piątek, 27 listopada 2015

Rozdział 21

W czwartek budzi mnie dotyk na policzku. Ziewam i przeciągam się leniwie. Uchylam powieki i widzę przed sobą Justina i Jamiego. Uśmiecham się na ten widok i wystawiam dłonie do synka.
- Chyba jest głodny, bo strasznie marudzi. Nie śpi od godziny, ale nie mogę go ogarnąć.
- Chodź, maleńki - układam go obok siebie i zaczynam karmić - Która godzina?
- Dochodzi dziesiąta - Justin przysiada obok i masuje moje plecy, hmm - Jak się czujesz?
- Chyba dobrze... chociaż jestem głodna, wczoraj zapomniałam zjeść kolację. 
- Nakarm małego i zejdź na dół. Zrobię Ci coś pysznego - marszczę czoło, ale nie poznaję go.
Mruga uroczo, cmoka mnie w usta i wychodzi z pokoju. Co się z nim stało? Skąd taka nagła zmiana nastroju? Czyżby wczorajszy orgazm tak oczyszczająco na niego podziałał? Wzdycham ciężko, ale naprawdę ten chłopak wykończy mnie pewnego dnia. Kocham go, ale grubo przesadza i cholernie mnie kontroluje. Jednak doskonale wiem, że nie mam nic do powiedzenia. Im więcej będę się stawiać, tym bardziej będzie mnie karał. Boję się, że pewnego dnia zabierze mi Jamiego, a wtedy moje serce roztrzaska się z hukiem.

Przebieram się w krótkie spodenki i bokserkę. Ziewam i schodzę na dół. Jamie zasnął i z pewnością pośpi dobre dwie godziny. Pojawiam się na dole, a głowy natychmiast przekręcają się w moją stronę. Krępuję mnie to, ale staram się rozluźnić. Naprawdę mam dość stresu i powinnam przywyknąć do tego miejsca.
- Chodź, Skarbie - Justin woła mnie z kuchni i wystawia dłoń w moim kierunku. Mijam chłopców, podchodzę do niego i natychmiast przytula mnie do siebie - Zrobiłem Ci jajecznicę. Mam nadzieję, że możesz jeść? - pyta niepewnie, ale przytakuję głową - Przepraszam za wczoraj - mówi cichutko do mojego ucha i głaszcze mnie po plecach - Przesadziłem, wiem to. Byłem wściekły i wyżyłem się na Tobie - no tak... teraz rozumiem poniekąd jego zachowanie - Jednak proszę Cię, nie rób takich akcji. Martwiłem się, Kate.
- Ja też przepraszam. Powinnam była Ci powiedzieć, że chcę odwiedzić mamę, ale wiem, że byś się nie zgodził.
- Serio, Kotku? - odchyla głowę i marszczy czoło - Czy chociaż raz zabroniłem Ci do niej pojechać?
- W sumie... nie - cholera, dopiero teraz to do mnie dociera. Złości się o to, ale mogłam odwiedzać mamę.
- Więc nie obawiaj się, że Ci nie pozwolę. Muszę tylko o tym wiedzieć, tak? Naprawdę w dzielnicy nie jest kolorowo, jutro robimy nalot. Musisz być bezpieczna, a nie pchać się w środek tego piekła.
- Masz rację, to był ostatni raz - obejmuję go w pasie i opieram głowę na jego piersi. Muszę być ostrożna i przede wszystkim myśleć o dziecku - Czy ten nalot... będzie niebezpieczny?
- Każda akcja jest niebezpieczna, jednak nie myśl o tym. Wszystko mamy zaplanowane, pójdzie sprawnie.
- Boję się, wiesz? - podnoszę głowę i patrzę mu w oczy. Uśmiecha się lekko, wsuwa palce w moje włosy i cmoka mnie czule w usta - Bądź ostrożny, dobrze? Masz syna, musisz do niego wrócić.
- Właśnie taki mam zamiar, Kochanie. Nie martw się... wrócę. I do niego, i do Ciebie. Zawsze - mruga i odkleja mnie od siebie - No dobrze, a teraz czas na śniadanie - pomaga mi usiąść i nalewa soku do szklanki. Zadziwia mnie jego troska, ale cieszę się, że taki jest. Naprawdę potrzebuję więcej spokoju, jego ramion. Mam dość stresu i strachu. Ileż można?! - Zawiesiłaś się, Kate. Nie myśl o niczym... wszystko będzie dobrze.
- Na to liczę - wzdycham, kręcę głową i zabieram się za jedzenie - O rany, pyszne!
- Się wie, maleńka - przysuwa się, całuje mnie w czoło i upija łyk kawy.

Po śniadaniu przenosimy się do chłopców. Justin tuli mnie do siebie i chociaż wstałam całkiem niedawno, znowu chce mi się spać. Zamykam oczy i całkowicie odprężam się w jego ramionach. Jest tak dobrze... cicho, spokojnie i podoba mi się to. Może być tak na zawsze? Byłoby mi o wiele prościej tutaj przebywać i się nie bać.
Niestety... jak na zawołanie drzwi otwierają się i staje w nich drobna brunetka. Kto to?
- Cześć wam! - krzyczy wesoło, uśmiecha się szeroko, podchodzi do nas i siada obok Glovera.
- Co Ty tutaj robisz? - ciało Justina spina się natychmiast i myślę, kim jest ów dziewczyna.
- Przyszłam? - odpowiada pytająco i wzrusza ramionami - Nie tęskniłeś za mną? - co takiego?!
- Jak widzisz, nie - burczy surowo, pociera moje ramię, ale mój spokój szlag trafia.
- Właśnie widzę. Szybko pocieszyłeś się nową dziewczyną, wiesz? To takie w Twoim stylu.
- Przestań! - Justin podnosi głos, aż się wzdrygam. Wypuszcza mnie ze swoich objęć i patrzy na dziewczynę z mordem w oczach. Nie podoba mi się to, mam złe przeczucia - Nie powinnaś była tutaj przychodzić.
- Ostatnio Ci to nie przeszkadzało - boże! To z nią spał?! - Chyba nie narzekałeś, prawda?
- Zamknij się!! - wrzeszczy, aż chce wywalić bębenki. Moje serce zaciska się boleśnie, ale wcale nie chcę wiedzieć, co ich łączyło. Podnoszę się z miejsca, ale Justin natychmiast chwyta mój nadgarstek - Dokąd idziesz?
- Muszę się położyć, boli mnie brzuch - odpowiadam szeptem, uwalniam nadgarstek i idę na górę.




Brave POV:
- Kurwa! - szarpię za włosy, ale wszystko poszło nie tak! Podnoszę się, chwytam Lily za ramię i wychodzimy z hali. Idziemy długą alejką i kiedy dochodzimy na sam jej koniec, wpycham ją do środka. Trzaskam drzwiami i patrzę na nią wkurwiony - Co Ty sobie wyobrażasz, huh?! Jakim prawem do mnie przychodzisz, co?!
- Zupełnie nie wiem, o co Ci chodzi. Przecież byłam tutaj dwa tygodnie temu, tak?
- Tak! Ale to była jednorazowa akcja! - uchyla usta zaskoczona i chyba nie tego się spodziewała - Przecież wiedziałaś, że potrzebuję Cię tylko na jeden raz, prawda? Nie mam zamiaru nigdy więcej tego powtórzyć.
- Więc... wykorzystałeś mnie? - pyta tak cicho, że ledwo ją słyszę.
- Tak! Właśnie tak! Doskonale o tym wiedziałaś, mówiłem Ci to. Potrzebowałem się wyżyć, nic więcej. Moja dziewczyna uciekła ode mnie i nie widziałem jej pół roku. Jednak szybko pożałowałem numerku z Tobą, chociaż byłaś świetna, Skarbie. Przykro mi - patrzę na nią, ale stoi jak wmurowana.
- Jesteś dupkiem, wiesz? - kręci głową i uśmiecha się z kpiną - Przyszedłeś, zrobiłeś swoje i to wszystko.
- Przestań, ok? Nie udawaj takiej zaskoczonej, bo mówiłem Ci jak wygląda sytuacja. Sama się zgodziłaś, więc nie miej do mnie pretensji. Nigdy więcej tutaj nie przychodź, rozumiesz mnie? - mówię surowo, podchodzę do niej i patrzę w oczy - To nie miejsce dla Ciebie. Trzymaj się do niego z daleka, kapujesz? - nie odpowiada, tylko gapi się na mnie - Jeśli mnie nie posłuchasz, bez zastanowienia pociągnę za spust. Dociera to do Ciebie? - niepewnie przytakuje głową, ale wiem, że się boi. Prawidłowo - Cieszę się. A teraz idź już.
Chwytam ją za ramię i opuszczamy budynek. Idziemy prosto do bramy i puszczam ją. Obejmuje ciało ramionami, schyla głowę, ale nawet nie odwraca się za siebie. Cóż... tak będzie dla niej lepiej. Fakt, jest śliczna, ma niezłe ciało i była dobra. Jednak kiedy tylko skończyłem i popatrzyłem na jej twarz... miałem ochotę sam sobie przypierdolić. Mimo tego, że nie widziałem Kate przez pół roku, czułem się winny. Tak długo wytrzymałem! Nie wierzę, że złamałem się dopiero dwa tygodnie temu. Byłem potwornie wkurwiony, schlany, naćpany, wciąż nie wiedziałem gdzie jest i czułem się bezradny. Jestem tylko facetem, potrzebuję seksu. Wzdycham, przecieram twarz rękami i żałuję tego, że to zrobiłem. Kocham Kate, jest dla mnie najważniejsza. Wiem, że czasami zachowuję się wobec niej jak kutas, ale jej bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze. Wczoraj, kiedy zobaczyłem że jej nie ma... serce prawie wyskoczyło mi z piersi. Nikt nic nie wiedział i to sprawiło, że szalałem z niepokoju. Bałem się, że znowu uciekła lub ktoś mi ją zabrał. Nie może wywijać takich numerów, ta dzielnica jest popieprzona i ona doskonale o tym wie! Mamy dziecko, muszę je chronić, a nie wystawiać na widok moich wrogów. Kurwa! Niech to wszystko szlag! Muszę z nią porozmawiać, a czuję, że to wcale nie będzie takie proste. Już sam fakt, że pieprzyłem inną bardzo ją zabolał. Wizyta Lily w niczym nie pomogła. Czy coś może pójść po mojej myśli?! Było już tak dobrze... Kate uspokoiła się, wyluzowała, rozluźniła. Teraz wszystko zaczyna się od nowa.
- Co tam? - siadam obok Glovera i przeczesuję włosy. Patrzy na mnie i unosi brew - No co?!
- Nic, zupełnie nic - prycha rozbawiony i liczy pieniądze - Wpadło nam dzisiaj mnóstwo forsy.
- Właśnie widzę - kiwam na stolik, ale jest cały zawalony kasą. To mi się podoba! - Za co to?
- Za towar. Dzisiaj rozliczyłem się z chłopakami. To był zajebiście dobry miesiąc, pobiliśmy chyba rekord.
- Nie ma się co dziwić. Dzieciaki potrzebują prochów - oddycham głęboko i przecieram twarz rękami - Muszę pogadać z Kate - podnoszę się, a Glover szczerzy się jak debil. Przewracam oczami, wchodzę na górę i otwieram drzwi do pokoju. Stoi przy łóżeczku i obserwuje Jamiego. Śpi spokojnie, opatulony w kocyk i cmoka smoczek. Uśmiecham się lekko na jego widok, nasz maleńki chłopczyk - Kochanie? - podchodzę do niej, obejmuję od tyłu, ale nawet na to nie reaguje - Przepraszam, nie powinnaś być tego świadkiem. Nie sądziłem, że może tutaj przyjść, zaskoczyła mnie - nie odpowiada. Czuję tylko, jak jej oddech niego przyśpiesza, bo moje dłonie które trzymam na niej brzuchu, unoszą się i opadają gwałtownie - Wybacz mi, Kate... żałuję tego, naprawdę. Kocham tylko Ciebie, jesteś najważniejszą kobietą w moim życiu, to nigdy nie powinno mieć miejsca. Nie było Cię tak długo, tęskniłem, byłem wkurwiony! To samo poszło. Wiem, że popełniłem błąd.
- Nie musisz mi tego mówić - odpowiada szeptem i głaszcze Jamiego po rączce.
- Ale chcę! Musisz wiedzieć, że to nic dla mnie nie znaczyło - odwracam ją w swoją stronę i biorę jej głowę w dłonie. Unoszę do góry, ale widok jej smutnej buźki sprawia, że moje serce kurczy się boleśnie - Nie zadręczaj się tym, dobrze? Chcę żebyś była uśmiechnięta i szczęśliwa, tylko to się dla mnie liczy. Wiem, że jestem skończonym kutasem, Kate! - marszczy brwi i widzę zaskoczenie na jej twarzy - Wyżywam się na Tobie, zakazuję pewnych rzeczy, krzyczę... mam tego pełnią świadomość, Skarbie. Ale taki już jestem, takie właśnie prowadzę życie, które nie jest kolorowe i cholernie stresujące. Jednak doskonale wiesz, jak bardzo Cię uwielbiam! Sfiksowałem na Twoim punkcie i nic tego nigdy nie zmieni. Więc proszę... wybacz mi, że jestem takim sukinsynem.
- Po prostu mnie szanuj, Justin. Skoro mnie kochasz, zacznij mi ufać i pozwól mi podejmować własne decyzje. Nie jestem dzieckiem, chyba o tym zapomniałeś. Naprawdę potrafię się o siebie zatroszczyć, o naszego syna również. Jeśli coś Ci mówię, to właśnie tak jest. Nie doszukuj się w tym drugiego dna. 

- Dlaczego mam dziwne wrażenie, że masz na myśli tego chłopaka? - mrużę oczy i trochę się złoszczę.
- To prawda, mam na myśli Alexa. Tłumaczę Ci, że jest tylko moim przyjacielem, ale Ty mi nie wierzysz. Przez te pół roku nie zrobiłam nic, czego mogłabym żałować. Alex był przy mnie, pomagał mi i wspierał - kurwa! Muszę zacisnąć szczękę, bo te słowa mnie rozpieprzają! - I nie mówię tego, aby zrobić Ci na złość. Sama od Ciebie uciekłam, więc nie mogę mieć Ci za złe pewnych rzeczy. Ale uszanuj to, że chcę mieć kontakt z Alexem. Nic więcej nas nie łączy, możesz być spokojny. Uwierz mi... gdybym tego chciała, już dawno wskoczyłabym mu do łóżka - co takiego?! - Miałam na to wystarczająco dużo czasu, czyż nie? Sam pomyśl... pół roku, Justin. Widywaliśmy się codziennie! - niech to szlag! Mam ochotę coś rozwalić, to wcale nie jest pocieszająca myśl - Ale nigdy do niczego między nami nie doszło, nie musisz się o to martwić. Więc wyluzuj, dobrze?
- Myślisz, że to takie proste? Sam fakt, że miałaś obok siebie innego doprowadza mnie do szaleństwa!
- Niepotrzebnie - mówi cicho, uśmiecha się uroczo i przykłada dłoń do mojego policzka - Ponieważ kocham tylko Ciebie. Mimo tego, że traktujesz mnie jak swoją własność, masz kontrolę nad moim życiem, a ja nic nie mogę z tym zrobić. Czy to nie jest wystarczające zapewnienie o mojej miłości? Co mam jeszcze zrobić? 

- Po prostu mnie słuchaj, Skarbie i daj mi więcej czasu. Nie potrafię ot tak, z miejsca pogodzić się z tym, że w Twoim życiu był inny chłopak. Muszę to ogarnąć w głowie - wzdycham i czuję, że wcale nie będzie to takie proste.
- Pamiętaj, że w życiu potrzebni są przyjaciele. Muszę mieć kontakt z innymi ludźmi, inaczej zwariuję.
- Nigdy bym Ci na to nie pozwolił - pochylam się i pocieram nosem o jej. Marszczy go uroczo i uśmiecha się cudownie - Nie masz pojęcia, jak cholernie mocno Cię kocham. Zrobiłbym dla Ciebie wszystko.
- Wiem, Justin... ja Ciebie też bardzo kocham - opiera głowę na mojej piersi i mocno ją do siebie tulę.

Spaceruję po pokoju i trzymam w ramionach Jamiego. Wpatruję się w niego jak zahipnotyzowany i czuję ciepło w sercu. Wiem, że zawładnął moim życiem tak samo jak jego mama. Pragnę tylko, aby byli bezpieczni i zrobię wszystko, żeby tak było. Wiem, że takie życie nie jest dla nich dobre, jednak cóż innego mogę zrobić? Nie zrezygnuję z tego z dnia na dzień, tak się nie da. Jeśli raz wstępuje się go gangu, już się z niego nie wychodzi. Krew przy wejściu, krew przy wyjściu.
- Boję się jutra, wiesz? - słyszę cichy głos Kate i podnoszę głowę. Leży na łóżku i wiem, co ją dręczy.
- Nie masz powodu, Kochanie. Wszystko pójdzie zgodnie z planem, to przemyślana akcja.
- Wiesz, że czasami coś może nie wyjść. Nie wszystko zawsze układa się tak, jak to sobie zaplanowaliśmy.
- Ułożyłem taki plan, który nie ma prawa nie wyjść. To będzie szybki skok. Wpadamy w jedno miejsce, pozbywamy się pewnego ziomka i po kłopocie - wzruszam ramionami, ale taktyka jest banalna i dziecinnie prosta.
- Musisz brać w tym udział? No wiesz... jest was sporo, może mógłbyś odpuścić tym razem? - co?!
- Kotku... nie mogę, muszę tam być - uśmiecham się, podchodzę do niej i siadam obok - Jestem prawą ręką Glovera, takie akcje nie odbywają się beze mnie. Nigdy żadnej nie opuściłem.
- Proszę, nie idź tam. Boję się, że coś Ci się stanie! A co z Twoim dzieckiem? On musi mieć ojca, Justin.
- Hej, nie rozpędzaj się. Przecież nigdzie się nie wybieram, tak? Wrócę do was, nie musisz się bać - biorę jej dłoń i mocniej ściskam palce - Ze mną zawsze będziecie bezpieczni, nie dam zrobić wam krzywdy.
- Tym razem nie chodzi o nas, tylko o Ciebie - mówi smutno i zaciska usta. Tylko nie to!
- Chyba nie będziesz płakać? - marszczę czoło, ale zadziwia mnie fakt, że jest tak cholernie wrażliwa. Ma miękkie, ale dobre serce - Maleńka... obiecuję, że wszystko będzie dobrze. Wierzysz mi, prawda? - przytakuje niepewnie, ale wiem, że wciąż się boi - Chodź, przytul się - podnosi się, opiera głowę na moim ramieniu i tulę ją do siebie.

Kiedy dochodzi wieczór, kąpię małego. Robię to po raz pierwszy i dziwnie się czuję. Trochę niepewnie, bo nie chcę zrobić mu krzywdy. Jednak jest spokojny i rozgląda się z zaciekawieniem. Wygląda tak uroczo.
- Dobrze Ci idzie, tatusiu - Kate mówi cicho i podnoszę głowę, aby na nią spojrzeć.
- Nigdy nie sądziłem, że będę kąpał własne dziecko - wzdycham ciężko i polewam wodą brzuszek Jamiego - To naprawdę brzmi niewiarygodnie i żałuję, że to wszystko tak się potoczyło. Chciałbym być przy Tobie przez całą ciążę, pomagać Ci... ale gdybyś została, skończyłoby się to tragicznie.
- Wiem, Justin. Dlatego musiałam uciec, chociaż wcale tego nie chciałam. Musiałam go chronić.
- Do tej pory dziwi mnie to, że Glover tak szybko się z tym pogodził. Owszem, traktujemy siebie jak bracia, ale nigdy nie dopuścił do tego, aby w gangu było dziecko. Zabił kilka dziewczyn, które były w ciąży - słyszę tylko, jak Kate gwałtownie wciąga powietrze. Patrzę na nią, ale zamiera i wygląda tak, jakby zobaczyła ducha. Kurwa! - Przepraszam, Skarbie... nie powinienem był tego mówić - niech to szlag, no!
- To jest straszne - schyla głowę i przykłada dłoń do oczu - Jak można zrobić coś takiego?
- Wiesz, w jakim świecie żyjemy. To nie bajka, maleńka... tutaj panują ostre zasady i każdy musi ich przestrzegać. Bez wyjątków - wyjmuję małego, układam go na łóżku, a Kate wyciera go delikatnie. Smaruje go oliwką, zakłada pieluszkę i ubiera. Przeczesuje miękką szczoteczką jego ciemne włoski i widzę, jak cholernie mocno go kocha. Jest przecież taka młoda! Niebawem będzie miała dziewiętnaście lat, a już jest mamą. Mimo tego, świetnie sobie radzi i jestem pod wrażeniem - Jesteś niesamowita, Skarbie - podnosi głowę i marszczy czoło - Jak to możliwe, że tak dzielnie radzisz sobie ze wszystkim? Gdzie się tego nauczyłaś?
- Nigdzie - wzrusza ramionami, podnosi Jamiego i układa go na ramieniu - To życie mnie tego nauczyło, chociaż mały jest na świecie nie całe dwa tygodnie. Musiałam podołać. Jakie miałam inne wyjście?
- Jestem przy Tobie i chociaż kompletnie nie znam się na dzieciach... pomogę Ci we wszystkim.
- Dziękuję, to jest dla mnie najważniejsze - uśmiecha się uroczo i mruga rozbawiona.
- Brave!! - dobiega nas surowy głos Glovera - Zejdź na dół, w trybie natychmiastowym!
- A ten co znowu się tak wydziera - przewracam oczami, cmokam Kate w usta i szybko pojawiam się na dole - O co chodzi? Coś się stało, że tak drzesz japę? - siadam obok Dry, który jest dość poważny. Hmm...
- Zaraz jedziemy na akcję - co takiego?! - Musimy nieco zmienić plany, uderzamy dzisiaj.
- Dlaczego?! - zrywam się na równe nogi i podchodzę do niego - Doskonale wiesz, że wszystko dokładnie zaplanowałem, tak?! Więc nie możemy zrobić tego dzisiaj, na spontanie!
- Sorry, ale musimy. Dostałem cynk, że Dodger ma jutro wyjechać do Europy. To nasza jedyna szansa!
- Kurwa! - szarpię za włosy, ale jestem wściekły! - To nie miało tak być! Wszystko było zaplanowane!
- Wiem! Ale skoro wyjedzie, może tutaj nie wrócić bardzo długo. Myślisz, że będę na niego czekał z otwartymi ramionami?! Nie! Zabił nam lidera, musi ponieść tego konsekwencje. Nikt nie będzie z nami zadzierał!
- Przecież wiem, ok? Ale coś może pójść nie tak, wszyscy są zdenerwowani. Nie po to układam pieprzony plan, żeby teraz wszystko poszło się pieprzyć! Skąd wiesz, że to nie zasadzka?
- Nasi chłopcy zrobili rozeznanie w terenie, jest czysto. Zbieraj wszystkich i jedziemy.
- Świetnie! - burczę pod nosem, ale nienawidzę takich sytuacji. Wolę, jak wszystko idzie zgodnie z planem. Wzdycham ciężko i kiedy podnoszę głowę, widzę Kate. Stoi na schodach i wpatruje się prosto we mnie. Jak niby mam je wytłumaczyć, że wszystko pójdzie sprawnie, skoro sam teraz nie jestem tego pewny? - Kochanie - podchodzę do niej, uśmiecham się i przytulam do siebie - Plany nieco się zmieniły, jedziemy dzisiaj. Zostaniesz tutaj, chłopcy będą Cię piłować. Jesteś tutaj całkowicie bezpieczna, tak jak mały. Nie bój się.
- Boję, Justin. A co, jeśli cokolwiek pójdzie nie tak? - patrzy na mnie i widzę łzy w jej oczach.
- Obiecuję, że nic złego się nie stanie. Chyba wiesz, że jestem najlepszy. Prawda? - mrugam do niej, pochylam się i całuję w usta. Od razu pogłębia pocałunek, ale mam wrażenie, jakby się ze mną żegnała - Wrócę, maleńka... przysięgam na wszystko, że wrócę. Wierzysz mi? - patrzę na nią, ale niepewnie przytakuję głową.
- Brave, pośpiesz się. Nie mamy czasu na słodkie pożegnania, trzeba działać póki czas.
- Już idę, wyluzuj - oddycham głęboko i biorę Kate za rękę. Wchodzimy na górę, idziemy do pokoju i od razu spoglądam na Jamiego. Wierzę, że naprawdę wszystko pójdzie tak, jak to zaplanowałem - Zostań tutaj i czuwaj nad małym dobrze? Na dole będą chłopcy, brama jest obstawiona i nikt tutaj nie wejdzie. Nie obawiaj się.
- Uważaj na siebie, dobrze? Wróć do nas, Justin... potrzebujemy Cię - załamuje jej się głos i mocno ją do siebie przytulam - Tęskniłam za Tobą przez te pół roku, teraz kiedy wróciłam chcę się Tobą nacieszyć. Kocham Cię. 
- Hej... nie żegnaj się ze mną, Kate - odchylam ją od siebie i posyłam poważne spojrzenie - Ani mi się waż, rozumiesz? - przytakuje głową i mocno zaciska usta. Moja mała dziewczynka - Ja Ciebie też kocham, naszego syna również - uchyla usta w szoku i chyba nie tego się spodziewała... jednak taka jest prawda. Kocham to dziecko - Zrobię wszystko, aby was ochronić... jesteście całym moim życiem - odgarniam jej włosy i całuję w czoło, jednak moje serce dziwnie się kurczy - Muszę uciekać. Prześpij się, Skarbie. Niebawem będę z powrotem, obiecuję.
Podchodzę do łóżeczka i głaszczę małego po główce. Jestem twardym człowiekiem, ale rozczula mnie ten widok. Wzdycham i wychodzę z pokoju. Muszę zrobić wszystko, aby dzisiejsza akcja poszła sprawnie. Nie ma miejsca na jakiekolwiek błędy i liczę na to, że to niespodziewane przyśpieszenie niczego nie zepsuje...





***************************************************************
Hello :))
Dawno nie było notki, więc dzisiaj jest. Se se se :)
Jak myślicie, czy wydarzy się coś złego, czy może akcja przebiegnie bez problemów?

I jeszcze jedno pytanie... są chętni na rozdział na nowym ff? :)
Jeśli tak, jutro powinien się pojawić :) 
Jeśli ktoś jeszcze o nim nie wie, tutaj link ---> KLIK <--- 

Ściskam was mocno i całuję
Kasia










piątek, 20 listopada 2015

Rozdział 20

Oddycham głęboko, wciskam zieloną słuchawkę i czekam. Mam nadzieję, że go nie obudzę.
- Kate?! To Ty, maleńka? - kiedy tylko słyszę jego głos, mój brzuch się zaciska. 
- T-tak, Alex... to ja - wbijam zęby w wargę, chociaż łzy płyną po moich policzkach. 
- Boże, co się z Tobą stało? Zabrał Cię, tak? Twoja ciocia wszystko mi powiedziała.
- Tak, wrócił po mnie. Mówiłam Ci, że to tylko kwestia czasu. On może wszystko, Alex.
- Jak się czujesz? Jak Jamie? Wszystko u was w porządku? Tak bardzo się martwiłem!
- Na początku było nie wesoło. Bałam się, że skrzywdzą moje dziecko. Ze mną mogli zrobić co chcieli, jednak nie chciałam, aby Jamie za to wszystko zapłacił. Mimo to, Justin ogarnął się i teraz jest dobrze.
- Może głupio to zabrzmi, ale cieszę się... najważniejsze, że oboje jesteście bezpieczni. 
- Tak, to prawda. A co u Ciebie? Tęsknię za Tobą, wiesz? Brakuje mi naszych rozmów.
- Wiem, ja też za Tobą tęsknię. U mnie nic ciekawego, leci dzień za dniem. Bardzo się bałem, kiedy Twoja ciocia mi wszystko powiedziała. Nagle nie chciałaś się ze mną już spotykać, a tu takie coś!
- Wiesz, że zrobiłam to tylko i wyłącznie dla Twojego bezpieczeństwa. Przecież wiesz, jak bardzo Cię lubię.
- Wiem, Katie... wiem. Mam dokładnie tak samo. Chciałbym Cię zobaczyć, przytulić. 
- Ja też, ale nie wiem czy kiedykolwiek będzie to możliwe. Justin nie pozwoli mi wyjechać.
- Domyślam się... jednak ta myśl rozpieprza mnie od środka, wiesz? Przecież jesteśmy przyjaciółmi!
- To prawda, Alex. Ale wiesz, jak wygląda moje życie. Na dodatek nie mam na to żadnego wpływu.
- To popieprzone! Jesteś przecież wolnym człowiekiem, Katie! Musisz walczyć o siebie.
- Chciałabym, ale chyba jestem na to za słaba. Po prostu... on ma nade mną władze. 
- Nie może zabronić Ci się ze mną spotkać. Masz tutaj ciocię, możesz ją przecież odwiedzić. 
- Uwierz mi, może mi zabronić. Gwarantuję Ci, że na sto procent by to zrobił. 
- Więc nigdy więcej już się nie zobaczymy? Nie zobaczę Twojej słodkiej buźki, uśmiechu?
- Nie wiem... może kiedyś coś się zmieni? W tym momencie nie ma na to szans. Damy radę, Alex.
- Chyba nie mamy innego wyjścia. Będziesz mogła do mnie chociaż zadzwonić?
- Postaram się. Chciałabym mieć z Tobą kontakt, w końcu jesteś moim przyjacielem. Prawda?
- Prawda, maleńka. Ja również chcę mieć z Tobą kontakt i liczę, że będzie to możliwe.
- Ja też, Alex... ja też - ocieram łzy i słyszę, jak ktoś zamyka drzwi. Gwałtownie odwracam się za siebie i dostrzegam Justina. Serce podskakuje mi do gardła i modlę się, aby nie słyszał nic z mojej rozmowy - Muszę kończyć, trzymaj się dzielnie - wciskam czerwoną słuchawkę i staram się zachować spokój. Niestety widzę w jego oczach gniew i mam złe przeczucia - Cześć, Skarbie - mówię praktycznie szeptem. 
- Z kim rozmawiałaś? - zwija dłonie w pięści i mocno zaciska szczękę. Cholera! - Pytam się!
- Nie krzycz, dobrze? Jamie śpi, nie chcę aby się bał - spoglądam na niego, ale wypluł tylko smoczek. 
- W porządku, wyjdźmy z pokoju - jednym ruchem chwyta mnie za ramię i wyprowadza na korytarz. Opiera moje plecy o ścianę, zaraz obok schodów i wlepia we mnie spojrzenie - Odpowiedz na moje pytanie. 
- Nie denerwuj się, dobrze? Nie zrobiłam nic złego, Justin. Wcale nie musisz się złościć. 
- Odpowiadaj, kurwa!! - krzyczy, a po moim ciele przebiega nieprzyjemny dreszcz. Zaczyna się! 
- Z przyjacielem, którego poznałam w Londynie - mówię cichutko i badam jego reakcję. 
- Z przyjacielem? - marszczy brwi i chyba go tym zaskoczyłam - Dlaczego nic o tym nie wiem, huh?! 
- Ponieważ wiem, jakbyś na to zareagował. Wolałam zatrzymać to w tajemnicy, nie obawiaj się.
- W tajemnicy?! Czy Ty mówisz kurwa poważnie?! - wrzeszczy i wcale mi się to nie podoba - Jakim prawem zataiłaś to przede mną, co?! Masz mi wszystko mówić! Kto to jest?
- Powiedziałam Ci już. Poznałam go, jak przyleciałam do Londynu. Pomagał mi i zaprzyjaźniliśmy się.
- Spałaś z nim?! - wiedziałam! Dlaczego interesuje go właśnie to?! - Odpowiadaj do cholery!!
- Nie!! - sama podnoszę głos, ale mam dość! - Mówiłam Ci, że nigdy bym tego nie zrobiła!
- Och, serio? I tak cudownie mam w to uwierzyć, tak? - prycha z kpiną i uśmiecha się chytrze. 
- Rób co chcesz, Justin. Mówię prawdę i w głębi duszy wiesz, że tego nie zrobiłam. W przeciwieństwie do Ciebie!
- Przestań! Nie rozpędzaj się, Kochanie. To ja tutaj rządzę i doskonale wiesz, że mogę robić to, na co mam ochotę. Nic nie możesz z tym zrobić, jaka szkoda - boże! Co w niego wstąpiło?
- Nie wiem, dlaczego to mówisz... - oblizuję usta i bardzo staram się nie rozpłakać - Wiedz jednak, że każde wypowiedziane przed chwilą słowo, wbiło mi nóż w serce. I Ty mnie kochasz? Dobre sobie! - przekręcam głowę, ale moje serce boleśnie się zaciska. Czuję łzy na policzkach, ale jestem tym zmęczona - Puść mnie, Justin. Chcę się położyć - patrzę na niego, ale wciąż płonie ze złości - No, co? Chcesz coś jeszcze wiedzieć?
- Uspokój się, Kate - mówi surowo, przybliża się i szepcze do mojego ucha - Pamiętaj, do kogo mówisz. Nie życzę sobie takiego tonu, zrozumiałaś? To, że jesteś moją dziewczyną nie upoważnia Cię do tego, aby mi pyskować!
- Nie wiem o co Ci chodzi, ale posłuchaj sam siebie. Szanuj mnie, Justin... mamy dziecko.
- Wiem - odchyla się i uśmiecha złośliwie - Mogę je zabrać i nigdy więcej go nie zobaczysz - o.mój.boże!
- Mam Cię dość - kręcę głową, ale nie wierzę w jego słowa - Czasami zastanawiam się, czy jesteś całkiem zdrowy - wyrywam się z jego uścisku, schodzę ze schodów i wychodzę przed budynek. Mój oddech szaleje, serce tłucze się w piersi, a łzy nie przestają lecieć - P-pieprzony dupek - mówię do siebie i opieram czoło o zimną ścianę.
- Kate? - słyszę głos Dry, ale nie reaguję - Hej, co się stało? - czuję dłoń na plecach, ale cała się trzęsę i chcę być sama - Znowu Brave się rozpędził, co? - przytakuję, ale nie mam siły na więcej - Nie przejmuj się niczym, co dzisiaj powiedział. Jest wściekły, bo znowu pokłócił się ze Sky. Nie martw się, będzie dobrze.
- Mam to w dupie, Dry - kręcę głową i siadam pod ścianą. Przykładam dłoń do brzucha, ale rana mnie szarpie i jedyne czego chcę, to zasnąć - Mogę zostać sama? Nie obrazisz się na mnie?
- Jasne, że nie - uśmiecha się smutno, czochra moje włosy i wchodzi do środka.
Nie rozumiem, dlaczego Justin powiedział coś takiego. Może mi go zabrać? Czy on jest normalny?! Jestem jego matką, nie ma do tego żadnego prawa. Jednak im dłużej się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że gdyby tylko chciał mógłby to zrobić. Tylko po to, aby pokazać mi jak wielką ma nade mną władzę. Nic nie mogę, jestem jego własnością i zaczyna mnie to przerażać. Czasami mam ochotę mu za to wszystko przyłożyć.

Wracam do środka i idę do pokoju. Nigdzie nie widzę Justina, ale to lepiej. Biorę wodę ze stolika i popijam tabletkę przeciwbólową. Jamie wciąż śpi i uśmiecham się na jego widok. Potrzebuję trochę odpocząć. Cholera... przecież urodziłam dziecko tydzień temu! Czy nie powinnam po prostu leżeć i dochodzić do siebie? Tsa, chciałabym. W zamian za to mam mnóstwo stresu, a to w niczym mi nie pomaga. Wzdycham, siadam na łóżku i myślę o mamie. Tęsknię za nią i bardzo chciałabym się z nią zobaczyć. Wiem, że wróciła już z pracy i mam ochotę do niej pojechać. Czuję, że Justin i tak mi na to nie pozwoli. Ale chwila... jestem dorosła, tak? Dlaczego niby nie mogę zobaczyć się z własną matką?! Prycham, podnoszę się, otwieram szufladę i widzę kluczyki i dokumenty od jego samochodu. Pakuję kilka rzeczy dla małego, wkładam go do fotelika i schodzę na dół.
- A ty dokąd, co? - zatrzymuje mnie głos Sky i muszę szybko coś wymyślić.
- Idę na spacer z małym - odwracam się w jego stronę i modlę, aby nic nie podejrzewał.
- Masz nie opuszczać terenu, zrozumiano? Żebym nie musiał Cię szukać tak jak ostatnio.
- Wiem, Justin przekazał mi już, że mam się stąd nie ruszać. Będę spacerować tutaj, zadowolony?
- Jesteś taka pyskata, że czasami mam ochotę obciąć Ci język - kręci głową i przewraca oczami.
Wychodzę z budynku, ale nie mam siły się z nim kłócić. Rozglądam się na wszystkie strony, ale jest spokojnie. Podchodzę do samochodu, otwieram go i układam fotelik na siedzeniu. Przypinam pasami i siadam za kierownicą. Moje serce przyśpiesza, ale cholernie się boję, że zaraz znikąd pojawi się Justin i znowu zacznie na mnie wrzeszczeć. Wiem, że źle robię... mam tego pełną świadomość, ale mam po wyżej uszu jego kontroli nad moim życiem. Nie robię nic złego, jadę tylko do własnej mamy! Czy to zakazane? Przekręcam kluczyk w stacyjne, a auto zaczyna cicho mruczeć. Jest wypasione i nigdy w życiu nie prowadziłam takiego samochodu. Cofam ostrożnie i wyjeżdżam przez bramę. Stoi przy niej dwóch chłopców, jednym ruchem zakładam czapkę Justina, która leży na siedzeniu obok i kiwam im ręką. Pokazują zaciśniętą pieść i nie wierzę, że nawet się nie zorientowali.

- O mój boże, Kate?! Co Ty tutaj robisz, córeczko? - mama wita mnie ogromnym uśmiechem, tuli do siebie i głaszcze po plecach - Tak bardzo tęskniłam! - odchyla się i uważnie skanuje moje ciało - Ślicznie wyglądasz.
- Naprawdę? To dziwne, bo czuję się okropnie - wzdycham, a mama zamyka za nami drzwi - Musiałam przyjechać, pogadać. Jestem zmęczona, ale stres mnie wykańcza - wzdycham ciężko i przecieram twarz rękami.
- Czułam, że tam nie odpoczniesz - posyła mi smutne spojrzenie, bierze w ramiona małego i kołysze go delikatnie - Nie wierzę, że jest już na świecie - dotyka jego maleńkiej główki i patrzy na niego z rozczuleniem.
- Ja też, mamo - patrzę na nich i ziewam przeciągle - Muszę zadzwonić do Justina, nawet nie wie, że tutaj jestem.
- Naprawdę? - mama prycha z kpiną i znam ten ton - Jakbyś musiała mu się spowiadać.
- Wiesz, jak jest. Nie chcę pogarszać sytuacji. I tak przed moim wyjazdem się pokłóciliśmy.
- To chyba nic nowego, prawda? O co poszło tym razem, córeczko? Zapewne o głupotę.
- Przyłapał mnie, jak dzwoniłam do Alexa. Tęsknię za nim, cholera. To mój przyjaciel, przecież spędziłam z nim pół roku! Naprawdę bardzo go lubię i nie chcę stracić z nim kontaktu. Tak bardzo mnie wspierał, pomagał mi.
- Więc nie pozwól Justinowi, aby zniszczył waszą przyjaźń. Niech się wreszcie ogarnie!
- Dobrze wiesz, jaki jest Justin. Inny chłopak? Serio, mamo? Przecież to się nie uda.
- To przerażające, jak wielką kontrolę ma nad Twoim życiem. To się nigdy nie skończy.
- Wiem... - przeczesuję włosy, wyjmuję telefon z torebki i wykręcam do niego numer. Boję się, jak na to zareaguje, ale czuję, że będzie źle! Jeden sygnał, drugi, trzeci... co jest? - Nie odbiera, dziwne.
- Cóż... może jest zajęty? Nie zamartwiaj się tym, zapewne sam do Ciebie oddzwoni.
- Masz rację - uśmiecham się, mama przysiada obok mnie i przytula do siebie małego.

Dochodzi dwudziesta, kiedy rozlega się dzwonek mojego telefonu. Od razu się spinam, kiedy widzę kto dzwoni.
- Gdzie Ty kurwa jesteś, Kate?! - jakie miłe powitanie - Jakim prawem wyszłaś z domu, co?!
- Nie krzycz, Justin. Przecież doskonale Cię słyszę, tak? Jestem u mamy, bezpieczna.
- Co takiego?! Kto pozwolił Ci do niej pojechać, huh?! Nie raczyłaś mnie o tym poinformować?!
- Chciałam, ale nie odbierałeś ode mnie telefonu. Więc jak miałam to zrobić, co?
- W ogóle miałaś nie opuszczać terenu, tak? Nie wyraziłem się jasno ostatnio? Czego nie zrozumiałaś?
- Mam dość siedzenia w domu, Justin. Chciałam się tylko zobaczyć z mamą! To chyba nic złego?
- Rób tak dalej, a zamknę Cię tam i nie wyjdziesz nigdy więcej! - boże, co się z nim dzieje do cholery?! - Wzięłaś mój samochód, bardzo odważnie. Podaj adres, zaraz po Ciebie przyjadę.
- Może mogłabym zostać u mamy na noc? Tutaj chyba nic mi nie grozi, prawda?
- Nie! Nie mogłabyś! W tej chwili mów gdzie jesteś i nie każ mi się bardziej wkurwić!
- Jesteś taki porywczy, wiesz? - oddycham głęboko, ale nie chcę żeby znał adres mojej mamy - Będę na Ciebie czekać przy supermarkecie w centrum. Może tak być?
- Czyżbyś nie chciała podać mi adresu swojej matki, Skarbie? - jego głos tnie powietrze i boję się go.
-  Tak, Justin... nie chcę, żebyś to wiedział. Dzięki temu moja mama jest tutaj bezpieczna.
- Za pół godziny przy supermarkecie. Jeśli Cię tam nie będzie... nie chcę być w Twojej skórze.
Nie odpowiadam, bo zrywa połączenie. Zamykam oczy, ale odganiam napływające do oczu łzy.

Czekam na Justina i boję się tego, co wpadnie mu do głowy. Fakt, nigdy mnie przecież nie skrzywdził, ale mówi się, że zawsze musi być ten "pierwszy raz". Wiem, że nie zniosłabym tego, gdyby zrobił mi coś złego. Kocham go, ale to by mnie złamało, oddaliło od niego. Już teraz jestem zmęczona jego zachowaniem, huśtawką nastrojów. Czy coś idzie nie po jego myśli, skoro jest taki nerwowy? Znam go i wiem, że właśnie wtedy jest taki porywczy.
Dostrzegam żółty samochód... wóz Sky. Cholera... po co przyjechał? Jeszcze tylko jego tutaj brakowało. Wbijam zęby w wargę, mocniej dociskam plecy do drzwi samochodu i czekam na najgorsze. Parkują zaraz obok mnie i wysiada z nich Justin i Sky... kurwa! Czuję, że nie będzie miło!
- Jesteś - Justin staje naprzeciwko mnie, a jego wzrok jest poważny jak diabli.
- Przecież powiedziałam, że będę - odpowiadam cicho i patrzę prosto w jego oczy.
- Nie wiem co się z Tobą dzieje, dziewczyno. Nie słuchasz mnie i bardzo mi się to nie podoba.
- Pamiętaj, że jestem Twoją dziewczyną, Justin... nie pieskiem, który będzie wykonywał Twoje polecenia.
- Jesteś ostatnio bardzo śmiała, Kochanie... nie poznaję Cię. Nabrałaś odwagi, pyskujesz mi.
- To nie prawda. Po prostu mam swoje zdanie, tak? Jestem dorosła, a Ty traktujesz mnie jak dziecko. Nie mogę wychodzić, nawet spotykać się z mamą! Nie uważasz, że to gruba przesada? Chcesz mnie oddzielić od świata?
- Chcę Cię chronić, ale widocznie tego nie rozumiesz. Zabrałaś mojego syna i mogłaś narazić go na niebezpieczeństwo - co takiego?! - Dociera to do Ciebie, Kate? Coś mogło pójść nie tak.
- Ale nie poszło, Justin. Przestań zakładać wszystko z góry. Przez cały czas byłam w domu, z mamą. Naprawdę myślisz, że ktoś mógłby wyważyć drzwi i zabrać mnie i Jamiego? Daj spokój, to mało możliwe.
- Od dzisiaj nie wystawisz nosa z domu. Chciałem dobrze, ale nie słuchasz mnie i poniesiesz karę.
- Serio? Chcesz mnie karać za coś takiego? Nie masz do tego prawda, Skarbie. Proszę... wyluzuj, dobrze?
- Nie mów mi co mam robić! - syczy przez zęby, chwyta moje ramiona i dociska moje plecy do drzwi samochodu - Jesteś cholernie nieposłuszna, wiesz? W dzielnicy nie dzieje się dobrze, w piątek szykujemy nalot, a Ty tak po prostu jedziesz sobie do matki? - płonie ze złości i postanawiam nic nie mówić. Nie chcę go bardziej wkurzyć, bo naprawdę może być źle - Sama tego chciałaś, Kate. Twój wybór - kręci głową i wsadza mnie do samochodu.

Wchodzę do pokoju i zsuwam z ramion sweterek. Justin odkłada fotelik na podłogę, wyjmuje Jamiego i tuli go do siebie. Jestem nieco zaskoczona jego ruchem... aż tak się stęsknił? Któż by pomyślał. Uśmiecham się pod nosem, wyjmuję z szuflady świeżą bieliznę, piżamę i idę do łazienki. Marzę o prysznicu i położeniu się do łóżka. Jestem tym wszystkim zmęczona, a czuję, że wcale nie będzie lepiej. Serio Justin chce mnie tutaj zamknąć? Wiem, że robi to wszystko specjalnie. Jest cholernie władczy, zazdrosny i nie chce się mną z nikim dzielić. Tylko w ten sposób może pokazać mi, że to on tutaj rządzi. Szkoda, że czasami zachowuje się na skończony dupek!
- Kotku? - słyszę za sobą jego głos, aż podskakuję. Przykładam dłoń do serca, ale prawie dostałam zawału! - Przepraszam, nie chciałem Cię przestraszyć - przytula się do mnie od tyłu i układa dłonie na moim brzuchu - Wszystko w porządku? - przytakuję głową i wiem, że wyluzował. Naprawdę powinien ogarnąć emocje - Nie spodobało mi się Twoje dzisiejsze zachowanie - zaczyna się! Zero spokoju! - Musisz mnie słuchać, zrozumiano? Chcę dla Ciebie, jak i dla małego jak najlepiej. A Ty bez mojej zgody, wiedzy jedziesz do matki?
- Naprawdę musimy o tym teraz rozmawiać? Jestem zmęczona, boli mnie brzuch i chcę się położyć.
- Tak, musimy o tym teraz rozmawiać - świetnie! - Widocznie zapomniałaś o moich zasadach, Kochanie.
- Nie zapomniałam, Justin. Chciałam się tylko zobaczyć z mamą. Nakrzyczałeś na mnie, potem już Cię nie widziałam. Dzwoniłam, ale nie odbierałeś. Cóż... sama podjęłam taką decyzję.
- To był pierwszy i ostatni raz, Skarbie. Nigdy więcej nie wyjdziesz stąd bez mojej wiedzy. Już ja się o to zatroszczę. Nie wiem jakim cudem chłopcy nie rozpoznali Cię przy wyjeździe, ale to nieistotne... to się już nie powtórzy. Masz również oddać mi swój telefon - co?! Moje serce kurczy się boleśnie.
- Justin... wiesz, że przesadzasz? - odwracam się w jego stronę, ale wciąż jest zły - Nie możesz mnie aż tak ograniczać! Przecież to nie jest normalne! Nie robię nic złego, doskonale o tym wiesz!
- Nie będziesz rozmawiała z jakimś frajerem, kapujesz? Jesteś moja, należysz tylko do mnie!
- Wiem! Nie musisz mi wciąż o tym przypominać, wiesz? Jestem Twoją dziewczyną, kocham Cię. Dlaczego mi nie ufasz? Alex to tylko mój przyjaciel, Justin. Pomagał mi, wspierał, troszczył się o mnie kiedy Ciebie nie było - mruży oczy i mocniej ściska palce na moich ramionach - To on mi pomógł, kiedy zaczęłam rodzić w toalecie, w pieprzonej galerii handlowej! - zaciskam usta na to wspomnienie - Byłam taka zmęczona, wyczerpana. Ledwo kontaktowałam i gdyby nie zadzwonił po pogotowie, nie wiem co by się ze mną stało. Nie dałabym rady urodzić sama, Justin. W pewien sposób mnie uratował. Twojego syna również.
- Cóż... w takim razie napiszę mu list z podziękowaniem i może nawet wyślę mu za to pieniądze - co takiego?! Co on gada, do cholery?! - To nic nie zmienia... nie będziesz się z nim kontaktować, ponieważ sobie tego nie życzę! Nie mam zamiaru z nikim się Tobą dzielić i chrzanię to, czy jest Twoim przyjacielem czy Cię bzykał - kurwa!
- Czasami tak cholernie Cię nienawidzę, wiesz? - spuszczam głowę i czuję łzy pod powiekami - Czuję, że pewnego dnia nie wytrzymam, Justin... - przykładam dłoń do oczu i wybucham płaczem... mam wszystkiego dość.
- Wytrzymasz, Kate... dla mnie i dla naszego syna. Ale zasady są proste i musisz ich przestrzegać.
- Nie rozumiesz tego, że oddzielasz mnie od wszystkich? Od mamy, Alice, Alexa?
- Nasze życie bardzo różni się od ich życia, dobrze to wiesz. Musisz być bezpieczna, a tylko tutaj będziesz.
- Nie chcę o tym rozmawiać. Chcę iść po prostu spać - ocieram łzy, wychodzę z kabiny i wycieram się raz dwa. 
Spoglądam na mój brzuch, ale rana wygląda całkiem nieźle. Przemywam ją, przyklejam długi plasterek i zakładam koszulkę. Myję zęby, rozczesuję wilgotne włosy, ale czuję na sobie spojrzenie Justina.
- Maleńka... - podchodzi, przytula się do mnie i opiera brodę na moim ramieniu - Kocham Cię. Doskonale wiesz, że zrobię dla Ciebie wszystko. Robię to z troski o Ciebie i naszego syna. Muszę zapewnić wam bezpieczeństwo. Bardzo się dzisiaj bałem, wiesz? Myślałem, że znowu uciekłaś, albo ktoś Cię zabrał. Nie wywijaj mi takich numerów, dobrze? - przytakuję głową, ale poniekąd muszę go zrozumieć. Nie powiedziałam mu gdzie jestem, miał prawo się martwić - Chodźmy spać, jesteś zmęczona - bierze mnie na ręce, wchodzi do pokoju i układa mnie na łóżku. Okrywa kocem, przytula do siebie i odgarnia moje włosy z twarzy - Jesteś taka śliczna - uśmiecha się z uczuciem i nie nadążam już, za jego zmianami nastrojów. Pochyla się i całuje mnie namiętnie. Wślizguje swój język w moje usta i jednym ruchem układa się na mnie. Wiem, że go nosi, ale nic nie mogę na to poradzić - Pragnę Cię, Kochanie... - szepcze seksownie i czuję na dole jego podniecenie - Zrób coś, błagam - och... jestem nieco zaskoczona jego słowami. Czy to przez brak seksu chodzi taki wkurzony? Zdejmuje z siebie bokserki, moje majtki i spinam się natychmiast - Nie bój się, nie posunę się dalej, Skarbie - uśmiecha się i zaczyna poruszać biodrami. Minęło tak dużo czasu i zapomniałam już, jak dobrze czuć go blisko siebie. Zamykam oczy, rozluźniam moje napięte ciało i wyłączam myślenie - Odpręż się, Kochanie - szepcze do mojego ucha i wsuwa dłoń pod moją koszulkę - Tak bardzo za Tobą tęskniłem - ściska w dłoni moje włosy i nieco przyśpiesza - Nigdy Cię nikomu nie oddam, Kate... nigdy - wiem, że mówi prawdę. On nie pozwoli mi odejść...







********************************************************
Auć, nerwus z tego naszego Justina, nie? ;)
Ps. Chcecie jutro drugi rozdział nowego ff? Tak na zachętę? :P

Buziam!
Kasia


Zapraszam was na nowe ff :D --->>> KLIK <<<---




piątek, 13 listopada 2015

Rozdział 19

Patrzymy na siebie, moje serce przyśpiesza i nie jestem pewna, czy chcę poznać odpowiedź. To oczywiste!
- Kotku... - oddycha głęboko i opiera czoło o moje - To naprawdę nic dla mnie nie znaczyło, przysięgam.

- Nie mów nic więcej, proszę - zasłaniam dłonią jego usta i kręcę głową. Justin zabiera ja i mruży oczy.
- To był tylko jeden raz. Nie było Cię tak długo, nosiło mnie - burczy pod nosem i chociaż wcale nie chcę płakać, czuję pierwsze łzy na policzkach. Przecież sama od niego uciekłam, nie widzieliśmy się od sześciu miesięcy! Naprawdę sądziłam, że mógłby nie pieprzyć innych panienek? Ba! Właściwie nie miałam zamiaru do niego wrócić, nie mogę mieć pretensji - Wysłuchaj tego, co mam do powiedzenia. Proszę - dodaje łagodnie, ociera moje łzy i wpatruje się we mnie - Byłem na Ciebie potwornie wściekły. Bardzo chciałem się powstrzymać, chciałem być wierny, jednak nie mogłem. Spaliłem się z Dry, schlałem niemiłosiernie i byłem na granicy własnej wytrzymałości. Byłem pewny, że straciłem Cię już na zawsze, bo moje poszukiwania na nic się zdawały. Szukałem Cię gdzie tylko mogłem, ale jakbyś zapadała się pod ziemię.
Musiałem odreagować, jednak szybko tego pożałowałem, bo czułem się po tym potwornie! Mimo tego, jak cholernie byłem napalony... nigdy więcej tego nie zrobiłem. Przysięgam na wszystko - cmoka mnie w czubek nosa, oblizuję usta i nie jestem w stanie wykrzesać z siebie słowa - Bałem się, Skarbie. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Jestem silnym facetem, ale brak Ciebie kompletnie mnie rozpieprzył. Przepraszam, Kate. Jesteś dla mnie najważniejsza na świecie, doskonale o tym wiesz. Proszę, wybaczy mi.
- A gdybym ja oddała swoje ciało innemu mężczyźnie, jakbyś się czuł? Mogłabym liczyć na wybaczenie?
- Z-zrobiłaś to? - jąka się i widzę w jego oczach ogromne zaskoczenie jak i nutkę przerażenia - Powiedz mi.
- Najpierw powiedz mi, jakbyś poczuł się w takiej sytuacji. A potem powiem Ci, czy to zrobiłam czy nie.
- W porządku, czułbym się źle - mówi smutno, odgarnia moje włosy i zamyśla się. Jestem zaskoczona, że zachował spokój. Byłam pewna, że wybuchnie niczym bomba nuklearna i zmiecie wszystko z powierzchni ziemi - To nie byłoby przyjemne uczucie. Uciekłaś ode mnie i w dodatku zdrada? Jesteś tylko moja, Kate. Na zawsze.
- Wiem. Przeszliśmy razem przez dobre jak i złe chwile, jednak jestem w tym miejscu z powrotem, czego szczerze mówić się nie spodziewałam. Wszystko wróciło na swoje miejsce i nigdy więcej nie chcę słyszeć, że pieprzysz inne panienki. Rozumiesz mnie? - marszczy czoło i patrzy na mnie zaskoczony - Nie chcę tego w naszym związku. Boli mnie Twoja zdrada, ale prawda jest taka, że uciekłam i muszę teraz podnieść tego konsekwencje. Zapomnę o tym, ale jeśli zrobisz coś takiego ponownie, nie wybaczę Ci tego nigdy. Mówię całkowicie poważnie, wiesz?

- Wiem, nie martw się, nie mam zamiaru tego powtarzać. Najważniejsze jest to, że mam Cię obok siebie, wróciłaś. Do tej pory nie mogę w to uwierzyć, ale nie masz pojęcia jak bardzo jestem szczęśliwy - och! Uśmiecham się na jego słowa, a moje serce przyjemnie się zaciska - A teraz powiedz mi, czy no wiesz... miałaś tam kogoś?
- Nie, Justin. Po pierwsze; nie mogłabym tego zrobić, ponieważ wciąż byłeś i jesteś w moim sercu. Po drugie; byłam w ciąży, a to nie jest prosta sprawa. Uwierz mi, seks to ostatnie, na co miałam wtedy ochotę.

- Uff, ulżyło mi - mruga zadziornie i seksownie oblizuje usta - Nie pozwolę Ci wywinąć takiego numeru po raz drugi. Nigdy więcej mnie nie opuścisz, Kate. Tęsknota za Tobą rozpieprzała moje serce. Było mi bardzo ciężko.
- Mnie również. W dodatku byłam sama, w ciąży, bez Twojego wsparcia. Dobrze, że mogę nareszcie odetchnąć.
- Już dobrze, nie myśl o tym więcej. Wróciłaś, a teraz wszystko się ułoży. Kocham Cię, Kwiatuszku. 

- Ja Ciebie też kocham - puszcza moje dłonie, układam je na jego plecach i pocieram z góry na dół.
- Jesteś głodna? Powinnaś coś zjeść i odpocząć. Naprawdę za dużo chodzisz, Kate. To może Ci zaszkodzić. 
- Wiem, ale czuję się całkiem nieźle, a dzięki temu szybciej dojdę do formy. Muszę zrzucić trochę kilogramów.
- Serio?! Wyglądasz, jakbyś nigdy nie była w ciąży, Kate! Gdybym nie widział małego, nie uwierzyłbym. 
- Tak Ci się tylko wydaje, mam obwisły brzuch - wyginam usta w podkówkę i patrzę na niego smutno.
- Jesteś niepoważna - przewraca oczami i kręci głową - A tak w ogóle... musiałaś wyglądać pięknie z brzuszkiem, wiesz? - o kurwa! Zaskakuje mnie tym, aż uchylam usta w szoku - Bardzo żałuję, że Cię nie widziałem.
- Poczekaj - podnosi się ze mnie, podchodzę do szafki i biorę laptopa. Szybko go włączam i wchodzę w odpowiedni folder - Proszę, możesz sobie pooglądać zdjęcia, jeśli chcesz. Jest ich mnóstwo, od samego początku.
- O cholera, robiłaś je?! - pyta z niedowierzaniem i od razu bierze laptopa na kolana. Zdjęć jest mnóstwo, są idealne posegregowane i każdy folder podpisany jest tygodniem ciąży - Miałem rację, wyglądałaś prześlicznie - spogląda na mnie z rozczuleniem, obejmuje ramieniem i mocno do siebie dociska - Ciąża Ci bardzo służyła.
- Najważniejsze, że czułam się dobrze. Jak się czujesz z tym, że masz dziecko? Co czujesz, kiedy je widzisz?

- Na razie jestem w szoku. Próbowałem wyobrazić sobie wszystko, ale na pewno nie to, że jesteś w ciąży. Byłem wściekły, kiedy wpadłem do tego domu i zobaczyłem Cię razem z dzieckiem. Moje serce ścisnęło się na Twój widok, bo wyglądałaś na bardzo zmęczoną. Ale to, że ode mnie uciekłaś i mnie okłamałaś sprawiło, że miałem ochotę udusić Cię gołymi rękami! - mówi surowo, ale wciąż wpatruje się w moje zdjęcia i uśmiecha się lekko - Teraz powoli zaczynam się z tym oswajać. Rozczula mnie widok małego, jest taki słodki, spokojny. Muszę to wszystko ogarnąć w głowie, ale będzie dobrze. Nie martw się. Skoro kocham Ciebie, jego też pokocham. Prawda?
- Mam nadzieję, Justin. To nasze dziecko, które zasługuje na Twoją miłość. Musimy zapewnić mu bezpieczeństwo.
- O to nie musisz się martwić. Nigdy nie dopuszczę do tego, aby cokolwiek wam się stało. Jesteście dla mnie najważniejsi na świecie i zabiję każdego, kto spróbuje was skrzywdzić - powstrzymuję napływające do oczu łzy, przytulam się do niego mocniej i zamykam oczy.



Brave POV:
Kate zasypia, a ja schodzę na dół i wychodzę na zewnątrz. W moje oczy rzuca się Glover, Sky i Dry, który dzielnie zajmuje się małym i muszę wręcz zacisnąć usta, aby się nie uśmiechnąć na ten widok. Kto by pomyślał, że w naszym gronie pojawi się takie maleńkie stworzenie, które narobi ogromnego zamieszania? Niebywałe.
- Jak tam wujku, Dry? Widzę, że świetnie dajesz sobie radę. Brawo! - klepię go po plecach i zerkam do wózka.
- Nie nabijaj się ze mnie - burczy pod nosem i patrzy na mnie spod byka - Obudził się kilka minut temu i wierci jak kura na jajach. Ogólnie to złote dziecko, ale coś jest na rzeczy - marszczę brwi, jednak nie bardzo wiem, co ma na myśli - Och, świetnie! Nie patrz tak na mnie, stary! Nie wiem, może jest głodny? Albo trzeba mu zmienić pieluszkę?
- Pieluszkę? Cholera, do tego jeszcze nie doszedłem - panikuję i nerwowo drapię się w kark - Co teraz?

- Jak to co? Musisz go przewinąć - Dry wzrusza ramionami i posyła mi cwany uśmieszek - Do dzieła, tatusiu!
- Nigdy nie sądziłem, że dożyję takiego momentu - pierwszy raz głos zabiera Glover. Spoglądam na niego, zakłada ręce za głową i wygląda na rozbawionego sytuacją - Mój najlepszy człowiek, lider, moja prawa ręka, właśnie został ojcem i musi zmieniać pieluchy. Do czego to doszło, huh? - mruga okiem i dobrze wiem, że się ze mnie nabija.
- Poważnie? Ty też? Wcale mi nie pomagacie takim gadaniem, wiecie? Powinniście mnie wesprzeć, do cholery.
- Radź sobie... tatusiu - Sky prycha pod nosem, przeciąga się i kiwa głową na wózek - Pokaż, co potrafisz.
- A żebyś wiedział, że pokażę - przewracam oczami, pochylam się i wpatruję w małego, który się krzywi.
- Hej, zanim zabierzesz się do roboty... 
chłopcy powiedzieli mi, co wydarzyło się w parku. Co o tym myślisz?
- Nic? Nie martw się, trzymam rękę na pulsie. Hove jak na razie nie ma powodu, aby nas zaatakować.

- Nie zapominaj, że on zawsze znajdzie sobie powód. W tej chwili jest spokój i chcę, żeby tak pozostało.
- Uwierz mi, ja też. To oni zabili jednego z naszych, więc my mamy powód do zemsty. On dobrze o tym wie.
- Owszem. Nasza zemsta nadejdzie i to całkiem niedługo. Dzisiaj rozmawiałem z chłopakami, wszystko gotowe.

- Świetnie! Właśnie to chciałem usłyszeć, już nie mogę się doczekać! Więc, kiedy nareszcie uderzamy?
- Myślę, że najpóźniej w piątek. Trzy dni w zupełności wystarczą na dokończenie wszelkich przygotowań.
- Zgadzam się. Wszystko musi pójść zgodnie z planem. Nie ma miejsca na błędy, mój plan musi się powieść.
- Jestem pewny, że się powiedzie. Jesteś najlepszy w główkowaniu, tak? Nie ma nawet innej możliwości.
- Się wie! - mrugam do niego i przybijamy żółwika. Naszą rozmowę przerywa Jamie, który wrzeszczy niemiłosiernie. Wyjmuję go z wózka i kręcę głową - Nie powiem, masz głos po tatusiu - chłopcy wybuchają śmiechem, ale posyłam im mordercze spojrzenia i natychmiast milkną, chociaż głupie uśmieszki nie schodzą im z twarzy. Biorę pieluszkę z torby i wchodzę do środka - Okej, do dzieła. Pomóż mi trochę, okej? Po pierwsze; musisz być cicho, bo mama śpi - wkładam mu smoczek do buzi i nieco się uspokaja. Układam go na kanapie, rozpinam body i odpinam pieluszkę. Zmieniam na nową, zapinam rzepy i gotowe! - Poszło sprawniej niż myślałem - uśmiecham się szeroko, ale jestem z siebie dumny! No, co? Nigdy nie przebierałem dziecku pieluchy, to ogromny krok na przód - I co teraz, hmm? - biorę go na ręce, podkładam dłoń pod główkę, drugą pod pupę i patrzę na niego. Cholera, naprawdę jest uroczy. Patrzy na mnie i cmoka smoczek, który jest ogromny w porównaniu z jego buźką - Jestem Twoim tatusiem, wiesz? - grucham do niego, zwija swoje maleńkie paluszki w piąstki i marszczy brwi, jakby chciał mi powiedzieć "Serio? Nareszcie to do Ciebie dotarło". Jednak czuję dziwne ciepło w sercu i wiem, że chcę go ochronić przed wszystkim, co złe. Nie wiem nawet skąd to się wzięło, ale chyba zaczynam przyzwyczajać się do myśli, że jest mój. Podziwiam Kate, bo jest taka silna. Uciekła ode mnie tylko po to, aby to jemu nie stała się krzywda. Dopiero teraz zaczynam ją rozumieć. To nasze dziecko, musimy się nim opiekować i stanąć na wysokości zadania. Mimo tego, czym się zajmuję nie chcę, żeby cała opieka spadła na nią. Jest zmęczona, jednak nawet przez chwilę nie narzekała. Muszę ją nieco odciążyć, żeby doszła do siebie. Mały zamyka oczka i chyba zasypia - Śpij maleńki - przytulam go do piersi, głaszczę po pleckach i mimo, iż to takie dziwne i nowe dla mnie... muszę przyznać, że to całkiem przyjemne uczucie.

Godzinę później spokój na hali szlag trafia. Jamie drze się wniebogłosy i nawet smoczek nie pomaga. Spaceruję z nim, chodzę w tę i z powrotem, kołyszę w ramionach, ale to wszystko na nic. Cholera, co tym razem?!
- Justin? Co się dzieje? - dobiega mnie spanikowany głos Kate. Podnoszę głowę i spoglądam na nią. Stoi na piętrze, uroczo rozczochrana i zaspana - Dlaczego tak płacze? Która godzina? - ziewa przeciągle i przeciera oczy.
- Dochodzi piętnasta, nie chciałem Cię budzić. Musiałaś odespać i odpocząć, ale nie daję rady. Coś go boli?
- Nie, jest głodny. Chodź - wchodzę po schodach i kiedy tylko jestem w pokoju, podaję jej małego. Siada na fotelu i zaczyna go karmić. Nie wiem czemu, ale rozczula mnie ten widok - Rany, ale jest wygłodniały! Długo tak płacze?
- Nie, może z dziesięć minut - mówię cicho i przysiadam obok niej - Wiesz, zmieniłem mu dzisiaj pieluszkę... sam.
- Ty? - unosi brew i widzę zaskoczenie na jej twarzy - Normalnie nie wierzę w to, co słyszę - jednym ruchem odpina body i ogląda moje dzieło. Na jej buzi pojawia się szeroki uśmiech - Założyłeś odwrotnie, wiesz? - co?!
- Niemożliwe! Co to za różnica? Przecież nawet nie wiadomo, gdzie jest przód, a gdzie tył. Jak to rozpoznajesz?
- To bardzo proste. Po pierwsze; z przodu są misie. Po drugie; rzep zawsze idzie pod pupę, Skarbie. Mimo wszystko jestem z Ciebie dumna - patrzy na mnie z rozczuleniem, pochyla się i delikatnie całuje mnie w usta.
- Rób tak częściej, dobrze? - przysuwam się, układam dłoń na jej głowie i pogłębiam pocałunek. To nie moja wina, ale tak kurewsko się za nią stęskniłem! Nie widziałem jej pół roku, a to dla mnie cholerna wieczność.



Kate POV:
Po karmieniu idę na spacer, a Justin wraca do swoich obowiązków. Spaceruję po alejkach i orientuję się, że teren gangu jest ogromny! Hala, w której jestem jest największa. Reszta to małe, niskie domki. Myślę nad tym, jakie to jest dziwne. Cały teren ogrodzony jest wysokim murem i nie ma możliwości, aby ktoś obcy się tutaj dostał. 
Spoglądam na Jamiego, który przysypia. Świeże powietrze dobrze mu zrobi, chociaż zdecydowanie bardziej wolę park. Śpiew ptaków, szum fontanny i mnóstwo zieleni. Cóż, to musi nam wystarczyć, nie ma innego wyjścia.
- Cześć - dobiega mnie kobiecy głos i gwałtownie odwracam się za siebie. Marszczę czoło na widok uroczej blondynki. Jest mojego wzrostu i z pewnością w podobnym wieku - Nie przeszkadzam? Mogę się przyłączyć?
- Jasne, że tak - uśmiecha się i podchodzi niepewnie - Jest śliczny - kątem oka zerka na małego - Ile ma?
- Dzisiaj dokładnie tydzień - uśmiecham się z rozczuleniem, jednak śpi sobie smacznie i ma wszystko w nosie.
- Mam na imię Rosalie. Miło Cię poznać, Kate - wystawia dłoń i ściska moją. Jestem zaskoczona, skąd zna moje imię. Przecież widzimy się po raz pierwszy! - Widzę Twoją minę - chichoczę i ogarnia długie włosy, które rozwiał wiatr - Każdy Cię tutaj zna, jesteś dziewczyną lidera - no tak, nie powinnam się dziwić - Brave szalał bez Ciebie, wiesz? Był nabuzowany jak cholera, wściekły i nie mógł nad sobą zapanować. To takie nie w jego stylu. Jestem tutaj od przeszło pięciu lat, ale nigdy go takiego nie widziałam - wow, tego się nie spodziewałam!
- Cały on - przewracam oczami i skręcamy w prawą stronę - Nie sądziłam, że jesteś tutaj aż tak długo. Pięć lat to naprawdę kupę lat. Muszę przyznać, że wyglądasz bardzo młodo. Dlaczego jesteś w takim miejscu, Rosalie?
- Z prostego powodu. Mój chłopak jest w gangu, więc postanowiłam również do niego dołączyć i oto jestem!
- Naprawdę? Podziwiam Cię. Justin jest liderem, ale nie mogłabym być w gangu. Przeraża mnie to miejsce.
- Nie dziwię Ci się, trzeba być twardym, aby tutaj być. Dziewczyny pełnią w tym miejscu trochę inną funkcję. 
Nie musimy nikogo zabijać, no chyba, że wymaga tego od nas sam przywódca, wtedy nie mamy innego wyjścia.
- Zabiłaś kiedyś kogoś? - pytam cicho, ale sama nie jestem przekonana, czy chcę znać odpowiedź.
- Nie, na szczęście. Chyba nie byłabym zdolna pociągnąć za spust, jednak gdybym musiała, zrobiłabym to.
- Nie ukrywam, jesteś bardzo odważna. Ja chyba nigdy nie byłabym w stanie skrzywdzić drugiego człowieka.
Tak Ci się tylko wydaje, Kate. Gdybyś trafiła w ręce wroga, zrobiłabyś wszystko, aby przeżyć. Moja przyjaciółka została kiedyś zabrana przez Bloods, dla zemsty. Miała zaledwie siedemnaście lat, ale zabiła jednego z członków gangu. Pierwszy raz zawsze jest najgorszy, potem jest już zdecydowanie lżej i można przywyknąć.
- Rany! Mówisz to tak spokojnie, wiesz? - kręcę głową, jednak cholernie ciężko to pojąć - To wszystko jest okropne. Nigdy nie sądziłam, że trafię w sam środek gangu. Jednak Justin nie dał mi żadnego wyboru.
- Jest władczy, prawda? - przekręca głową i posyła mi dziwne spojrzenie - Niestety nic na to nie poradzisz, znam go kawałek czasu. Brave nie bawi się w miłość i jestem szczerze zaskoczona, że jednak potrafił Cię pokochać. Na dokładkę, ma dziecko! To niewiarygodne! On? - przewraca oczami i prycha rozbawiona - W życiu nie obstawiłabym, że trafi akurat na niego. Jak on się z tym czuje? - zaciska usta i wlepia we mnie wzrok.
- Z każdym dniem coraz lepiej. Na początku był zaskoczony, bo przecież o tym nie wiedział, ale teraz chyba już oswoił się z myślą, że mamy takiego maleńkiego chłopczyka. Zresztą, cóż innego mu pozostało.
- Racja. To nie do pomyślenia, że mamy pierwsze dziecko w gangu. Jakim cudem Glover na to pozwolił?
- Też się nad tym zastanawiam. 
Przecież Justin ostrzegał mnie wiele razy, że dzieci są tutaj zakazane. Na moich oczach Glover zastrzelił dziewczynę, która była w ciąży! To popieprzone, chore i niesprawiedliwe!
- To są właśnie zasady, Kate. Każda z nas musi ich przestrzegać, jednak Caroline wpadła. Tak bardzo się bała i również chciała uciec. Nie udało się, ktoś ją wydał i niestety nie miała tyle szczęścia co Ty. Jednak jesteś dziewczyną Brave’a, a to wiele zmienia. Jesteś chroniona, nikt nie może Cię tknąć. Chyba to przesądziło.
- Powiesz mi, dlaczego tak jest? Nie rozumiem, czemu bycie z liderem jest w tym miejscu aż tak ważne!
- Brave jest liderem, czyli prawą ręką Glovera. Jak dobrze wiesz, Justin jest cholernie sprytny i wie, co robi. Glover potrzebuje obok siebie takiego człowieka, aby czuwał nad wszystkim. Gdyby zabił Ciebie, Justin wpadłby w szał. Już nie byłby taki sam, a Glover nigdy nie dopuści do tego, aby cokolwiek poszło nie tak. Chyba dlatego podarował życie Tobie i Twojemu dziecku. Złamałaś wszelkie zasady, chociaż nawet nie należysz do gangu. Jednak gdyby skrzywdził Ciebie, skrzywdziłby również człowieka, który jest dla niego cholernie ważny - dociera do mnie sens jej słów i wiem, że Glover podarował mi życie tylko ze względu na Justina. Gdyby nie on, już dawno nie byłoby mnie na świecie. Tak samo, jak mojego maleńkiego syneczka - Nie myśl o tym. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, wróciłaś do nas i jesteście bezpieczni. Brave nie da zrobić wam krzywdy, prędzej wybiłby pół dzielnicy.
Spoglądam na Jamiego, który zaczyna się wiercić i myślę nad tym, co powiedziała Rosalie. Czy Justin naprawdę aż tak się zmienił i potrafił mnie pokochać? To aż śmieszne, bo przecież jestem nastolatką, a on dorosłym facetem. Jednak czy wiek ma tutaj cokolwiek do rzeczy? Mamy dziecko, musimy trzymać się razem.

Wracam na halę i kiedy tylko wchodzę do środka, prawie dostaję zawału. Uchylam usta w szoku, ale tego za cholerę się nie spodziewałam. Podchodzę bliżej, ustawiam wózek obok kanapy i chociaż wciąż się boję, kucam przed Gloverem. Siedzi tutaj całkiem sam, marszczy czoło i gapi się na mnie. Błagam, żeby tylko się nie wkurzył!
- Masz jakiś problem? - burczy surowo i ociera kciukiem krew z wargi. Rozcięcie wygląda naprawdę paskudnie!
- N-nie - chrząkam, podnoszę się i przechodzę do kuchni. Biorę apteczkę z szafki i wracam do niego - Mogę?
- Zwariowałaś? - prycha rozbawiony i przewraca oczami - Chcesz mnie opatrywać, Kate? - unosi brew i wlepia we mnie spojrzenie. Cholera! Aż mam ciarki na plecach, ale staram się zachować spokój. Wyjmuję wodę utlenioną i kilka wacików. Namaczam dwa i chociaż strasznie trzęsą mi się dłonie, przykładam je do jego rozwalonej wargi. Syczy i natychmiast chwyta mój nadgarstek. Przełykam ślinę, a moje serce przyśpiesza - Szczypie jak diabli!
- Wiem, ale muszę to oczyścić, tak? To nie wygląda dobrze - kręcę głową i myślę, czy z kimś się pobił.
- Bywałem w gorszym stanie, wiesz? - uśmiecha się pewny siebie i puszcza mój nadgarstek. Przykładam wacik do łuku brwiowego, ale tutaj jest zdecydowanie gorzej. Krew ścieka po jego twarzy i za cholerę nie chce przestać lecieć. Na dodatek wciąż gapi się na mnie, czym potwornie mnie krępuje - Dlaczego to robisz, Kate?
- Bo tak trzeba - odpowiadam cicho i wymieniam nowy gazik - Rana na łuku jest poważna, wiesz? Krew nie chce przestać lecieć. Wydaje mi się, że najrozsądniej będzie pojechać do szpitala, bez szwów się nie obejdzie.
- Szpital, szwy? Daj spokój, nic mi nie będzie. Jestem twardym gościem, nie potrzebuję tego gówna, mała.
- Bądź poważny, dobrze? Masz rozpieprzony łuk, zdajesz sobie z tego sprawę? To nie żarty, Glover.
- Podnosisz na mnie głos, dziecino? - mruży oczy, a moje serce podskakuje do gardła. Błagam, tylko nie to!
- N-nie, po prostu - wzdycham i ponownie wymieniam wacik - Powinien zobaczyć Cię lekarz, to konieczne.
- Skąd ta troska, hmm? Przecież mnie nienawidzisz, prawda? - przechyla głowę, chwyta w palce moją brodę i przekręca moją głowę tak, aż nasze oczy się spotykają. Jasna cholera! - Czyżby coś się zmieniło?
- T-trochę. Nie zrobiłeś krzywdy mnie, ani mojemu dziecku. Cóż, jestem Ci za to bardzo wdzięczna.
- Aww, jesteś urocza, wiesz? - uśmiecha się szeroko, a ja marszczę czoło. Co z nim? - Nie mógłbym tego zrobić, chociaż na początku miałem na to ogromną ochotę. Złamałaś moje zasady, Kate. Nawet to, że nie należysz do gangu nie ma tutaj znaczenia. Byłam wkurwiony i kiedy tylko zobaczyłem Cię w Londynie, miałem ochotę wpakować Ci kulkę w łeb. Jednak nie mogłem tego zrobić. Rozmawiałem z Brave’em wcześniej i obiecałem mu, że nie będę się mieszał. Cóż, nie ukrywam, że zaskoczyłaś nas ciążą. Tego nikt z nas się nie spodziewał. To jest jedyny wyjątek, zapamiętaj to sobie. Nie planuj kolejnego dzidziusia pod moim dachem, bo wtedy nie zawaham się pociągnąć za spust - uśmiecha się i przesuwa palcem po moim policzku. Uchylam usta, ale nic nie przejdzie przez moje gardło - Nie musisz się bać, jesteś tutaj bezpieczna. Nikt Cię nie dotknie, Brave na to nie pozwoli. A teraz dokończ co zaczęłaś, bo nic nie widzę przez tą cholerną krew, która zalewa mi całą twarz. Niech to szlag!
- J-jasne - ogarniam się i wycieram jego twarz. Kończę szybko i wyrzucam wszystko do kosza. Glover krzywi się trochę i nie podoba mu się fakt, że przykleiłam opatrunek na jego łuk. Faceci to dziwne stworzenia.

Idę do naszego pokoju, przenoszę Jamiego do łóżeczka i wzdycham ciężko. Jestem trochę zmęczona i potrzebuję więcej odpoczynku. Zsuwam sweterek z ramion, wyjmuję telefon z torebki i włączam go szybko. Nie jest włączony tylko z tego względu, iż Alex ma mój numer. Gdyby zadzwonił do mnie przypadkiem... byłoby po wszystkim. Justin wpadłby w szał i nie wiem, do czego byłby zdolny. Jednak czuję potrzebę, aby powiedzieć przyjacielowi, że ze mną wszystko w porządku. Przecież wspierał mnie, pomagał, pocieszał. Nigdy nie oczekiwał ode mnie niczego więcej i bardzo cieszę się, że go poznałam. Tęsknię za nim i dopiero teraz to do mnie dociera...







**********************************************************

Hej misie :)
Rozdział dzisiaj późno (a miał być jeszcze później) ponieważ znajomi wpadli na mecz. Wyrwałam się jednak na chwilkę, bo widzę wasze komentarze i wiadomości. Nie martwcie się, wszystko jest ze mną w porządku! Jednak niezmiernie jest mi miło, że ktokolwiek z was się o mnie martwi, awww
... to takie słodkie! Dziękuję! :) 

Pamiętajcie... jeśli nie wiecie co się dzieje, zaglądajcie na aska. Tam przeważnie udzielam się na bieżąco :)

Muszę dodać, że jest mi smutno... na DT chyba aż tak marnego wyniku nigdy nie było :(
No trudno. Dobrze, że już końcówka.

Miłego wieczoru i weekendu! :)
Tulę was mocno
Kasia








piątek, 6 listopada 2015

Rozdział 18

Idziemy wzdłuż alejki, a kiedy w zasięgu wzroku pojawiają mi się chłopcy, którzy pilnują bramy, posyłam im wymowne spojrzenie. Patrzą na mnie wzrokiem zbitego psa, ale nie wzrusza mnie to, z nimi też porozmawiam. Jak mogli ją wpuścić, nawet nas nie uprzedzając? Popełnili ogromny błąd i ona za niego zapłaci. Cóż, jej strata. Nigdy nie powinna się tutaj zapuszczać, ani przekraczać progu gangu. Jaka szkoda, że już z niego nie wyjdzie.
- Dokąd właściwie idziemy? - pyta cicho i przerywa panującą między nami ciszę - To miejsce jest jak labirynt.
- Owszem - burczę pod nosem, otwieram drzwi i przepuszczam ją przodem - To odpowiednie miejsce na nasz wywiad - mrugam okiem, opieram się o parapet, a dziewczyna rozgląda się po pomieszczeniu. Budynek jest niewielki, surowy i nie ma tutaj kompletnie nic, oprócz naszego ogromnego loga na jednej ze ścian. Ten budynek służy nam tylko w jednym celu, do przeprowadzania "egzekucji" - Więc! O co chodzi? Co to za najście, hmm?
- Robię wywiad o Twoim gangu - ach, a to nowość! - Widziałam trupy w dzielnicy i wiem, że to wasza sprawka.
- Skąd pomył, że mógłbym powiedzieć Ci cokolwiek na ten temat? - przechylam głowę i wlepiam w nią spojrzenie.
- Nawet nie musisz. Doskonale wiem, że toczycie wojnę z Bloods - no proszę, jest świetnie poinformowana.
- Skoro wiesz, czego ode mnie oczekujesz? Dlaczego tak właściwie Cię to interesuje? To niebezpieczny temat.

- Owszem, ale chyba nie robię nic złego, tak? To moja praca i zapewniam, że nie boję się ani Ciebie, ani Bloods.
- Och, serio? - prycham rozbawiony, bo mam wrażenie, że nie ma pojęcia o czym mówi - To bardzo nierozsądne z Twojej strony, cukiereczku. Powiedz mi, czy to Ty umieściłaś zdjęcia trupów na stronie internetowej?

- Tak, ja. Przeprowadziłam własne, małe śledztwo. Chcę wiedzieć, dlaczego toczycie ze sobą wojnę od lat.
- Skąd miałaś te zdjęcia? - ignoruję jej pytanie i zadaję własne - Zrobiłaś je sama? - unoszę brew, a ona przytakuje głową. A to mała, przebiegła dziwka! - To ciekawe. Jakim cudem weszłaś w sam środek tego piekła, hmm?
- To proste, ubrałam się na czerwono - wzrusza ramionami i zakłada kosmyk włosów za ucho. Nie wierzę!
- Naprawdę?! Więc jesteś głupsza, niż myślałem - przewracam oczami, a dziewczyna marszczy czoło i wpatruje się we mnie zdziwiona - Mogłaś tam zginąć, dociera to do Ciebie? Wszyscy członkowie Bloods ubierają się właśnie na czerwono. Myślisz, że podczas strzelaniny ktokolwiek zwraca uwagę na to, że zabija dziewczynę? Nie! Gdybym spotkał Cię wtedy na swojej drodze, bez namysłu pociągnąłbym za spust, twierdząc, że jesteś z Bloods! - zwijam dłonie w pięści, a na jej twarzy pojawia się szczery szok. Nic nie wiedząca, głupia smarkula! - Pracujesz sama? 

- Tak. Nikt nie chciał w to wejść, za bardzo się boją - prycha z kpiną i próbuje grać odważną sztukę. Dobre sobie!
- Również powinna się bać i trzymać od tego miejsca jak najdalej. Nikt nie może wchodzić na nasz teren, a tym bardziej robić zdjęć trupów i wrzucać to do internetu!! - wrzeszczę, aż się wzdryga - Nigdy więcej tego nie zrobisz.
- Dlaczego?! - teraz to ona podnosi głos i wyrzuca ręce w górę - Prawda w oczy kole, co?! Zabijacie ludzi, jesteście bezkarni, a tak nie można! Powinniście ponieść za to odpowiednią karę, trafić za kratki. Tam jest wasza miejsce!

- Co Ty bredzisz, idiotko? Trwa wojna, wiesz, co to takiego?! Jeśli my nie zabijemy ich, oni zabiją nas! Mam czekać na śmierć? Zwariowałaś?! - zaciska usta, schyla głowę i wpatruje się w ziemię. Wkurwiła mnie! - Nigdy nie powinnaś była tutaj przychodzić, wiesz o tym? Właśnie wydałaś na siebie wyrok. Szkoda, jesteś urocza.
- C-co? - jąka się, unosi głowę i patrzy na mnie przerażona - O czym Ty mówisz, jaki wyrok? Nic nie zrobiłam!
- Zrobiłaś. Węszysz, wchodzisz nam w drogę. Nawet policja tutaj nie zagląda, a Ty beztrosko wrzucasz zdjęcia członków gangu do internetu! Zdajesz sobie sprawę z tego, w co tak naprawdę się wpakowałaś? W gówno!
- Robię tylko reportaż, okej? Miałam te zdjęcia, więc postanowiłam je dodać. To chyba nic wielkiego, prawda?
- Cóż, Twoja praca właśnie dobiegła końca, cukiereczku - wyjmuję spluwę zza paska spodni, odbezpieczam i celuję prosto w dziewczynę. Stoi jak sparaliżowana, nawet nie oddycha i nareszcie dociera do niej, jak wielki błąd popełniła przychodząc tutaj - Miło było Cię poznać - uśmiecham się i pociągam za spust. Trafiam idealnie w jej głowę i upada na podłogę. Po kłopocie! Chowam broń, opuszczam budynek i wyjmuję telefon. Wybieram dobrze znany mi numer i wciskam zieloną słuchawkę - Nindo, trzeba posprzątać - kończę połączenie i wracam na halę


Wchodzę do środka i siadam na kanapie obok Kate. Opiera stopy o brzeg stolika, a mały leży na jej kolanach. Przytulony do niebieskiej pieluszki, cmoka smoczek i prawie przysypia. Raz otwiera oczka, raz zamyka. Wygląda to dość komicznie i uśmiecham się na ten widok. Kate ubrała go w body, na którym widnieje napis „Idad” i mam ochotę przewrócić oczami. Spoglądam na nią, ale ona również przysypia. Na hali jest pusto, cicho, a nasi zapewne są w terenie. Ostrożnie biorę małego i przytulam go do piersi. Wierci się, mruczy cicho, ale poklepuję go delikatnie po plecakach i wygodnie opieram się o oparcie kanapy. Ostatnio sporo się dzieje i sam mam chęć trochę odpocząć. Jednak jestem liderem, muszę być gotowy w każdej minucie, aby móc wyjść naprzeciw wrogom. 

Budzę się, uchylam powieki i ziewam przeciągle. Przecieram twarz rękami i orientuję się, że obok mnie nie ma ani Kate, ani małego. Podnoszę tyłek z kanapy, wchodzę na górę i zmierzam do naszego pokoju, w którym również jest pusto. Dostrzegam tylko złożone łóżeczko, pościel i kolorowe misie. Cholera, kto to zrobił? Czyżby Kate zaciągnęła do roboty wujka Dry? Prycham rozbawiony, schodzę na dół i dostrzegam Sky, który siedzi na ławce.
- No nareszcie! Spałeś chyba ze dwie godziny, wyglądając jak Śpiąca Królewna - uśmiecha się i odpala papierosa.
- Och, goń się. Byłem wykończony - opadam obok niego i oddycham świeżym powietrzem - Gdzie jest reszta?
- Nasi przeczesują teren, a Glover pojechał do miasta. Nie dzieje się nic ciekawego, cisza i spokój. Bosko!
- Jestem pewny, że to tylko cisza przed burzą, zanim Hove nie wpadnie na jakiś pojebany pomysł. Widziałeś Kate?
- Poradzimy sobie z tym pionkiem, nie jest dla nas żadnym zagrożeniem. Jest za słaby. A Kate poszła do parku.
- Co takiego?! - zrywam się jak poparzony i patrzę na niego z niedowierzaniem - Pozwoliłeś jej kurwa wyjść?!
- A co miałem zrobić, huh? Cóż mi do tego? Przecież nie będę jej niańczył, Brave. Niech robi sobie co tam chce.
- No chyba jednak nie - burczę pod nosem, wyjmuję telefon i próbuję się do niej dodzwonić. Nie jest to takie proste, jeden sygnał, drugi, trzeci i nic! - Ja pierdole, nie odbiera! Przecież nie może stąd wychodzić!
- Brave? - odwracam się i wpatruję się w Dry, który do nas podchodzi - Słychać Cię chyba z kilometr dalej. Co jest?
- Właśnie dowiedziałem się, że Kate poszła do parku! Przysnąłem, a kiedy się obudziłem jej już nie było.
- Spokojnie, na pewno nic jej nie jest. Przecież park jest na naszym terenie, tak? Poza tym jest dzień!
- Jakbyś nie wiedział, że na naszym terenie spacerują sobie dzieciaki z Bloods. Nie wiem, co strzeliło jej do głowy, ale doskonale wie, że nie może przekraczać murów gangu - przewracam oczami i przecieram twarz - Chodź ze mną, muszę jej poszukać - Dry przytakuje i kątem oka widzę, że Sky również podnosi tyłek i idzie z nami.

- Zaraz ją znajdziemy - Dry próbuje zachować spokój, ale ja już płonę ze złości. Do parku nie jest daleko, zaledwie trzy minuty. Rozglądam się naokoło, ale nigdzie jej nie widzę. Niech to szlag! Dlaczego mam złe przeczucia?



Kate POV:
Spaceruję po parku, oddycham świeżym powietrzem i w międzyczasie rozmawiam z mamą. Stęskniłam się.
- Wiem, mamo. Nie obawiaj się, dobrze? Naprawdę wszystko jest w porządku i nic nam nie jest. Przysięgam!
- Możliwe, jednak chciałabym, abyś wróciła do mnie, córeczko. Zaopiekowałabym się wami, on nie potrafi.
- Przede wszystkim jest ojcem mojego dziecka. Nie zapominaj, że powinien wziąć za to odpowiedzialność.

- Och, serio? Odpowiedzialność? On nie wie, co to znaczy. To zły człowiek, myślisz, że będzie umiał to zrobić?
- Wiesz, że na razie idzie mu całkiem nieźle? Poważnie! - uśmiecham się, a w mojej głowie pojawia się widok śpiącego Justina, z Jamiem na jego torsie. Nie ukrywam, ten widok był niesamowicie słodki i cholernie mnie rozczulił - Muszę dać mu czas, aby przyzwyczaił się do myśli, że mamy dziecko. Wróciłam całkiem niedawno i zrzuciłam na niego niezłą bombę. On naprawdę się stara, mamo. Chcę dać mu szansę, Jamie musi mieć ojca.
- Oczywiście, że tak! Szkoda tylko, że jesteś w tamtym miejscu. Nie może wam się stać żadna krzywda, wiesz?
- Wiem, ale niestety nic z tym nie zrobię. Teraz już nie jest tam aż tak źle, jak na początku. Justin zamienił się pokojem z kolegą, mamy o wiele więcej miejsca i jest tam tak przytulnie, jak w domu. Jamie ma nawet swoje łóżeczko, które kupił Justin. Widzę, że daje z siebie wszystko i chcę dać mu szansę. Przecież go kocham.

- To wszystko jest takie skomplikowane i popieprzone - wzdycha ciężko i wiem, że nie tego dla mnie chciała.
- Niestety. Uwierz mi, mam tego całkowitą świadomość. Może to wszystko miało się właśnie tak potoczyć?
- Możliwe. Byłaś tak daleko od domu, a on i tak Cię znalazł. Do tej pory zastanawiam się, jak to możliwe.
- To jest właśnie siła gangu. Gdziekolwiek będę, on zawsze będzie tam, gdzie ja. Nawet w cholernej dżungli.
 
- Och, serio? - mama chichocze i ja również uśmiecham się szeroko - Uważaj na siebie i małego, dobrze?
- Uważam, nie martw się. Aktualnie jestem z nim na spacerze w parku, chciałam go odrobinę dotlenić. Poza tym czuję się o wiele lepiej i nie mam zamiaru trzymać go w zamknięciu. Jest tak ciepło i przyjemnie.
- Zgadzam się, powinnaś chodzić z nim na spacery jak najczęściej. To na pewno bardzo dobrze mu zrobi.
- Właśnie taki mam zamiar, chociaż wyszłam bez wiedzy Justina. Boję się, że się na mnie zdenerwuje. 

- Nie przesadzaj, Kate. Nie możesz pozwalać, aby aż tak Cię kontrolował. Nie jesteś już dzieckiem, a matką.
- I tak z nim nie wygram. Poza tym on chce dobrze i boi się o nas. Obie wiemy, że ta dzielnica nie jest bezpieczna.
- Tak, ale jest dzień, na boga! Naprawdę myślisz, że ktoś mógłby zrobić Ci krzywdę w biały dzień! To szaleństwo!

- Nigdy nic nie wiadomo, prawda? Dlatego rozglądam się i jestem czujna. W końcu to teren gangu Justina. 
- Skoro tak, to może jednak wróć do domu, co? Nie powinnaś chodzić sama, ktoś może Cię obserwować.
- Jezu, mamo! Nie strasz mnie, okej? - zaciskam usta i odruchowo spoglądam w prawo, jak i w ledwo. Jest czysto, chociaż czuję w sercu nieprzyjemny uścisk - Masz rację, najlepiej będzie jak już wrócę. Może Justin już wstał.
- Wybacz, córeczko. Nie chciałam Cię przestraszyć, jednak wasze bezpieczeństwo jest tutaj najważniejsze.
- W porządku, mamciu. Nic się nie stało - skręcam w prawo i udaję się w drogę powrotną - No dobrze, muszę kończyć. Zadzwonię do Ciebie później - cmokam w słuchawkę, kończę połączenie i wkładam telefon do wózka. 

Mama zasiała strach w mojej głowie i dziwnie mi z tą myślą. Na szczęście dostrzegam kilka matek z dziećmi i to dodaje mi otuchy, bo nie jestem tutaj sama. Będę musiała porozmawiać z Justinem, może ktoś będzie mógł chodzić ze mną na spacery? Źle zrobiłam, ale mały naprawdę potrzebuje świeżego powietrza. Śpi smacznie i wygląda tak uroczo! Uśmiecham się, kiedy na niego patrzę. Cieszę się, że Justin ogarnął się i mimo tego, jak bardzo się bałam, iż faktycznie może nas skrzywdzić, teraz już jestem spokojna. Wiem, że przekonuje się do Jamiego. Uspokoił go w nocy, wziął go dzisiaj na ręce, a to już krok w dobrą stronę. To jego syn, musi się z tym po prostu pogodzić. Wiem, że ma dobre serce. Może i robi chore rzeczy, których nigdy nie będę w stanie zrozumieć, ale kocha mnie. Przez cały nasz związek nigdy nie zrobił mi krzywdy. Złościł się, czasami ściskał moje ramię, ale nigdy nie posunął się dalej. Traktował mnie dobrze i chronił. Wiem, że potrafi pokochać naszego maleńkiego chłopczyka. Jak tu go nie kochać? Jest taki śliczny, uroczy, słodki, a przede wszystkim niczemu winny. To my popełniliśmy błąd i powinniśmy winić tylko siebie. Jednak nie żałuję niczego, bo kocham go z całego serca! 
- Cześć - wzdrygam się na obcy głos tuż obok siebie. Podnoszę głowę i wpatruję się w chłopaka, który idzie po mojej lewej stronie. Wygląda młodo, nie dałabym mu więcej, niż dwudziestu lat i wygląda naprawdę nieźle. I może nie wpadłabym w panikę, gdyby nie czerwona koszulka i znajome na niej logo. Serce natychmiast podjeżdża mi do gardła i mocniej zaciskam dłonie na rączce wózka. Niech to szlag! - Ciekawe - uśmiecha się chytrze i zerka na mój kark. Dlaczego akurat dzisiaj musiałam upiąć te cholerne włosy?! - Więc! Kobieta Brave'a. No, no! - kiwa głową i prycha rozbawiony. Mój oddech szaleje, a przerażenie rozlewa się po moim ciele niczym fala tsunami. Przecież jestem tutaj z małym! Co, jeśli będzie chciał go skrzywdzić?! - Dlaczego nic nie mówisz, Króliczku? - co?!
- A co mam powiedzieć? - chrząkam i staram się być dzielna. Nie mogę pokazać mu mojego strachu, bo będzie źle!
- Skoro jesteś jego kobietą, to znaczy, że to jego dziecko? - spogląda na niego i zaciekawiony marszczy brwi.
- Nie, to nie jest jego dziecko. Jest tylko i wyłącznie moje - wzruszam ramionami i nadal idę przed siebie. 

- Och, to ciekawe! Trzyma Cię w gangu mimo tego, że puściłaś się z innym i urodziłaś nie jego dziecko?! 
- To chyba nie jest Twoja sprawa, nie uważasz? Nie znam Cię i nie będę opowiadać Ci historii mojego życia. 
- Jesteś cwana, ale nie ze mną takie numery. Brave natychmiast wpakowałaby Ci kulkę, gdybyś go zdradziła.
- Widocznie kocha mnie i wcale nie chce tego robić - burczę pod nosem i nagle rozlega się dzwonek mojego telefonu, Wyjmuję go z wózka i gapię się w wyświetlacz - Cześć, Skarbie! Co porabiasz? Wstałeś już?
- Tak i dowiaduję się, że polazłaś do parku! Gdzie Ty jesteś, dziewczyno! Wszędzie Cię szukam. Oszalałaś?
- Spokojnie, nie denerwuj się. Właśnie jestem przy fontannie, możesz tutaj przyjść? - tak, błagam, przyjdź!

- Nie ruszaj się stamtąd, jestem za minutę. Poważnie, kiedyś doprowadzisz mnie do pieprznego zawału!
- Wiem - chichoczę i kończę połączenie. Czuję na sobie spojrzenie tego chłopaka - Czemu tak się gapisz, huh?

- Bo jesteś bardzo ładna - mruga okiem, a ja wzdycham ciężko - Co się stało? Czyżby Brave się wkurzył?
- Nie Twój biznes! Denerwujesz mnie, wiesz? Po co właściwie ze mną rozmawiasz, co? Chcesz czegoś?

- Nie, chciałem tylko pogadać, skoro już Cię spotkałem - delikatnie chwyta moje ramię i zatrzymujemy się. Przybliża się, unosi dłoń i odgarnia kosmyk moich włosów, który spadł mi na twarz - Jesteś naprawdę śliczna, wiesz? Brave ma ogromne szczęście - stoję jak wmurowana, ale zaskoczył mnie jego nagły ruch - Macie dziecko, to jest wręcz niewiarygodne. Dlaczego Cię nie zabił? Przecież mają surowe zasady, jeśli chodzi o ten temat.
- M-mówiłam Ci już, że to nie jest dziecko Justina - jąkam się i gapię wprost w jego ciemne oczy. Boję się go.
- Z pewnością - oblizuje usta i spogląda wprost na moje. Boże, jest zbyt blisko! - Ciekawe, co powie na to wszystko Hove. 
Jak sama wiesz, między naszymi gangami toczy się mała wojna. Wiem, że to nie Twój świat, ale jesteś kobietą lidera 18-tki. Wpadłaś w sam środek tego piekła, maleńka. Jest mi z tego powodu niezmiernie przykro.
- Przestań udawać, bo wcale tak nie jest - złoszczę się i robię krok w tył. Dzięki temu jestem nieco dalej i nabieram pewności siebie - Ani ja, ani moje dziecko nie mamy z tym nic wspólnego. Nie wplątuj nas w to, rozumiesz?
- Nie martw się, wcale nie chcemy zrobić Ci krzywdy. Nasze dzisiejsze spotkanie to tylko kwestia upewnienia się.

- Kate!! - wzdrygam się, kiedy dociera do mnie ostry jak brzytwa głos Justina. Podchodzi do nas razem z Dry i Sky. Zwija dłonie w pięści, płonie ze złości i wręcz morduje chłopaka spojrzeniem - Co się tutaj do kurwy nędzy dzieje?
- Spokojnie, stary! - chłopak odsuwa się i wystawia ręce w geście obronnym - Tylko rozmawiamy, wyluzuj.
- To ciekawe, co mówisz. Niby o czym miałbyś rozmawiać z dziewczyną, której w ogóle nie znasz? Interesujące!
- Tak się składa, że odrobinkę znam. Obserwowałem Cię od bardzo dawna, ją także - co takiego? Kiedy?! 
- Nie waż się jej tknąć nawet małym palcem, rozumiesz mnie? - przysuwa się do niego, a ich twarze dzielą dosłownie milimetry - Jeśli to zrobisz, rozpierdolę Cię jednym ciosem, chłopczyku! Uważaj na to, co robisz.
- Och, wiem! Znam Twoje możliwości - mruga rozbawiony i odsuwa się - Zostałeś ojcem, moje gratulacje.
- Zejdź mi z drogi, zanim zdecyduję się wpakować w Ciebie kulkę. Wiesz, że nawet się nie zawaham, prawda?
- Jasne, mam tego pełną świadomość - chowa dłonie do kieszeni spodni i wygląda na całkowicie wyluzowanego. Zazdroszczę! - No dobrze, na mnie już czas. Nie martw się, nie dotknę jej. Na razie, Kate! - salutuje i odchodzi.

Justin gwałtownie odwraca się w moją stronę i posyła mi mordercze spojrzenie. Kręci głową, układa dłoń na moich plecach i popycha delikatnie. Wracamy do domu i boję się, czy coś głupiego nie strzeli mu do głowy. Wiem, że jest na mnie wściekły i teraz żałuję, że wyszłam poza mury. Chciałam dobrze, ale wyszło jak zawsze.

Na miejsce docieramy po pięciu minutach. Zdecydowanie szybciej niżbym tego chciała. Całą drogę przebyliśmy w milczeniu i żadne z naszej czwórki nie wypowiedziało nawet słowa. To oznacza tylko jedno - pieprzone kłopoty!
- Dry, zaopiekuj się małym, okej? - spogląda na niego, kiedy wchodzimy na teren gangu - To zajmie chwilę.
- Czyś Ty zwariował, Brave? Nie umiem, tak? Chcesz, żebym dostał zawału? Jestem za młody, żeby umrzeć!
- Nie panikuj. Słyszałem, że awansowałeś na wujka - mruga zadziornie, A Dry przewraca oczami - Spisz się na medal, wujku. Śpi, więc po prostu miej na niego oko. Ja muszę rozmówić się z moją dziewczyną - o, cholercia! Chwyta mnie za rękę, wchodzimy do środka i idziemy do naszego pokoju. Trzaska drzwiami, spogląda na mnie i zakłada ręce na piersiach
 - Dlaczego wyszłaś z domu? - zaczyna surowo i czuję, że nie będzie miło - Odpowiesz?
- Przepraszam. Spałeś, a pogoda jest taka piękna. Chciałam, aby mały się dotlenił, to chyba nic złego, prawda?
- Nie, ale możesz spacerować po naszym terenie, tak? Jest tutaj mnóstwo miejsca, Kate? Nie wystarczy Ci?

- Wystarczy, jednak park to park. Śpiewają ptaki, jest cisza i spokój. Nie mam zamiaru trzymać dziecka w domu.
- Wcale nie każę Ci tego robić. Jednak wiesz, że nie masz prawa wychodzić poza mury, tak? Tylko tutaj jesteście bezpieczni - jego głos brzmi bardzo ostro i doskonale wiem, że stara się pohamować złość - Kate?
- Rozumiem, naprawdę - odpowiadam cicho i wreszcie podnoszę głowę - A może będziesz chodził ze mną, hmm?
- Nie! - jezu! Wrzeszczy, aż podskakuję - Nie możesz opuszczać tego terenu! Nie widzisz, co się dzieje? 
Dzisiaj mogło być źle, dociera to do Ciebie?! Mógł Cię skrzywdzić, albo nasze dziecko! Jakim cudem chciałaś się obronić, huh?! Kurwa, Kotku! Pomyśl czasami, zanim coś zrobisz! Ze wszystkich sił staram się was chronić!
- Nie krzycz, proszę - wzdycham ciężko i przeczesuję włosy. Jestem zmęczona - Rozumiem swój błąd, tak?

- Właśnie taką mam nadzieję. Naprawdę muszę Cię niańczyć? Nie mam do tego głowy, mam swoje obowiązki. Ale jeśli nie masz zamiaru mnie słuchać, przydzielę do tego jednego z moich chłopców. Będzie za Tobą łaził.
- Nie musisz, nie potrzebuję niańki, Justin. Jestem dorosła, nie zapominaj o tym i traktuj mnie poważnie, jasne?
- Och, serio? - unosi brew i prycha rozbawiony. Co go tak bawi, do cholery! - Jesteś jeszcze dzieckiem, Kochanie.

- Przestań! Nienawidzę, kiedy tak mnie traktujesz! Już dawno nie jestem dzieckiem, jestem matką Twojego syna!
- Wiem - odpowiada spokojnie, podchodzi do mnie i przytula do siebie - I mimo tego, że urodziłaś go całkiem niedawno, jesteś cholernie seksowna, maleńka - pochyla się, przygryza moją wargę i pociąga za nią delikatnie - Mmm, tęskniłem za tym, wiesz? - wślizguje język do środka, przenosi dłonie na moją pupę i dociska mnie do siebie jeszcze mocniej. Pocałunek jest mocny, zmysłowy i namiętny. Jednak wiem, że nie możemy posunąć się dalej. Przecież zaledwie tydzień temu urodziłam dziecko! Muszę całkowicie dojść do siebie - Pragnę Cię, Kotku.
- J-Justin - jąkam się, kiedy pieści moją szyję. Wsuwa palce w moje włosy, mocniej ściska i cichy jęk opuszcza jego usta - Kochanie, nie rozpędzaj się. Nie możemy - gwałtownie odchyla się ode mnie i marszczy czoło zaskoczony.
- Nie możemy? Niby dlaczego, hmm? Nie masz ochoty? - on pyta poważnie?! - Chyba, że jest jakiś inny powód?
- Jesteś taki uroczy - uśmiecham się, przykładam dłonie do jego policzków i cmokam go w czubek nosa - Nie zapominaj, że urodziłam dziecko. Mam ranę, poza tym dochodzę do siebie po porodzie. To zajmie dobry miesiąc.

- Co takiego?! - oburza się, unosi mnie i ostrożnie układa na łóżku. Układa się na mnie, ale podpiera się na przedramionach, dzięki czemu nie dotyka mojego brzucha - Mówisz serio, czy tylko sobie ze mnie żartujesz?
- Oczywiście, że mówię serio. Jak mogłabym żartować z czegoś takiego, hmm? Muszę dojść do siebie, Skarbie.
- Ja pierdole, jak mam wytrzymać? Wróciłaś do mnie, tak bardzo tęskniłem! Chyba sfiksuję przez miesiąc! 
- Jakoś dawałeś radę przez pół roku - mrugam okiem, a wyraz jego twarzy natychmiast się zmienia. Zaciska usta, marszczy brwi i chrząka niezręcznie. Gapię się na niego i jak na zawołanie dociera do mnie to, co jest oczywiste! Przecież jest facetem, naprawdę wytrzymałby sześć miesięcy bez seksu?! - Justin... czy Ty... miałeś kogoś innego? - kiedy zadaję to pytanie, schyla głowę i wszystko jest już jasne. Zrobił to, spał z inną.