładam na tyłek czarne spodenki i schodzę na dół. Przysiadam obok Dry i otwieram piwo.
- Wiecie, że musimy być gotowi na atak ze strony Hove'a? Po czymś takim na pewno nam nie odpuści. To pewne!

- Pierdolę Hove'a, Dry. Sam się o to prosił, przejmując nasz teren. Skoro zaczął, my skończyliśmy. Proste!
- Hove nie jest głupi, poczeka na odpowiedni moment i zaplanuje akcję. Nie martwcie się, my też będziemy gotowi.
- Trzeba na niego uważać, Brave. Nie raz przekonaliśmy się, że Hove ma naprawdę posrane pomysły. Prawda?
- Racja. Nie zapominaj przyjacielu, że mam własną taktykę. Gwarantuję Ci, że nie przekroczy nawet progu gangu.
- Wow, zaciekawiłeś mnie! - Sky klaszcze w dłonie i patrzy na mnie wyczekująco - Zdradź jakieś ciekawe szczegóły.
- Nie mogę, to moja słodka tajemnica - mrugam okiem, a Sky przewraca oczami - Wszystko w swoim czasie.
- Brave - naszą rozmowę przerywa wchodzący do środka Clever - Mam dla Ciebie coś, co zetnie Cię z nóg, stary!
- Niby co? - marszczę brwi, odbieram od niego białą teczkę i zaglądam do środka. Uważnie przesuwam wzrokiem po kartce i zamieram. Serce podskakuje mi do gardła, uchylam usta i nie wierzę! Wiem, gdzie jest Kate. Nareszcie!



Kate POV:
Karmię małego, dochodzi piętnasta, a to jego godzina na posiłek. Ma straszny apetyt, ale cieszy mnie to. Musi dużo jeść, aby był silny. Tak, jak jego tatuś. Prycham na tę myśl, jego tatuś nawet nie wie, że istnieje. To smutne.
- Kate? - ciocia wchodzi do pokoju i spogląda na małego z rozczuleniem - Dzwoniłam do Twojej mamy. Wzięła urlop i będzie tutaj w poniedziałek - o, rany! Przecież to za dwa dni! - Była taka podekscytowana i szczęśliwa.

- To wspaniale! Nie mogę się już doczekać - uśmiecham się szeroko i zerkam na małego - Słyszałeś, Jamie? Babcia do nas przyleci. Na pewno zakocha się w Tobie, tak samo jak ja - tulę go do siebie i głaszczę po główce.
- To niesamowite, jak świetnie sobie z nim radzisz. Tak bardzo się bałaś, miałaś obawy i jak widać niepotrzebnie.
- Nadal mam obawy, ciociu. Na razie jest malutki, je, śpi i nic mu nie dolega. Zobaczymy, co będzie później.
- Później też sobie poradzisz, zobaczysz. Już teraz jesteś wspaniałą mamą, aż miło na Ciebie popatrzeć.
- Dziękuję, ciociu - biorę jej dłoń i ściskam. Jest taka kochana i tak bardzo pomaga mi od samego początku.


O dziewiętnastej ciocia kąpie małego. Siedzę na łóżku i uważnie się temu przyglądam. Sama chciałabym to zrobić, ale nie bardzo mogę się schylić. Jednak uśmiecham się szeroko, bo Jamie uwielbia się kąpać. Jest spokojny jak aniołek i marszczy czółko. Jest taki uroczy i maleńki. Ciocia szybko kończy, układa go na łóżku przede mną i resztę robię sama. Smaruję go oliwką, zakładam pieluszkę i ubieram. Kiedy tylko kończę od razu marudzi i wiem, co to oznacza. Tulę go do siebie i zaciągam się jego zapachem. Pachnie oliwką i uwielbiam ten zapach. Pachnie nim praktycznie cały pokój, pościel, a nawet ja sama. Układam się na boku i karmię go. Mruczy cicho, pocieram palcami jego ciemne włoski i wpatruję się w niego jak zahipnotyzowana. Mimo tego, że nie byłam gotowa na dziecko, kocham go całym sercem. To tak, jakby nic innego nie miało już znaczenia, tylko on. Jest mój.

Chwilę potem łączę się z mamą na skype. Kiedy tylko ją widzę, chce mi się beczeć! Emocje mnie przygniatają. 
- Córeczko, wyglądasz ślicznie! - uśmiecha się szeroko i ociera łzy - Widzę radość w Twoim spojrzeniu, wiesz?
- Owszem, bo mam syna. Oprócz tego jestem zmęczona, zmarnowana i obolała. Ale jakoś sobie z tym radzę.
- I to jest najważniejsze. Opowiadaj! Jak ma się mój wnuk? Jest grzeczny? A może daje Ci nieźle popalić?
- Na szczęście jest grzeczny jak aniołek. Przeważnie cały czas śpi i robi sobie przerwę jedynie na posiłek i zmianę pieluszki. Jest prześliczny. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i nie mogę oderwać od niego wzroku.
- To całkowicie normalne, przecież jesteś jego mamą. A Ty jak się czujesz? Mam nadzieję, że dbasz o ranę?
- Tak, bardzo. Sonia przekazała mi jasne instrukcje i stosuję się do nich. Oczywiście szwy rwą nieprzyjemnie, ale jest lepiej niż na początku. We wtorek Sonia usunie mi szwy i zapewniła, że wtedy powinno być jeszcze lepiej.
Oprócz tego moje samopoczucie jest świetne. Ciocia bardzo o mnie dba i pomaga. Jest taka kochana.
- Cieszę się, córeczko. Widać, że jesteś zupełnie inną osobą, tak trzymaj. Jeszcze dwa dni i was zobaczę.
- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo jestem szczęśliwa. Nie widziałam Cię ponad pół roku, bardzo tęsknie. 
- Ja też, Kate. Bardzo mi Ciebie brakuje i tak pusto bez Ciebie - wzdycha ciężko i mam przeczucia, że coś ją trapi.
- Mamo? Wszystko w porządku? Powiedz mi, jeśli coś się dzieje. Widzę, że jesteś przygnębiona, coś się stało?
- Nie, Kochanie. Po prostu myślę o tym, czy nie powinniśmy się przeprowadzić. Sama wspomniałaś, że ci ludzi są w Londynie, tak? To miejsce już nie jest dla Ciebie bezpieczne i chyba czas poszukać czegoś innego.
- Pytanie, dokąd się przeprowadzimy? Mamy rodzinę tylko tutaj, a na wszystko są potrzebne pieniądze, mamo. 

- Nie bój się o to, wezmę kredyt i jakoś sobie poradzimy. To ja jestem Twoją matką i to ja się o Ciebie zatroszczę.
- O czym Ty mówisz? Kredyt? Poważnie? Nie wiem, czy to dobry pomysł. Na razie nie dzieje się nic złego i chyba nie ma powodu do paniki. Nie znajdą mnie w domu, a nie mam zamiaru na razie wychodzić gdziekolwiek.

- Chociaż tam jesteś bezpieczna, jednak wiesz, że do czasu. Nie możesz całego życia spędzić w zamknięciu.
- Wiem, ale na razie się tym nie martwmy, dobrze? Najważniejsze jest to, że do nas przylatujesz, nic więcej.
- Porozmawiamy o tym, jak będę na miejscu - mama mruga okiem i uśmiecha się. Tak bardzo ją kocham!


Następnego dnia budzi mnie dziwne uczucie, jakby ktoś uważnie się we mnie wpatrywał, aż robi mi się gorąco. Powoli uchylam powieki i mrugam kilka razy. Na dworze jest już jasno, ale nie to jest ważnie. To, co widzę przed sobą odbiera mi jakiekolwiek myślenie. Serce podskakuje mi do gardła i nie wierzę, że to dzieje się naprawdę. To na pewno sen, mrugnę i ponownie będę tutaj tylko z moim synkiem. Jednak mrugam, a widok przede mną się nie zmienia. Uchylam usta w szoku i nie spuszczam z niego wzorku. Boże! Wpatruje się we mnie uważnie, zaciska dłonie w pięści i płonie ze złości. Obok niego stoi Dry, Glover i Sky. Za nimi jest jeszcze czterech chłopców, których nigdy wcześniej nie widziałam. Łączy ich jedno, tatuaż „18”. Mój oddech szaleje, przyciągam małego jeszcze bliżej siebie, jakbym miała go w ten sposób ochronić. Jednak wiem, że to koniec wszystkiego...





*********************************************************
BA DUM TSS! :D

Ps. Przypominam, że będzie weekend z DT. Rozdziały pojawią się w sobotę i niedzielę :)

Buziam! 
Kasia