piątek, 18 grudnia 2015

Rozdział 24 - epilog

Mija rok, w którym przeżyliśmy chwile piękne, ale również pełne strachu i zagrożenia. Kiedy zaczęłam wierzyć w to, iż nareszcie wszystko uspokoi się i ułoży, zawsze nadchodziło wielkie BUM i działo się coś, co cholernie mnie zaskakiwało. Albo była to kolejna, niebezpieczna akcja albo ludzie z Bloods wchodzili na niewłaściwy teren i znowu robiła się zadyma. Jednak tak wyglądało życie w gangu i choćbym bardzo chciała, nic nie mogłam na to poradzić. Justin chronił nas, strzegł jak oka w głowie i po wydarzeniu ze Sky, nikt nie dotknął nas nawet małym palcem. Był świetnym partnerem, liderem. Ufałam mu i wierzyłam, że nie pozwoli, aby ktokolwiek zrobił nam krzywdę. Kochałam go każdego dnia coraz mocniej i czułam, jak bardzo on kocha mnie. Troszczył się, opiekował, wspierał i pomagał. Mimo tego, jak bardzo niebezpieczne miał zajęcie zawsze wszystko było pod jego kontrolą. Świetnie radził sobie razem z Gloverem, Dry i Cleverem, który zastąpił nieobecność Sky. Nigdy więcej nie zobaczyłam tego ostatniego, ale z tego akurat bardzo się cieszyłam. Odkąd tylko pamiętam, przerażał mnie do szpiku kości i nienawidził. Dobrze się stało, że Justin wysłał go daleko stąd, bo dzięki temu czułam spokój. 

Mój chłopak podjął też poważną decyzję i niedługo po wydarzeniach ze Sky, przenieśliśmy się do innego budynku. Oczywiście był on na terenie całego gangu, ale mieliśmy swoje własne miejsce. Czułam się tutaj dobrze, bezpiecznie i przyzwyczaiłam się do takiego życia. Oswoiłam się również z tak dużą ilością chłopców i zaprzyjaźniłam z Rosalie. Była naprawdę świetna i bardzo ją polubiłam. Pomagała mi niesamowicie! Szczególnie wtedy, kiedy chodziłam do szkoły i nie mogłam zająć się Jamiem. Justin czuwał nad nim, ale czasami musiał wyjść i to Rosalie przejmowała pałeczkę. Uwielbiała małego i wiedziałam, że jest z nią całkowicie bezpieczny. Justin nigdy nie powierzyłby własnego dziecka komuś, komu nie ufał.


- Kochanie? Jesteś gotowa? - głos Justina roznosi się po salonie i odwracam głowę w jego stronę - Jezu! Wyglądasz prześlicznie, Kate - porusza zabawnie brwiami, podchodzi i przytula się do mnie od tyłu. Całuje w ramię i mruczy do mojego ucha - Jesteś cholernie seksowną mamuśką, wiesz? - przewracam oczami i zakładam długi kolczyk.
- Chcesz czegoś ode mnie, skoro jesteś taki milusi? - mrugam do niego w lustrze i oblizuję usta.

- Rób tak dalej, a zapewniam Cię, że na pewno stąd dzisiaj nie wyjdziemy - sunie nosem po mojej szyi, przygryza ją i odpycham go pupą od siebie - Mmm... może jednak darujemy sobie ten wypad, co Ty na to?
- Wypad? Justin! Jedziemy do mojej mamy, dzisiaj jest wigilia! Nie marudź, tylko się szykuj.
- Pamiętaj, że robię to tylko dla Ciebie - burczy pod nosem i odwraca mnie przodem do siebie. Zaciskam usta, ale po raz pierwszy widzę go pod krawatem, w białej koszuli i eleganckich spodniach - Nabijasz się ze mnie, Kotku?

- Ja? Skąd - zawiązuję mu krawat, ale idzie mi to bardzo sprawnie - Raczej podziwiam, ponieważ wyglądasz niesamowicie gorąco - już widzę, jak zaciska szczękę i układa dłonie na mojej pupie. Dociska mnie do siebie i kręci głową - Bądź grzeczny, zaraz skończę - skupiam uwagę na swojej pracy i dobiega nas słodkie gaworzenie Jamiego.
- Mały jest gotowy? - przytakuję, a Justin odwraca głowę w jego stronę. Uśmiecha się uroczo i pokazuje mu śmieszne miny - Ależ z niego przystojniak! Jest wystrojony jakby miał iść na mega podryw!
- Justin! - uderzam go w pierś i posyłam zdegustowane spojrzenie - Jesteś tatą, zachowuj się.

- T-tata! - zamieram, a serce podchodzi mi do gardła! Cholera... jestem zaskoczona i uchylam usta.
- Słyszałaś to? - Justin szepcze cicho i gapi się na mnie. Kiwam głową, ale to było jego pierwsze słowo. Pierwsze! - Mój maleńki chłopczyk, nie wierzę! - Justin zrywa się z miejsca, podchodzi do kojca i porywa Jamiego w ramiona. Przytula do siebie, głaszcze po główce i całuje w czoło - Powiedział tata! Niesamowite! - uśmiecha się szeroko i nie wierzę, że nie powiedział mama! Helloł! Przecież spędzałam z nim każdą chwilę, a on wybrał ojca?! 

- Och, Jamie - podchodzę do nich, prycham pod nosem i spoglądam na maluszka.
- To było jego pierwsze słowo - Justin spogląda na mnie i soczyście całuje mnie w usta - Nasz syneczek zaczyna mówić, nareszcie! - podrzuca do delikatnie, a mały piszczy radośnie - Zaledwie miesiąc wcześniej zrobił pierwszy krok, a teraz powiedział "tata"! Jestem dumny! - okręca się dookoła, ale Jamiemu podoba się taka zabawa.
- Powinieneś być, wiesz? - mrugam do niego, podnoszę sweterek i ubieram Jamiego.

- Chyba nie jesteś zła, Kochanie? - marszczy czoło i uważnie wpatruje się w moje oczy - Kate?
- Oczywiście, że nie! Jak mogłabym być zła? To pierwsze słowo naszego syna, tak? Jesteś jego tatą, Justin.

- Nie wierzę, że ma już rok - stawia go na nóżki, a Jamie natychmiast chwyta jego palec i rusza przed siebie - Ej! On już chyba chce iść do babci. Jedziemy? Spóźnimy się, a chyba nie wypada. Prawda?
- No proszę, na starość zrobiłeś się punktualny - posyłam mu cwany uśmieszek i mrugam zadziornie.

U mojej mamy meldujemy się kilka minut przed osiemnastą. Jamie piszczy radośnie, kiedy tylko widzi babcie i wystawia rączki, aby wzięła go na ręce. Uwielbia moją mamę i jest do niej bardzo przywiązany. Staram się jak najczęściej ją odwiedzać, ale Justin chętnie nam towarzyszył. Zmienił się i podejście do mojej mamy również. Nie mogę powiedzieć, że kochają się niesamowicie, ale nie ma między nimi spięć i nienawiści. Wreszcie normalnie ze sobą rozmawiają i nie kłócą. Cieszą mnie te spotkania, bo jest po prostu dobrze i się dogadują.

- Nareszcie jesteście, Sophia nie mogła się doczekać - Richard odbiera ode mnie torbę dla Jamiego i płaszczyk. Byłam zaskoczona, kiedy mama oświadczyła mi któregoś dnia, iż poznała pewnego mężczyznę. Nie spodziewałam się tego, ale ogromnie cieszyłam! Mama potrzebowała mieć kogoś obok siebie i kiedy tylko poznałam Richarda wiedziałam, że to jest to! Sympatyczny, pogodny, ze świetnym poczuciem humoru i... dziesięcioletnią córeczką z poprzedniego związku. Caroline była zwariowana i nadpobudliwa, ale cholernie urocza. Za każdym razem bawiła się z Jamiem i opiekowała się nim jak starsza siostra, którą teraz poniekąd była. Moja mama została mamą ponownie i nie miało znaczenia to, iż nie była jej biologiczną mamą. Najważniejsze było to, że cała trójka była szczęśliwa - Justin, miło Cię widzieć - wita się z moim chłopakiem męskim uściskiem dłoni - Czego się napijesz? Piwo, wino, nalewka własnej roboty? - oho, zaczyna się! Tak się za każdym razem.
- Kochanie, może poczekaj z tym, hmm? Najpierw wigilia, tak? - mama karci go i kręci głową.
- Nie martw się, po wigilii na pewno spróbuję Twojej nalewki. Na pewno jest pierwsza klasa! - Justin klepie go po plecach, ale zadziwia mnie to, jak świetny mają ze sobą kontakt - Chodź, Skarbie - wystawia dłoń, podchodzę do niego i mocno przyciąga mnie do siebie. Czule całuje w usta i wszyscy razem siadamy przy stole.

Po kolacji wręczamy sobie prezenty. Dostaję cudowną bransoletkę od mamy i karnet na siłownię od Richarda! Tak! Zamierzałam wybrać się po nowym roku i trochę nad sobą popracować, z pewnością mama szepnęła mu o tym kilka słów. Jednak kiedy nadchodzi kolej Justina, podaje mi małe pudełeczko owinięte w czerwony papier z uroczą, białą kokardą. Uśmiecham się, rozwiązuję i delikatnie odchylam wieczko. Kiedy tylko widzę zawartość... zamieram! Dosłownie! Wstrzymuję oddech, przykładam dłoń do ust i nie wierzę w to, co widzę! To niemożliwe! 
- Tak, więc... - chrząka i nerwowo drapie się w kark - Zapewne się tego nie spodziewałaś, ale ja też. Ten pomysł wpadł mi do głowy zaledwie kilka dni temu - gapię się na niego zszokowana i uchylam usta! Boże! - Wiele wydarzyło się przez ten rok i zrobiłbym wszystko, aby żadna z tych rzeczy nie miała miejsca. Niestety... nie posiadam takich mocy, ale przysięgam, że zrobię wszystko co będę mógł, aby chronić Ciebie i naszego syneczka, Kate - wbijam zęby w wargę, ale zaraz rozbeczę się jak małe dziecko! - Nie wiem czy nadaję się do takich rzeczy, sama wiesz, że nie jestem tego typu człowiekiem. Mimo wszystko, jesteś kobietą mojego życia, kocham Cię z całego serca i chcę spędzić z Tobą resztę swojego życia - czuję łzy na policzkach, ale tak bardzo mnie zaskoczył! To piękne słowa - Zostaniesz moją żoną? - odbiera ode mnie pudełeczko, wyjmuje pierścionek, klęka na kolano i czeka na moją odpowiedź. Wpatruję się w jego piękną twarz i wiem, że chcę z nim być już zawsze!
- T-tak - jąkam, ale rozklejam się na dobre. Justin wsuwa pierścionek na mój palec, całuje moją dłoń i porywa mnie w swoje ramiona. Tuli do siebie, a mama razem z Richardem i Caroline klaszczą głośno. Jamie piszczy i kiedy odklejam się od Justina, podchodzi do nas niepewnie. Wystawia rączki i natychmiast biorę go w ramiona.

Kilkanaście dni później jedziemy na lotnisko. Jestem niesamowicie szczęśliwa, ale właśnie czekamy na przylot Alexa! Wciąż nie mogę uwierzyć, że Justin pozwolił mi się z nim spotkać. Jednak jestem mu bardzo wdzięczna, bo tęsknię za moim przyjacielem. Miałam z nim kontakt przez ten rok, ale walczyłam o to i postawiłam na swoim. Justin nie mógł mnie aż tak ograniczać i wreszcie to zrozumiał. Odnowiłam kontakt z Alice i dzięki temu wszystko wróciło do normy. Teraz jednak nie mogłam się już doczekać i nerwowo rozglądam się dookoła.

- Kotku, uspokój się - Justin przewraca oczami i kręci głową - Zaraz padniesz z tych nerwów. Mam być zazdrosny, skoro tak bardzo czekasz na Alexa? - unosi brew do góry i posyła mi poważne spojrzenie. Ups!
- Oczywiście, że nie! Po prostu... nie widziałam go tak długo i nie ukrywam, ale trochę się tym denerwuję. Nic więcej - uśmiecham się niepewnie i poprawiam czapeczkę, która opadła Jamiemu na oczka.
- No ja myślę, Kate. Mam nadzieję, że nie będę żałował waszego spotkania.
- Daj spokój, Skarbie. Alex jest tylko moim przyjacielem i dobrze o tym wiesz. To Ciebie kocham.

- Właśnie to chciałem usłyszeć - porusza zabawnie brwiami i szczerzy się szeroko.
- Jesteś nieznośny - burczę pod nosem i przewracam oczami - Poza tym chyba zapomniałeś, że Alex ma dziewczynę. Jest zakochany i szczęśliwy - byłam tym faktem zaskoczona, ale cieszyłam się, że mój przyjaciel ułożył sobie życie. Właśnie tego dla niego chciałam, ponieważ był wspaniałym człowiekiem.

Nagle drzwi rozsuwają się i przechodzi przez nie mój przyjaciel. Boże! Moje serce się zatrzymuje i łzy cisną mi się do oczu. Wspomnienia uderzają w moją głowę i mimo wszystko czuję ciepło na policzkach. Tak wiele mu zawdzięczam, bo zaopiekował się mną i wspierał przez te ciężkie dla mnie chwile. Widzę jego szeroki, czuły uśmiech i rzucam się w jego stronę. Rozchyla ramiona, tuli mnie do siebie i głaszcze po plecach.
- Cześć, maleńka - szepcze cicho i przytula mnie mocno - Jak dobrze Cię widzieć - odkleja mnie od siebie i uważnie wpatruje się w moją twarz - Zmieniłaś się, wiesz? Wyglądasz jeszcze piękniej, niż ostatnim razem.
- Ty też się zmieniłeś - uśmiecham się jak wariatka, ale jest niesamowicie przystojny! - Chodź, przedstawię Cię - mrugam do niego, podchodzimy do Justina, który wpatruje się w nas z zaciekawieniem - To mój narzeczony.
- Miło Cię poznać - wystawia dłoń, a Justin ściska ją i uśmiecha się przyjaźnie.
- Ciebie również... Kate dużo o Tobie opowiadała. Cieszę się, że ponownie możecie się zobaczyć.
- Tak, to niesamowite - spogląda na mnie i kręci głową - Więc? To jest nasz mały przystojniak, tak? - spogląda na Jamiego, który marszczy brewki i wpatruje się w Alexa. Cmoka smoczek i nie spuszcza z niego wzroku - Hej, maluszku. Pewnie mnie nie pamiętasz, co? - Alex grucha do niego i dotyka jego małej rączki. Jednak Jamie wcale nie zabiera jej, wręcz przeciwnie, uśmiecha się i smoczek wypada z jego usteczek. Justin chwyta go w ostatniej chwili - Jest już taki duży. Przecież niedawno był tak maleńki, jak to możliwe?

- Minął rok, Alex - chichoczę radośnie, ale rozczula mnie ten widok - Jedziemy do domu?
- Tak, Skarbie... jedziemy - Justin chwyta mnie za rękę, opuszczamy lotnisko i po chwili wsiadamy do auta.
Ciszę się, że Alex spędzi u nas kilka dni. Wreszcie będziemy mogli nadrobić stracony czas, porozmawiać. Mimo wszystko, Justin zrobił mi niesamowitą niespodziankę, czego kompletnie się nie spodziewałam. Jednak mój narzeczony bardzo się zmienił i kochałam go z dnia na dzień coraz mocniej. Nasze życie wreszcie zaczęło się układać i miałam nadzieję, że zawsze tak pozostanie...





K  O  N  I  E  C






**************************************************
Hello!
Cóż... przyszedł moment, iż muszę pożegnać się po raz kolejny :)
Napisałam to opowiadanie pod wpływem chwili, natchnienia. Nie jest długie, ale chyba nie o długość tutaj chodzi, prawda? Jednak cieszę się, że udało mi się je napisać. Jest nieco inne od moich poprzednich, ale kończy się dobrze. Chyba nie lubicie złych zakończeń, bo przy "As Long As You Love Me" miałam MEGA bunt, haha :P


Dziękuję każdemu, kto poświęcił czas, aby przeczytać moje wypociny.
Dziękuję również tym, którzy poświęcili kilka minut i zostawili po sobie ślad.

Dziękuję za to, że wciąż ze mną jesteście i nie macie mnie jeszcze dość.

Jesteście niesamowite! ♥


Teraz zostajemy już tylko przy "You Are My Desitny" :)


Kocham 

Dziękuję

Ściskam! 


Kasia.
♥♥♥



piątek, 11 grudnia 2015

Rozdział 23


Brave POV:

- Pieprzony dupek! Nienawidzę, kiedy nie wykonuje moich poleceń! Co on sobie wyobraża, do cholery?!
- Uspokój się, Brave! Na pewno zaraz sobie wszystko wyjaśnimy, poniesie za to odpowiednią karę.
- Właśnie taką mam nadzieję. Nie po to planuję całą akcję, żeby wszystko kurwa psuł.
- Wiesz, jaki jest Sky. Jednak dzisiaj rozczarował również mnie, nie wiem, co się z nim dzieje.
- Mam to w dupie! Od pewnego czasu zachowuje się jak rozkapryszony dzieciak, któremu zabrano zabawkę.
- Ja się z Tobą zgadzam, stary - Dry prycha rozbawiony - Nic mu nie pasuje, chodzi wciąż naburmuszony.
- Więc wychodzi na to, że czeka nas poważna rozmowa - Glover wzdycha ciężko i kręci głową.
- Najwyższa pora, mam dość tego gnojka - burczę wkurzony i wysiadam z samochodu. Wchodzę do środka i w oczy natychmiast rzuca mi się Sky, jak i reszta chłopców. Siedzi na kanapie, ma spuszczoną głowę i opatrunek na ramieniu. Mam ochotę udusić go własnymi rękami! - Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny - podchodzę, siadam naprzeciwko i zakładam ręce za głową - Prawie wszystko zjebałeś. Jesteś zadowolony?
- Och, daj spokój. Jestem pewny, że daliście sobie świetnie radę i koleś nie żyje.
- Oczywiście, że nie żyje! Ale jeśli jeszcze raz odpierdolisz taki numer... nie ręczę za siebie, Sky!
- To nie moja wina, że mnie nie osłoniłeś! Gdzie Ty miałeś oczy, Brave?! Co z osłanianiem siebie nawzajem?
- Nic? To nadal obowiązuje, tylko z małym faktem... to nie ja miałem Cię kurwa osłaniać, tylko Clever! Doskonale o tym wiedziałeś, więc jakim prawem masz do mnie jakiekolwiek pretensje, huh?! Planuję akcję od początku do końca, próbuję przewidzieć wszystko! A Ty nagle wyskakujesz na środek i chcesz zgrywać bohatera?! Co jest z kurwa z Tobą nie tak?! - dyszę ciężko, ale jeszcze moment a wyjdę z siebie i stanę obok!
- Brave - słyszę głos Ruthless'a i przekręcam głowę w jego stronę. Marszczę czoło i czekam na to, co ma mi do powiedzenia - To nie jest teraz ważne - co takiego?! - Stało się coś innego i musisz o tym wiedzieć - gapię się na niego, ale mam złe przeczucia - Sky był wkurwiony, kiedy wrócił. Kate była na dole, chciała opatrzyć jego ranę.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - przekrzywiam głowę i złość na nowo rozlewa się po moim ciele.
- Sky wypuścił ją na zewnątrz, przystawił jej pistolet do głowy i zabronił nam iść jej szukać - prawie kurwa nie oddycham, kiedy kończy mówić - Minęło od tego czasu sporo godzin. Musisz działać, stary.
- Czy Ty mówisz poważnie? - sam siebie ledwo słyszę. Atmosfera w pomieszczeniu natychmiast gęstnieje i spoglądam na Sky. Siedzi wyluzowany i wygląda tak, jakby miał wszystko w dupie. Zrywam się na równe nogi, stawiam go i zadaję cios. Zgina się w pół, ale nie przestaję. Macham ręką i zadaję cios za ciosem. Nie hamuję się, ani żaden z chłopców mnie nie powstrzymuje... nawet Glover. Moje serce właśnie rozpieprza się na kawałki i czuję łzy pod powiekami - Ty śmieciu!! Jak mogłeś to zrobić?! - wrzeszczę, ile mam tylko sił w płucach - Zabiję Cię, rozumiesz to?! - chwytam go za szyję i patrzę mu w oczy. Ledwo widzi, cholernie zmasakrowałem mu twarz - Jeśli spadnie jej włos z głowy... zapłacisz mi za to. Nie drgnie mi powieka, chociaż jesteś moim przyjacielem.
- Brave, chodźmy - słyszę głos Glovera i podnoszę się na równe nogi - Ile minęło odkąd wyszła?
- Prawie pięć godzin - niech to szlag! - Jest jeszcze coś... zabrała ze sobą Jamiego.
- Co takiego?! - uchylam usta w szoku, a Ruthless spogląda wymownie na Sky! To jego wina! Naraził moją dziewczynę, oraz syna na potworne niebezpieczeństwo! - Przywiąż go do krzesła. Jak wrócę, zajmę się nim.

Zbieram wszystkich chłopców i całą dwudziestką przeczesujemy okolicę. Rozglądam się na wszystkie strony, krzyczę, ale odpowiada mi cisza. Jestem przerażony i cholernie boję się, że mogłem się spóźnić. Szarpię za włosy, ale nigdzie jej nie ma! Tak po prostu wypuścił ją z gangu, bez telefonu, pieniędzy na dodatek z noworodkiem?! Kurwa! Czy on jest poważny?! Czy dociera do niego to, co zrobił? Przecież nie miał do tego pieprzonego prawa, Kate jest pod ochroną i Sky to wiedział. Mimo to, posunął się dalej. Wiem, że złość go do tego popchnęła. Dzisiaj prawie skazał całą akcję na niepowodzenie, przez swój idiotyczny pomysł odwrócenia uwagi. To ja kieruję akcją i nie miał prawa tego zrobić! Zapłaci mi za wszystko! Nie wierzę, że posunął się do czegoś takiego. Znam go prawie pięć lat, ale czegoś takiego się po nim nie spodziewałem. Kate nie była winna, Jamie tym bardziej. Jest zimno, a ona być może wałęsa się po dzielnicy, gdzie wciąż trwa wojna. Jeśli tylko dorwie ją ktoś z Bloods, moje nadzieje szlag trafi. Nie podarują jej życia, nigdy tego nie robią. To nie zabawa w piaskownicy, to twarde reguły. Nikt nie okazuje sobie litości, każdy walczy o swoje. Jednak moja dziewczyna jest ponad tym, a ja jej nie ochroniłem. Zostawiłem ją pod opieką zaufanych ludzi i było dobrze, dopóki nie wrócił Sky.
- Powinniśmy przejść jeszcze pod supermarket i alejkę - słyszę głos Glovera, ale ledwo do mnie dociera.
- Chodźmy. To chyba nasza jedyna szansa, nie mam pojęcia gdzie może być.
- Znajdziemy ją, nie martw się - czy on właśnie próbuje mnie pocieszyć? Glover?
- Jeśli dopadł ją ktoś z Bloods wiesz, że to koniec wszystkiego? Będą chcieli zemsty.
- Wiem. Ale miejmy nadzieję, że nikt jej nie złapał. Kate jest odważna, mądra. Dała radę, Brave.
- Kurwa! Na dodatek ma ze sobą małego... jak Sky mógł na to wpaść?! Gdzie on ma mózg?!
- Nie wiem, stary. Ale musi ponieść za to odpowiedzialność, posunął się za daleko. 
- Wiesz, że wpakuję mu kulkę w łeb? - spoglądam na niego, ale przytakuje głową - Zrobię to i kurwa nawet się nie zawaham! Zrobił coś, co rozpieprzyło moje serce. Nie podaruję mu tego, bo ostrzegałem go tak wiele razy! Nie miał prawa dotknąć jej nawet palcem! - zaciskam usta, ale mam ochotę wybuchnąć płaczem - Boję się o nią.
- Będziemy szukać dotąd, aż ją znajdziemy. Wierzę, że gdzieś tutaj jest... sam się przekonasz.
- Zadziwiasz mnie, wiesz? Nigdy bym się czegoś takiego po Tobie nie spodziewał. Dzięki, stary.
- Jesteś moją prawą ręką, bratem... cokolwiek się nie stanie, zawsze będę po Twojej stronie.

Dochodzi piąta rano, a my wciąż jesteśmy w dzielnicy. Rozdzieliliśmy się, ale bez rezultatu. Chyba nawet straciłem nadzieję, że jeszcze ją znajdziemy. Zajrzeliśmy do każdego miejsca w tej norze i nic. Siadam na ławce, chowam głowę w dłoniach i wiem, że to koniec. Sky zniszczył wszystko, całe moje życie! Kate na pewno trafiła w ręce któregoś ze szczeniaków z Bloods, który zaprowadził ją do Hove'a. To kwestia czasu, a odezwie się do mnie i zażąda spotkania. Chrzanię to, bo nie martwię się o siebie. Zrobię dla niej wszystko, tak samo jak dla mojego dziecka. Jednak doskonale wiem, że ani ja, ani Kate, ani Jamie... nie wyjdziemy cało z tej sytuacji. Nie ocalę ich, ponieważ Hove nie podaruje jej życia. Pójdę tam i zginiemy we trójkę. Może tak będzie lepiej? Przynajmniej będziemy razem w innym życiu. Prycham... naprawdę na to liczę? Przecież będę smażył się w piekle za to, czym się zajmuję. Moja dziewczyna jest czysta, niewinna, dobra. Zasługuje na kogoś lepszego.
- Słyszałeś to? - Glover sprowadza mnie na ziemię i podnoszę głowę. Gapię się na niego, ale on uważnie nasłuchuje - To płacz dziecka - co?! Zrywam się na równe nogi, ale sam nie wiem, w którą stronę iść. Jednak im dłużej czekamy, tym płacz się nasila. To Jamie, poznam ten dźwięk wszędzie! - Prawa strona! Go, go, go!
- Niech to szlag! - rzucamy się biegiem i migiem docieramy w ciemną uliczkę. Płacz jest słyszalny coraz głośniej i wiem, że jesteśmy blisko - To Jamie, jestem pewny! - w moje serce wkrada się iskierka nadziei, że jednak są cali i zdrowi. Dyszę ciężko, przytulam plecy do ściany i na mój znak, wychylamy się zza ściany. Widzę Kate, oraz dwóch chłopców. Jeden przyciska jej szczupłe ciało do ściany, a drugi trzyma mojego syna. Złość strzela w moje ciało i mam ochotę rozpieprzyć go w tym momencie. Muszę się powstrzymać, ma moje dziecko! - Trzeba rozproszyć ich uwagę - szepczę cicho, ale nie spuszczam z nich wzroku. Nagle chłopak podaje małego Kate, a ona mocno tuli go do siebie i uspokaja - To nasza szansa, stary! Teraz, albo nigdy! - mówię cicho, ale oni już się ruszają i idą w stronę czarnego samochodu - Nie mogą jej zabrać! - wychodzę zza ściany, wyjmuję pistolet i celuję prosto w jego głowę. Jest dość ciemno, ale miałem piątkę ze strzelnicy. Trafiam idealnie, chłopak upada na ziemię, a drugi nawet nie orientuje się w sytuacji. Mój tłumik nawet nie narobił hałasu, uwielbiam go! Kate gwałtownie przekręca głowę i widzę szok na jej ślicznej buzi. Przykładam palce do ust, przytakuje głową i celuję w drugiego chłopaka. Idzie pewny siebie i kiedy odwraca się w naszą stronę, pociągam za spust. Nawet nie mruga, a już leży na betonie. Podbiegam do Kate i mocno tulę ją do siebie. Jestem ostrożny, bo między nami jest Jamie, który nieco się uspokoił - Kotku, jesteś cała? - odchylam ją od siebie, ale zaciska oczy i szlocha. Trzęsie się cała, a ten widok ponownie rozwala moje serce - Jestem przy Tobie, wszystko już jest dobrze. Nie płacz - głaszczę ją po plecach i chcę, aby poczuła, że jest bezpieczna - Zabiorę Cię do domu - jednym ruchem biorę ją na ręce i spoglądam na małego - Nic mu nie jest? - kiwa przecząco głową i mocno tuli go do siebie. Jest owinięty w jej bluzę i czuję, jak bardzo jest zimna. Złość rozlewa się ciepłem po moim ciele i wiem, że Sky dzisiaj za wszystko zapłaci. 

Wracamy do gangu, wchodzimy do środka i widzę Sky, który jest przywiązany do krzesła. Patrzy prosto na mnie i prycha z kpiną. Dziwię się, że ma odwagę spojrzeć mi w oczy. Kręcę głową, wchodzę po schodach i otwieram drzwi do naszego pokoju. Układam Kate na łóżku, ale prawie przysnęła. Biorę Jamiego, tulę do siebie i całuję w główkę. Tak mało brakowało, a straciłbym najważniejsze osoby w moim życiu. Jestem wściekły, ale bardzo staram się kontrolować. Uśmiecham się na widok małego... nie śpi, przewraca oczkami i zaciska paluszki w piąstki. Biorę smoczek z łóżeczka i wkładam do jego maleńkich usteczek. Cmoka go głośno i kiedy delikatnie kołyszę go w ramionach, zamyka oczka. Nawet nie wie, w jak cholernym był dzisiaj niebezpieczeństwie. Kate była taka dzielna... odkładam go do łóżeczka, okrywam kocykiem i podchodzę do niej. Ma zaschnięte łzy na policzkach i uchylone usta. Okrywam ją szczelnie kocem i mruczy cichutko pod nosem. Otwiera oczy i natychmiast cała się spina. 
- Spokojnie, Skarbie... jesteś bezpieczna, tak samo jak mały - pocieram kciukiem jej policzek i nieco się odpręża - Już nic wam nie grozi, tak? - przytakuje głową, ale nie wypowiada nawet słowa - Już po wszystkim. Nikt nie zrobi wam więcej żadnej krzywdy, przysięgam - pochylam się i całuję ją w czoło. Trzęsie się, spoglądam na nią i widzę, że znowu płacze. Coś ściska mnie za serce, układam się obok niej i mocno tulę do siebie - Cii... nie płacz, Kruszyno... jestem przy Tobie, już zawsze będę - przekręca się na bok i mocno wtula w moje ciało. Głaszczę ją po plecach, przytulam jeszcze mocniej i bardzo powoli zaczyna się uspokajać - Tak bardzo Cię kocham, maleńka...

Budzą mnie promienie słoneczne, które wpadają do pokoju przez okno. Ziewam przeciągle i uchylam powieki. Kate wciąż leży wtulona w moje ciało i tak cholernie cieszę się, że udało mi się zdążyć w ostatniej chwili. Spoglądam na zegarek, ale dochodzi dopiero ósma rano. Ziewam przeciągle i słyszę kwilenie Jamiego. Ostrożnie odklejam od siebie Kate, podnoszę się i staję przy łóżeczku. Wierci się, macha rączkami i coś mu nie pasuje.
- Ktoś jest tutaj bardzo niezadowolony, co? - szepczę cichutko, biorę go na ręce i tulę do siebie. Wiem, że z pewnością jest głodny, ale najpierw postanawiam zmienić mu pieluszkę. Układam go na przewijaku i zabieram się do roboty. Rozbieram go, grucham do niego i marszczy brwi. Cholera... jest taki uroczy! - Okej... misie idą na przód, tak jak mówiła mamusia - zapinam pieluszkę i faktycznie pasuje idealne - Widzisz? Szybko się uczę, młody - uśmiecham się, ubieram go i podchodzę do łóżka. Chcąc nie chcąc, muszę obudzić Kate - Skarbie - głaszczę ją po policzku i układam małego obok niej. Wzdycha ciężko, ale powoli otwiera oczy. Jest zaspana, ale wygląda prześlicznie - Chyba jest głodny - kiwam głową na małego i kiedy na niego patrzy, cmoka go w główkę.
- Z pewnością - zsuwam koszulkę, odpina stanik i zaczyna go karmić. Nie wiem czemu, ale wzrusza mnie to. Moja mała dziewczynka jest mamą i wciąż ciężko mi to pojąć. Jednak bardzo się zmieniła i dorosła w mgnieniu oka - Jak się masz? - pyta cicho i sprowadza mnie na ziemię - Wydarzyło się coś od wczoraj?
- Nie, jeszcze nie. Położyłem się obok Ciebie i nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Nie obawiaj się, dzisiaj wezmę sprawy w swoje ręce - odgarniam jej włosy z twarzy i całuję w czoło. Tak mało brakowało! - A Ty jak się czujesz?
- W porządku, tylko jestem potwornie głodna - chwyta moją dłoń i przysuwa ją do swojego policzka.
- Nakarmisz małego i pójdziemy zjeść śniadanie. Jest jeszcze wcześnie, może odeśpisz jak zjesz?
- Nie wiem czy zasnę - mówi smutno -  To, co się wczoraj wydarzyło - zacina się i wbija zęby w wargę.
- Nie myśl o tym, to nigdy więcej się nie powtórzy! Byłem tym zszokowany, kiedy wróciliśmy z akcji. Mogłem spodziewać się wszystko, ale na pewno nie czegoś takiego. Nie bój się, Sky za wszystko zapłaci. Należy mu się.
- Nie zabijaj go, Justin - co takiego?! Gapię się na nią i marszczę czoło - Będziesz się z tym źle czuł, przecież to Twój przyjaciel. Po prostu... nie chcę go widzieć na oczy, to wszystko.
- Kotku... ostrzegałem go tak wiele razy. Wiedział, co się stanie, jeśli nie posłucha. Mimo to, posunął się do czegoś takiego. Zdajesz sobie sprawę, że gdyby Ci chłopcy wczoraj Cię zabrali, już nic nie mógłbym zrobić? - przytakuje głową i widzę łzy w jej oczach - Hove zabiłby i Ciebie i małego, nie podarowałby wam życia. Nie wiem, jakim cudem zdarzyłem w ostatniej chwili, ale widocznie ktoś nad wami czuwał. Nie dopuszczę nigdy więcej do takiej sytuacji, Skarbie. A Sky, cóż... zrobił to świadomie, ze złości. Wkurwił się na mnie, a to przez niego prawie cała akcja poszła się pieprzyć. Jest nieodpowiedzialny i mam dość jego dziecinnego zachowania. Ileż można!
- Zastanów się nad tym, dobrze? Nie rób nic pod wpływem złości, Justin. Jesteście zespołem.
- Owszem, ale panują tutaj zasady, których łamać nie wolno. On to zrobił już kilka razy, kara musi być. Nie żałuj go, Kate... zrobił to na własne życzenie - wzdycham, ale złość już strzela w moje ciało. Nie chcę się przy niej denerwować - Nie myśl o tym - uśmiecham się i całuję jej dłoń - Wszystko będzie dobrze, od tej chwili nie spuszczę z was oka. Jak się okazuje, na nikogo już nie można liczyć - przewracam oczami i kręcę głową. Jamie odkleja się od piersi i rozgląda z zaciekawieniem - To co, idziemy? Mały ma chyba pełny brzuszek - biorę go na ręce, Kate poprawia stanik i podnosi się z łóżka. Widzę, że czuje się o niebo lepiej po porodzie, co bardzo mnie cieszy. Przeciąga się leniwie, chwytam ją za rękę i wychodzimy z pokoju. Kiedy tylko zjawiamy się na dole, spotykam spojrzenie Glovera i Dry. Podaję małego temu drugiemu, ale chętnie bierze go w ramiona. Wujek Dry, prycham pod nosem i siadamy na kanapie - Jak tam sytuacja? Gdzie ten dupek?
- Przenieśliśmy go do innego budynku. Nie sądzę, aby jego widok dobrze na Ciebie podziałał, prawda?
- Prawda - burczę pod nosem, ale taka prawda - Nie chcę go widzieć na oczy. Przesadził.
- Wiem, dlatego nie będę się wtrącał. Zrobisz, co musisz, nie zabronię Ci tego. Zasady zostały złamane.

Kate zostaje z chłopakami, a ja idę pogadać ze Sky. Wchodzę do niskiego budynku i widzę go wciąż przywiązanego do krzesła. Spadł na samo dno. To bolesny widok patrząc na to, ile razem przeżyliśmy. Myślę nawet, czy faktycznie nie podarować mu życia. Może zniknąć z gangu, Glover może go przenieść do innej dzielnicy albo i nawet miasta. Mógłby żyć, byle jak najdalej od nas. 
Chcę żeby Kate i Jamie byli bezpieczni.
- No proszę... Pan i Władca mnie odwiedził - prycha z kpiną i spluwa - To miłe z Twojej strony.
- Nawet w takiej sytuacji potrafisz być bezczelny, Sky. Naprawdę nie rozumiem, co się z Tobą stało, ale cholernie mi się to nie podoba. Masz cokolwiek na swoje usprawiedliwienie? Dlaczego to zrobiłeś?
- Bo nie znoszę tej dziewczyny, zadowolony?! Nigdy nie powinna być w gangu i nie wiem, dlaczego Glover zrobił dla niej pieprzony wyjątek. Powinien wpakować jej kulkę w Londynie, bo złamała wszystkie zasady. Czemu jej nie ukarałeś, Brave? Bo jest Twoją słodką dziewczynką? - kpi sobie ze mnie i zaczynam się wkurzać.
- Kate nie należy do gangu, nie zmienia to jednak faktu, że jest moją dziewczyną. Jestem liderem, a wiesz, co to oznacza. Zapomniałeś się, Sky... nigdy nie powinieneś był tego robić. Nie mam pojęcia, co w Ciebie wstąpiło, ale gówno mnie to obchodzi. Dałem Ci kilka szans, nie skorzystałeś z żadnej. To, co wczoraj zrobiłeś... przeszedłeś samego siebie, wiesz? Jakim prawem wypuściłeś ją poza mury gangu?! Na dodatek z noworodkiem?! Co jest kurwa z Tobą nie tak?! - płonę ze złości, ale chyba wciąż jestem w szoku.
- Ze mną wszystko w porządku - wzrusza ramionami i uśmiecha się zadziornie - To Ty się zmieniłeś, bo ta mała suka kompletnie Cię zaślepiła. Aż trudno uwierzyć, że uszła z życiem tej nocy. Miała sporo szczęścia.
- Jesteś sukinsynem, Sky! - podchodzę i daję mu w mordę. Odrzuca głowę w prawą stronę, ale nie robi to na nim żadnego wrażenia. Moja chęć litości bardzo szybko się ulatnia - Nie będę rozmawiał z Tobą o mojej dziewczynie. Przyszedłem tutaj po to, aby dowiedzieć się, co masz na swoje usprawiedliwienie. Chcę podarować Ci życie, przekonaj mnie - zwijam dłonie w pieści i bardzo staram się uspokoić.
- Mam Cię przekonać? Zwariowałeś?! - wybucha śmiechem i kręci głową rozbawiony - Nie mam najmniejszego zamiaru tego robić. Jestem człowiekiem z gangu, Brave. Twardym, bezwzględnym, nieokazującym litości. Więc Ty też mi jej nie okazuj, zastrzel mnie. Czuję, że chyba po to tutaj właśnie przyszedłeś. Prawda?
- Nie wierzę, że jesteś tak dumny, aby nie spróbować walczyć o własne życie. Jesteś głupi, wiesz?
- Pamiętaj... krew przy wejściu, krew przy wyjściu - mruga rozbawiony i świetnie się bawi.
- Masz szansę, stary. Glover przeniesie Cię do innej dzielnicy, będzie Ci tam całkiem dobrze.
- Pieprz się!! Nie mam najmniejszego zamiaru się stąd ruszać, kapujesz?! Jestem tutaj od zawsze i jeśli myślisz, że się stąd ruszę to jesteś głupszy niż myślałem! Niczego nie żałuję, wiesz? Gdybym mógł, zrobiłbym to jeszcze raz! Ta mała suka nic dla mnie nie znaczy, dzieciak też! Żałuję, że ktoś ich w nosy nie sprzątnął.
To dla mnie znak... wyjmuję spluwę, odbezpieczam i nim się orientuję, pociągam za spust. Tylko cichy, głuchy odgłos roznosi się po pomieszczeniu i jest po wszystkim. Naprawdę chciałem dać mu szansę, jego wybór, że z niej nie skorzystał. Byliśmy przyjaciółmi, ale zasady to zasady, każdy musi ich przestrzegać. Sky od zawsze był narwany i nie raz mieliśmy przez niego problemy. Wczorajsza akcja była ważna, ponieważ musieliśmy pomścić lidera, a on prawie wszystko spieprzył. To, że posunął się do tego, aby wypuścić Kate razem z dzieckiem, przekreśliło dosłownie wszystko. Takich rzeczy się nie wybacza, za to trzeba ponosić odpowiedzialność. Nawet Glover mnie nie powstrzymywał, on też wiedział, że Sky przekroczył granicę.

Siadam na ławce przed halą i palę papierosa. Nerwowo podryguję nogą, ale muszę się uspokoić zanim wejdę do środka. Nie czuję wyrzutów sumienia... gdyby tylko się we mnie pojawiły wiedziałbym, że muszę skończyć z takim życiem. A ja jestem człowiekiem z gangu i nigdy nie okazuję litości... nawet przyjaciołom, którzy łamią zasady.

Wchodzę do środka i w oczy rzuca mi się Kate, Glover i Dry. Uśmiecham się na widok mojej dziewczyny, która swobodnie rozmawia z Dry. Cieszę się, że chociaż z nim złapała tak dobry kontakt.
- Jak tam, stary? - słyszę głos Glovera, kiedy przysiadam obok niego na kanapie - Jak poszło?
- Sprawie i bez bólu - mrugam do niego i spoglądam na Kate, która marszczy brwi - Przeniosłem go do innego miasta, nie był chętny, ale ostatecznie się zgodził - widzę, jak mała się uśmiecha, ale jest to wersja tylko dla niej. Posyłam Gloverowi wymowne spojrzenie i wszystko dociera do niego niemal od razu - Sprawa rozwiązana.
- Cieszę się... wszystko ma kiedyś swój koniec - klepie mnie po plecach i skupia wzrok na laptopie.
- Jak się masz, Skarbie? - pytam Kate, podnoszę się i siadam obok niej. Tulę ją do siebie i całuję w nos.
- W porządku... mały trochę marudzi i boję się, czy czasami się wczoraj nie przeziębił.
- Spokojnie, jak cokolwiek złego będzie się działo, pojedziemy do lekarza. Dobrze?
- Yhym... - mruczy cichutko i mocniej się do mnie przytula. Głaszczę ją po plecach i oddycham z ulgą. Jak dobrze, że ten koszmar nareszcie się skończył - Cieszę się, że go nie zabiłeś.
- Wiem, maleńka... wiem - wtulam głowę w jej włosy. Nie mogłem powiedzieć prawdy, dla jej dobra.
 

Zabieram Kate na górę, ale potrzebujemy trochę odpoczynku. Na szczęście nieźle się trzyma, zjadła śniadanie, wzięła prysznic i chyba dobrze się czuje. Jednak nie chcę, aby się tym zadręczała. 
- Lubię ten widok, wiesz? - mówi cichutko, podnoszę głowę i spoglądam na nią. Przygląda mi się, kiedy spaceruję z Jamiem po pokoju i kołyszę go w swoich ramionach - Mogłabym patrzeć na was godzinami. Pasuje do Ciebie takie maleństwo - uśmiecha się uroczo i wygląda tak ślicznie! Oddycha z ulgą, bo jest bezpieczna. 
- Jak się czujesz? - przysiadam obok, przytulam Jamiego do siebie i odgarniam jej włosy z twarzy.
- Teraz już dobrze, ale byłam przerażona tym, co się wydarzyło - schyla głowę, bawi się palcami i oddycha głęboko - Bałam się... bardzo! Byłam zdana na siebie i nie mogłam dopuścić do tego, aby Jamiemu stała się jakakolwiek krzywda. Ukryłam się, ale kiedy chciałam pójść do Alice nagle znalazło mnie dwóch chłopców. Wiedziałam, że to koniec. Poddałam się wtedy i nie wiem jakim cudem, pojawiłeś się Ty. Uratowałeś nam życie.
- Wiem. Mimo to, cieszę się, że zdążyłem. Wróciliśmy z akcji, a Ruthless mówi mi, że Sky Cię wypuścił na dodatek z małym. Zagotowało się we mnie, bo czegoś takiego się nie spodziewałem. Nie martw się, Sky za wszystko zapłacił i nigdy więcej nie zobaczysz go na oczy - przytakuje głową, zaciska usta ale i tak widzę łzy na jej policzkach - Nie płacz, Skarbie... jest już po wszystkim i oboje jesteście bezpieczni. Nie dopuszczę do tego, aby stała wam się żadna krzywda, przysięgam! - przytulam ją do siebie, całuję w głowę i spoglądam na synka. Przysypia, po chwili otwiera oczka i tak kilka razy. Wygląda zabawnie, ale cholernie uroczo - Kocham was najmocniej na świecie - szepczę cichutko, ale czuję w sercu uścisk. Taka jest właśnie prawda.



********************************************************
Hello!
Przepraszam, że rozdział dzisiaj tak późno! Mam nadzieję, że mi to wybaczycie?
Jednak było spore zamieszanie z przedsprzedażą biletów na Purpose Tour i byłam cholernie zestresowana!
Mimo wszystko, udało mi się kupić bilet... ktoś jeszcze dzisiaj kupował? Jeśli tak, chwalić się! :)


Zapomniałam o tym wspomnieć wcześniej, ale.... mój najukochańszy na świecie chłopak ostatnio zrobił mi śliczną stronę ze spisem moich ff - KLIK -
Wreszcie mam wszystko uporządkowane :)

Okej, to tyle... nie przedłużam :)
Mam nadzieję, że nie zawiodłam was rozdziałem.

Tulę mocno i całuję!
Kasia




piątek, 4 grudnia 2015

Rozdział 22


Kate POV:
Kiedy Justin wychodzi, układam się do łóżka i przenoszę do siebie Jamiego. Mimo tego, iż bardzo staram się wyłączyć myślenie, marnie mi to idzie. Nie ma szans, żebym się nie martwiła. Wiem, że Justin jest dobry w tym, co robi, chociaż za cholerę tego nie popieram. Jednak to, że poszli na tą akcję tak niespodziewanie, bez przygotowania, martwi mnie najbardziej. A jeśli cokolwiek się spieprzy i stanie się coś złego? Cholera... takie rozmyślanie w niczym mi nie pomoże, to pewne! Oddycham głęboko i głaszczę małego po główce. Śpi spokojnie i cieszę się, że nie ma bladego pojęcia o tym, co się tutaj wyprawia.

Kiedy dochodzi pierwsza w nocy, schodzę na dół. Chce mi się pić i kiedy tylko pojawiam się na dole, dostrzegam kilkunastu chłopców. Widziałam ich kilka razy, więc nie mam powodu do obaw. Przechodzę do kuchni i przysiadam na krzesełku, nalewam soku do szklanki, który fajnie nawilża moje wysuszone gardło.
- Cześć - słyszę głos chłopaka i przekręcam głowę - Wszystko w porządku?
- Tak, chciało mi się tylko pić - uśmiecham się do niego, ale jest miły i wygląda bardzo młodo.
- Jestem Ruthless - wystawia dłoń i niepewnie ściska moją - Jesteś tutaj całkowicie bezpieczna.
- Wiem... Justin też mi to mówił. Ale wiesz... bardziej boję się o nich, niż o siebie.
- To ludzie, którzy doskonale wiedzą, co robią - mruga uroczo i przysiada obok - Mają za sobą takich akcji mnóstwo. No i jest z nimi Brave, więc nic nie może się stać. Jest najlepszy.
- Och, serio? Może powiesz mi o tym coś więcej, hmm? To bardzo ciekawe, co mówisz.
- Cóż... ma głowę na karku, nie jest w gorącej wodzie kąpany. Zaplanował takich akcji w cholerę i wiesz co? Wszystkie skończyły się dokładnie tak samo - sukcesem. Wie, co robi, potrafi zaplanować każdy szczegół i zawsze wychodzimy zwycięsko - o rany, powinnam być pod wrażeniem? - To naprawdę niesamowity koleś - wbijam zęby w wargę, ale sama nie wiem, co mogę powiedzieć. Kocham go, ale jako chłopaka i ojca mojego dziecka. Nie chcę mieć z jego "zajęciem" nic wspólnego - Powinnaś się położyć, jest naprawdę późno.
- Wiem, ale nie bardzo mogę spać. Martwię się, stresuję i mój brzuch ściśnięty jest na supeł.
- Nie musisz się martwić. Gwarantuję Ci, że chłopcy wrócą cali i zdrowi. To jest pewne!
- Obyś miał rację - uśmiecham się słabo i dopijam resztę soku. Zeskakuję z krzesełka, myję szklankę i odkładam ją do wyschnięcia. Kieruję się ku schodom, kiedy nagle otwierają się drzwi. Do środka wchodzi Sky, a moje serce prawie wyskakuje z piersi. Co on tutaj robi?! Czy coś poszło nie tak?! - Boże, Sky! Co się stało? - podchodzę do niego, opiera się o ścianę i trzyma za bark. Dopiero teraz dostrzegam, że leci mu krew i gapię się na niego zszokowana - Krwawisz - mówię szeptem, ale jestem strzępkiem nerwów - Musimy to opatrzyć - zrywam się, przechodzę do kuchni i wyjmuję apteczkę. Wracam do niego, ale wciąż opiera się o ścianę, pochyla głowę w dół i dyszy ciężko. Cholera! - Sky, możesz usiąść? - układam dłoń na jego ramieniu i podnosi głowę.
- To wszystko Twoja wina!! - krzyczy niemiłosiernie, aż odskakuję - Wróciłaś i wszystko znowu poszło się pieprzyć! - o czym on mówi do cholery?! - Brave ma cholerne klapki na oczach, nie widzi nic innego oprócz Ciebie i bachora! - jego słowa wbijają mi nóż w serce. Niech spieprza od mojego dziecka! - Jesteś z siebie zadowolona? - przekrzywia głowę, jednym ruchem opiera mojego plecy o ścianę, aż syczę - Jesteś?!
- O co Ci chodzi, Sky? Przecież nic nie zrobiłam! - czuję łzy pod powiekami, kiedy mocno ściska moją szyję.
- Uspokój się, stary! Puść ją, wyluzuj! - podchodzi do nas Ruthless i próbuje odciągnąć ode mnie Sky.
- Spieprzaj, młody! Wreszcie mogę wyjaśnić z nią pewne niedokończone sprawy - uśmiecha się szyderczo, ale Ruthless nie daje za wygraną. Szarpie go, ale to na nic! Nagle Sky wyjmuje pistolet i mierzy prosto w moją głowę. Chyba przestaję oddychać - Odejdź, albo strzelę jej w łeb i będzie to Twoja wina! - wrzeszczy i czuję, że będzie źle!
- Okej, spokojnie - młody wystawia ręce w geście poddania i spogląda na mnie poważnie.
- A teraz przyszedł czas na to, abyś poradziła sobie sama - Sky mruga do mnie, ale kompletnie nie wiem, o czym mówi - Chodź, Skarbie - chwyta mnie za ramię, a reszta chłopców zrywa się na równe nogi - Macie tutaj zostać, jasne?! Albo naprawdę ją zastrzelę i zwalę wszystko na was! - płonie ze złości i cholernie się boję. Co chce zrobić?! - Wychodzimy - popycha mnie i otwiera drzwi. Od razu chłodne powietrze uderza w moje ciało. Kurwa!
- S-sky... tam jest moje dziecko, proszę Cię! - błagam go, ale to jedyne, co mi pozostało.
- Ruthless! - krzyczy, a chłopak natychmiast pojawia się w drzwiach - Przynieś dziecko, w podskokach! - jezu... co on chce z nami zrobić?! Jednak chłopak posłusznie wykonuje jego polecenie i nie wierzę, że nikt z nich nie próbuje mnie ochronić... przecież mieli to robić! - Nareszcie się Ciebie pozbędę, na mieście jest mała wojna i liczę na to, że ktoś Cię dorwie - matko kochana, czy on mówi poważnie?! - Mam Cię kompletnie w dupie i nie obchodzi mnie to, że jesteś dziewczyną lidera. Nigdy nie powinnaś była przebywać w gangu. Czas to zakończyć.
- Dlaczego to robisz? Przecież nic Ci nie zrobiłam, moje dziecko również! Błagam Cię!
- Och, zamknij się! Jesteś cholernie pyskata! - szarpie moje ramię, aż piszczę - Przez Ciebie mnie postrzelili - co takiego?! - Brave jest myślami przy Tobie, nie osłonił mnie - o boże! - A teraz poniesiesz za to zasłużoną karę. Przykro mi - prycha z kpiną i patrzy na mnie z mordem w oczach. Z domu wychodzi młody i niesie mojego małego misia. Łzy na siłę cisną mi się do oczu i natychmiast biorę go w ramiona - Masz swoje dziecko, a teraz wypad - popycha mnie i podprowadza do bramy. Chłopcy gapią się na nas zaskoczeni - Wypuśćcie ją.
- Kurwa, Sky... mówisz poważnie?! Brave zakazał nam wypuszczania jej poza teren gangu.
- Ale jego tutaj nie ma, tak?! Więc róbcie, co mówię, bo w tym momencie nie ma szefa. Ja tu rządzę!
Chłopcy spoglądają na mnie niepewnie, ale ja tulę do siebie Jamiego i czuję łzy na policzkach. Tak bardzo się boję! Jednak przepuszczają mnie i wychodzę poza mury gangu. Nie oglądam się za siebie, po prostu idę w stronę parku. Wiem, że to najgorszy moment, aby oddalać się gdziekolwiek, ale co mam zrobić?! Gdybym chociaż miała telefon, mogłabym zadzwonić do mamy. Nic nie mam... nawet pieniędzy! Nienawidzę Sky za to, co zrobił. Nie mam pojęcia, dlaczego tak okrutnie się na mnie zemścił, ale boję się jedynie o moje dziecko. Niech zrobię ze mną, co chcą, ale co z Jamiem? Jeśli tylko dorwie nas ktoś z Bloods, oboje zginiemy. Wybucham płaczem, a mały zaczyna się wiercić. Jest w samych spodenkach i body z długim rękawem. Jedną ręką zdejmuję z siebie bluzę i okrywam go szczelnie. Gdyby tylko Justin to zobaczył, rozpieprzyłby Sky jednym ciosem. Nawet po cichu liczę, że poniesie za to odpowiednią karę. Nie wiem, co strzeliło mu do głowy, aby zrobić coś takiego.
Rozglądam się i przechodzę na drugą stronę ulicy. Jestem roztrzęsiona, przestraszona i płaczę cichutko. Gdzie mam niby pójść, skoro nikogo tutaj nie mam? Mama mieszka przecież w mieście, a jest jedyną bliską mi osobą. Wiem, że jedynym wyjściem z sytuacji jest po prostu dobrze się schować. W parku nie jest bezpiecznie... zawsze w nocy chodzą tutaj ćpuny, pijani bezdomni i jeszcze ludzie z Bloods. Mogę marnie skończyć. Boże... dlaczego mnie to spotkało?! Przecież Sky nie miał powodu do tego, żeby to zrobić. Justin go rozniesie, kiedy tylko się o tym dowie. Mam nadzieję, że nie będzie za późno...

Przysiadam na ławce przed supermarketem. Spoglądam na zegarek i przeraża mnie to, że dochodzi trzecia rano. Jestem zmarznięta, przerażona i muszę nakarmić małego. Dobrze, że chociaż pokarm mam przy sobie i nie muszę się o to martwić. Przystawiam go do piersi i od razu się uspokaja. Delikatnie kołyszę go w swoich ramionach i tak potwornie boję się, co się z nami stanie. Minęłam po drodze małą grupę ludzi i wiem, co to za chłopcy. Ich czerwone stroje powiedziały mi dokładnie wszystko. Czasami słychać strzały i wiem, że wojna w dzielnicy trwa nadal. To błędne koło, bez końca. Kiedy skończy się jedna, zacznie się druga. Zawsze znajdą sobie dobry powód do tego, aby się pozabijać. Jak nie terytorium, to towar lub porachunki. A ja jestem w samym środku tego piekła.

Jestem zmęczona... chce mi się spać i jest mi potwornie zimno. Jamie śpi smacznie otulony moją bluzą, ale tylko on jest dla mnie najważniejszy. Mam nadzieję, że ta noc na chłodnym powietrzu mu nie zaszkodzi. O ile w ogóle dane będzie nam przeżyć. W moją głowę od razu uderza myśl o Justinie. Czy już wrócił? A może już mnie szuka? Tak! Proszę... znajdź mnie, Skarbie! Tak bardzo Cię teraz potrzebuję! Jestem jednak bezradna... przytulam synka i wybucham żałosnym płaczem. Pragnę, żeby mocno mnie do siebie przytulił...

Zmieniam miejsce wtedy, kiedy dostrzegam grupę ludzi. Chowam się za samochodem i moje serce praktycznie wyskakuje z piersi. Jeśli mnie zobaczą, będzie po wszystkim. Na moje szczęście mijają nas, śmieją się głośno i skręcają w prawą stronę. Oddycham z ulgą, ale czuję, że to nie potrwa długo. Ktoś mnie znajdzie i będzie źle! Myślę, co mogłabym zrobić i nagle wpada mi do głowy osoba, u której mogłabym znaleźć pomoc! Tak... przecież to Alice! Dlaczego nie wpadłam na to wcześniej?! Fakt... nie miałam z nią kontaktu odkąd wyjechałam do Londynu, ale jakie ma to teraz znaczenie? Muszę ratować siebie i mojego maleńkiego syneczka, a tylko na nią mogę liczyć w tej chwili. To moja jedyna deska ratunku! Rozglądam się i wychodzą zza samochodu. Do jej domu mam spory kawałek, ale powinnam dojść w dziesięć minut. Zerkam na Jamiego, ale śpi spokojnie... boże! Nie ma pojęcia, co się teraz dzieje, ale to lepiej... wystarczy, że ja się boję.
- Cześć, Słoneczko - dobiega mnie zza pleców obcy głos i zamieram. Przystaję w miejscu, dociskam do siebie małego i wiem, że to koniec! - Co tutaj robisz o tej godzinie, hmm? - podchodzi, staje naprzeciwko i dociera do mnie, że to chłopak z Bloods. Moje najgorsze przypuszczenia właśnie się sprawdzają - Co tam masz? - marszczy czoło i odchyla kawałek bluzy. Spinam się natychmiast - O kurwa... dziecko? - gapi się na mnie i jest bardzo zaskoczony - Spacerujesz o tej godzinie sama, na dodatek z niemowlakiem?
- I-idę do mojej przyjaciółki - odpowiadam szeptem i okrywam małego. Nie chcę, aby go dotykał.
- Do przyjaciółki? - zakłada ręce na piersiach i przekrzywia głowę - W środku nocy? Po co?
- Mój chłopak wyrzucił mnie z domu - to jedyne, co wpada mi do głowy na poczekaniu.
- Och, naprawdę?! No to musi być z niego kawał skurwiela, złotko - prycha rozbawiony, ale ja bardzo się boję. Jestem w zwykłej koszulce i jeśli zobaczy mój tatuaż na karku, zarobię kulkę. Jest ciemno i tylko to mnie ratuje w tej chwili - Co mam z Tobą zrobić? Jesteś bardzo ładna, wiesz? Mógłbym zabrać Cię ze sobą - nie!
- Proszę... po prostu pozwól mi odejść. Jest zimno, boję się o dziecko - patrzę na niego błagalnie.
- Przykro mi, ale dziecko akurat najmniej mnie obchodzi - boże, to straszne, co mówi! Jednak wiem, że właśnie to wpajają im w tym pieprzonym gangu! - Zostawmy je tutaj i pójdziemy w pewne miejsce. Spodobasz się szefowi, na pewno Cię u nas zostawi. Będzie Ci z nami dobrze, maleńka.
- Nie, dziękuję. Naprawdę muszę już iść - zmuszam nogi do ruchu i wymijam go. Kurczę się ze strachu i chciałabym być już u Alice. Niestety, muszę przejść jeszcze kawałek, co będzie graniczyło z cudem. Natychmiast czuję, jak chłopak chwyta mnie za ramię i odwraca w swoją stronę - C-co robisz?
- To nie było propozycja, ślicznotko... po prostu pójdziesz ze mną - uśmiecha się, aż mam ciarki na plecach.
- Rough! - dobiega nas głos innego chłopaka i wiem, że już po wszystkim - Co się tutaj dzieje?
- Spójrz, kogo spotkałem - chłopak podchodzi do nas i marszczy czoło - Jest tutaj całkiem sama, ma dziecko.
- Dziecko? - jest zaskoczony i teraz to on odchyla kawałek bluzy - To bardzo ciekawe - mruży oczy, przykłada palce pod brodę i masują ją. Nie wiem, o co im chodzi, ale jestem sparaliżowana strachem. Nie patrzę na nich, chcę być w zupełnie innym miejscu. Nie wierzę, że Sky naraził mnie na tak potworne niebezpieczeństwo! - Dochodzi piąta rano, w dzielnicy jest strzelanina... dlaczego chodzisz sama po ulicach, hmm? - pyta, ale mam ściśnięte gardło! Mój oddech szaleje, serce tłucze się w piersi i mam ochotę wybuchnąć płaczem.
- P-proszę... pozwólcie mi odejść, przecież nic nie zrobiłam - słyszę, jak drży mój własny głos.
- Wiem, Skarbie. Znalazłaś się tylko w złym miejscu o złym czasie - uśmiecha się i nagle podchodzi do mnie bliżej. Odgarnia moje włosy i zamiera... wiem, co tam widzi. Mój przeklęty tatuaż, który właśnie sprowadził na mnie nieszczęście - Jesteś kobietą Brave'a? - pyta tak cicho, że ledwo go słyszę. Boże, zabiją mnie! - Odpowiedz! - podnosi głos, ale nie chcę się do tego przyznać. Czy mam inne wyjście? Oni doskonale wiedzą, co znaczy ten tatuaż i nic, co powiem, tego nie zmieni - Kurwa, jak to możliwe? - prycha z kpiną i patrzy mi w oczy. Chcę schylić głowę, ale gapię się na niego jak sparaliżowana - No proszę... to bardzo dobrze się składa. Mamy z nim mnóstwo niewyjaśnionych porachunków. Będziesz naszą kartą przetargową - mruga zadziornie, ale wiem, że będą chcieli zabić i jego - Na dodatek, mamy również jego dziecko. Doszły mnie słuchy, że takowe posiada. A teraz stoisz przede mną i mogę zrobić z Tobą cokolwiek tylko będę chciał. Bardzo mi się to podoba, Skarbie.
- Hove będzie kurewsko zadowolony. Chyba nikt lepszy nie mógł nam się trafić, idealna zemsta!
- Rough, weź dziecko - nie! Nie mogę do tego dopuścić! - A ja zajmę się naszą dziewczynką.
- Nie rób tego, błagam Cię! - wybucham płaczem, ale tak bardzo się boję! - On ma tylko mnie!
- Wiem, domyślam się. Nie obawiaj się, zaopiekujemy się nim. Zobaczysz go na miejscu, nie bój się - podchodzi, siłą wyrywa Jamiego i podaje chłopakowi. Nie umie go trzymać, a ten widok rozpieprza moje serce! - Jesteś bardzo ładna, wiesz? - opiera moje plecy o lodowatą ścianę, ale nie zwracam uwagi na to, co mówi. Gapię się na moje dziecko, które jest w ramionach obcego człowieka. Jak mam się obronić?! Jak ochronić własne dziecko?! - Spójrz na mnie - jego głos wyrywa mnie z rozmyśleń i chwyta moją szczękę. Patrzę na niego, ale ledwo widzę przez łzy. Jest młody... nie wiele starszy ode mnie. Uśmiecha się chytrze i doskonale wie, że ma nade mną przewagę. W tym momencie może zrobić ze mną cokolwiek, bo nie będę umiała się obronić. Na dodatek skrzywdzi mojego maleńkiego syneczka i w tym momencie tylko tego się boję - Nie wiem, dlaczego Brave dopuścił do tego, żebyś chodziła po ulicach o tej godzinie... ale cóż, jego błąd. Teraz trafisz w ręce naszego szefa i módl się, aby pozwolił Ci przeżyć. Nienawidzi Brave'a, a ma coś tak cennego, co należy właśnie do niego. Oj, Skarbie... czuję, że nie będzie dobrze - szlocham głośno, ale chrzanię to! Chcę wziąć moje dziecko w ramiona i mocno do go siebie przytulić. Zaczyna się wiercić, ale chłopak nie trzyma go odpowiednio. Podkłada tylko dłonie pod jego główkę, pupę i trzyma go w powietrzu. Nie tuli go do siebie i wiem, że Jamie się boi. Mruczy cicho, ale po chwili wybucha żałosnym płaczem. Moje serce rozpada się na kawałki i wyrywam się do niego. Chłopak dociska moje plecy do ściany, ale szarpię się i walczę. Wystawiam dłonie w stronę małego, ale nie pozwala mi na to. Płaczę razem z nim, bo nic innego mi nie pozostało - Aww... nie smuć się, Kochanie. Niebawem nie będzie płakał.
- Kurwa, weź go ode mnie! Dlaczego tak się drze do cholery?! - chłopak krzyczy, a Jamie płacze jeszcze bardziej.
- P-proszę! Oddaj mi go, uspokoi się - ponownie wystawiam dłonie, ale jestem bezradna!
- Niech go weźmie, stary! Mam go serdecznie dość! - podchodzi i wciska w moje ramiona małego.
- Cii... mama jest przy Tobie, spokojnie - głaszczę go po pleckach, ale rozpłakał się na dobre. Zapowietrza się, wierci i nic nie pomaga. Wiem, że jedynie przy piersi by się uspokoił, ale teraz nie mogę tego zrobić...
- Przygotuj się na najgorsze, maleńka - szarpie mnie za ramię i wlecze w stronę samochodu.






****************************************************

Hello! :)
Oj, się porobiło! Prawie wszyscy, którzy napisali własną teorię postawili na to, że coś z Justinem będzie nie tak, a tu jednak Kate. Ktoś się tego spodziewał? :)

Mam nadzieję, że mile was zaskoczyłam. Co teraz, skoro Justin jest na akcji? :O

Okej, ogłoszenia parafialne! :D
Po pierwsze... wiele pyszczków było niezadowolonych, rozczarowanych zakończeniem TLR. No bo nie tak to miało być, bo nie było zaręczyć itp, itd. Pomyślałam sobie, że może sklecę coś i dopiszę dodatkowy rozdział. Ktoś zainteresowany? Bo nie wiem, czy jest w tym sens :)

Po drugie... jutro pojawi się rozdział na YAMD, ktoś się cieszy? :P
Postanowiłam też, że rozdziały będą pojawiać się we wtorki, pasuje wam taki układ? YAMD we wtorki, 18th w piątki. Jak skończymy 18th pomyślę, czy dodać jeszcze jeden rozdział w tygodniu, czy zostaniemy przy tym jednym. Czekam na wasze propozycje.

Okej, to chyba tyle :))
Ściskam was mocno, kocham i całuję!
Kasia